Słowo z Warszawy

OSTATNI WARSZAWIACY …

Wiele miesięcy upłynęło, zanim zobaczyliśmy tu, w Wielkiej Brytanii, pierwszych uczestników powstania warszawskiego. Ostatni to żołnierze polscy, którzy z szańca warszawskiego zeszli – gdy samej stolicy już nie było, bo stała się cała jednym wielkim szańcem. Zobaczymy ich z pewnością więcej, bo ani granice i rzeki, ani policje polityczne nie są w stanie zagrodzić Polakom drogi na Zachód, gdzie szukają oni sprawiedliwości dla Ojczyzny, gdzie Pielgrzymstwo Polskie jest zwiastunem niepokoju dla zakłamanych sumień…    .

Patrzę na tych braci-przybyszów, słucham ich opowieści -strasznej i prostej – jak do ostatniego niemal domu biło się całe wielkie miasto, jak umierały ulice, a z tysięcy powalonych domów powstawały doskonałe stanowiska bojowe – i ciągle jeszcze w najgłębszej skrytości ducha powątpiewam: – Czy koniecznie trzeba było? czy warto…

Ale – i nie ma tu żadnej omyłki – oczy ostatnich żołnierzy warszawskich patrzą jasno i czysto na nas, a słowa ich są proste i wymowne:

– Inaczej już nie było można… pięć lat łapanek, egzekucji i poniżenia codziennego… rosyjska kanonada za Wisłą… panika ewakuacyjna u Niemców… i ta ostatnia, właśnie zarządzona branka wszystkich mężczyzn do prac fortyfikacyjnych i robót w Rzeszy… i ta nasza tak długo tłumiona – straszna nienawiść…

– A gdyby dowództwo Armii Krajowej nie dało rozkazu do walki? — pytam Stefana, który był szeregowcem na odcinku Próżna-Królewska.

Odpowiada bez zastanowienia:

– Nikt by tego nie zrozumiał w Warszawie. Nie wiem – co by było. Ale wiem jedno na pewno -bić się chcieli wszyscy, młodzi i starzy, robotnicy i rzemieślnicy, kobiety, dzieci nawet. Nie można było – nie bić się…

– Czy liczyliście na pomoc rosyjską?

– Naturalnie! przecież w całej Warszawie było pełno odezw sowieckich, nawołujących lud Warszawy do powstania przeciw Niemcom. A poza tym – słyszeliśmy artylerię, a nawet kanonadę broni ręcznej już niedaleko. Z Pragi do frontu sowiecko-niemieckiego było bliżej, niż na Okęcie, z którego uciekały samoloty niemieckie. „Sowieci” latali masami nad Warszawą, niemieckie samoloty pokazywały się rzadko i zaraz uciekały…

Niecierpliwie ciśnie się nam pytanie:

– A później … te samoloty sowieckie… ?

– Jak my zaczęliśmy walkę, to zaraz przestały latać. A Niemcy się zorientowali i zaczęli hulać nad Warszawą. Niszczyli dom za domem, zmiatali bombami całe dzielnice, zbijali ogniem nasze posterunki na dachach i w gruzach. Dopiero pod koniec walk lotnictwo sowieckie pojawiło się na nowo, ale to było mało i za późno, bo tymczasem Niemcy zniszczyli nam elektrownię i wszystko… To przez brak pomocy musiała nastąpić kapitulacja. My wszyscy chcieliśmy się bić dalej… bez przerwy, do końca… Z Niemcami nie było już życia dla Warszawy – wszystko jedno – będzie pomoc, czy nie…

Więc prawda o Warszawie jest prosta. Miasto mogło wybrać – albo dalszą niewolę, względnie bezkarne odejście Niemców, którzyby uprowadzili ze sobą większość mieszkańców, albo walkę i ewentualną śmierć na wolności. Warszawa wybrała to drugie.

– Podczas tych dwu miesięcy walk Warszawa była pijana wolnością – mówił nam oficer, przybyły z Warszawy.

Stefan określa to inaczej:

– Od pięciu lat nie mieliśmy takiego szczęścia, jak te dwa miesiące…

„Wychodzi” na jedno: Warszawa umierała w szczęściu i uniesieniu bitwy, prowadzonej nie tylko dla oswobodzenia się, ale także dla wyrównania straszliwych rachunków z Niemcami.

Ostatni Warszawiacy przeżyli stolicę, poświecili swoje mienie i domy, w walce wznieśli się ponad wszelkie egoizmy i wyrachowania. Poginęli i pogubili się setkami tysięcy. Ale – Niemcy przestali panoszyć się w ich mieście.

Jakąż bezczelnością jest oskarżanie Warszawian o sprzyjanie hitleryzmowi! A jednak takie oskarżenia padły… i padają.

Wielkość zawsze miała przeciwko sobie – całą, świata tego, podłość.

OSTATNIA GWARA WARSZAWSKA

W ciągu ostatnich pięciu lat swego życia Warszawa istniała w konspiracji. Okupanci bacznie śledzili ludność. Warszawiacy nie mogli się zbierać, dyskutować, nawet po prostu wypowiadać. Czujne uszy były wszędzie: w lokalach publicznych, na ulicy, nawet w domach. Życie państwowe i publiczne zeszło do podziemi, handel uszedł na czarne rynki, a nawet zwykłe porozumiewanie się pomiędzy ludźmi wymagało form, niezrozumiałych dla okupanta i prześladowcy. Powstały: gwara specjalna, słowa podziemne, ostatnie powiedzonka Warszawy. Być może nie odżyją one już w nowej Warszawie, w której warunki będą inne. Miejmy nadzieję – zupełnie inne…

Podczas okupacji niemieckiej uwaga Warszawy skupiona była na wrogach głównych i na sposobach walki z nimi. Wrogami głównymi byli Niemcy, po nich szedł głód. Z Niemcami szykowano walkę, przed głodem broniono się skutecznie. Najwięcej nowych wyrażeń gwarowych określało te żywe tematy.

Każdego Niemca nazywano „sezonowcem”. Była w tym określeniu ironia, połączona z wyrażeniem najgorętszych pragnień, aby „sezon niemiecki” w Warszawie skończył się jak najszybciej. Gdy na ulicach Warszawy pojawili się starsi Niemcy, regulujący ruch na skrzyżowaniach ulic, otrzymali zaraz nazwę „pingpongowców”. Volksdeutsche stali się po prostu „foksami”, a niemieccy policjanci kolejowi – „czarnymi”. Przy tej okazji przechrzczono także dawniejszą warszawską „glinę” na „granatowego”.

Wydawany przez Niemców „Nowy Kurier Warszawski” zaszczycony został aż dwiema dosadnymi nazwami: „gadzinówka” i „szmatławiec”. Niemieckie megafony na ulicach zostały „szczekaczkami”. A stolicę znienawidzonego prusactwa ochrzczono bezapelacyjnie „Sikorzewem”. Nie Berlin więc, tylko „Sikorzewo” – ku pamięci generała Sikorskiego, który zginął, prowadząc walczący naród.

Nowe słówko warszawskie „rębanka” – miało dwa znaczenia. Oznaczało ono nie tylko niemieckie pociągi sanitarne, wiozące rannych z frontu wschodniego, ale także wszelkie gatunki mięsa, szmuglowanego z prowincji.

Najtrudniej było coś przywieźć z południa, gdyż około stacji Dęblin mieszkali w koszarach żandarmi niemieccy, którzy rabowali podróżnych bardzo dokładnie. Jechali dalej goli. Stąd Dęblin został „Gołocinem”.

Skoro jesteśmy przy temacie żywnościowym, to „bimber” oznaczał wódkę, pędzoną sposobem domowym, „kartkowiec” – chleb, otrzymywany na kartki, „słodki” i „gorzki” – cukier i pieprz.

Wszystkie banknoty złotowe nazywały się „młynarkami”, z powodu podpisu p. Młynarskiego. Banknot wartości 500 zł. – „góra”, a banknot wartości 1000 zł. -„kawałek”. Dolar złoty – „twardy”, dolar papierowy – „miękki”, a rubel złoty dawnych carów, bardzo słusznie, był – „świnką”.

Wyrażeń gwarowych w Warszawie, która zginęła, było mnóstwo. Wielka ich ilość związana była z walką i wojną. A więc „gnat” oznaczał rewolwer, a „rozpylacz” – pistolet automatyczny. Ładunki rewolwerowe – „pestki” (co na to nasze buzułuckie i szkockie Pestki? przyp. zecera). Ciężki pocisk moździerzowy, wystrzeliwany z platform kolejowych, nazywał się „koń”. „Krową” albo „szawą” nazwano ryczący i skrzypiący pocisk z sześciolufowego moździerza, strzelającego sprężonym powietrzem.

„Trajkotką” był mały samolot sowiecki, który zaczął pojawiać się nocami w drugiej połowie bitwy warszawskiej. Dokonywał on zrzutów.

OSTATNIE SŁOWA

– Więc były jednak zrzuty sowieckie – pytam – jakże były przyjęte?

Okazuje się, że owe „trajkotki” nie zastąpiły w żadnej mierze tych nielicznych zrzutów z Zachodu, które były dokonane wśród wielkich trudności przez Amerykanów, Brytyjczyków, Południowo-Afrykanów i Polaków. Broń i zaopatrzenie z Zachodu opadały na spadochronach. Ładunki były solidnie opakowane. Wszystko, co dochodziło do polskich rąk – dochodziło w świetnym stanie.

Zrzuty sowieckie dokonywane były bez spadochronów. Na czekających zbawienia obrońców Warszawy spadały worki, pękające przy uderzeniu o ziemię lub gruzy. Z pękającego worka rozlatywały się na wszystkie strony pociski karabinowe i sypała się kasza. Więc nawet te pociski karabinowe, które się udało odnaleźć w gruzach, zwykle bywały zgniecione i nie wchodziły do zamków.

Sądzę, że za sabotowanie pomocy dla Warszawy – pójdą, tam na Wschodzie, jacyś ludzie pod surowy wojenny sąd sowiecki. Jakże wykonano obietnice i rozkazy marszałka Stalina?

Nie jest to bynajmniej pytanie retoryczne. Sprawa Warszawy, jej walk i jej ofiary – stała się sprawą o znaczeniu światowym. Publicyści anglosascy, szwedzcy, szwajcarscy, francuscy i portugalscy już się zajęli Warszawą. Wyszły broszury i książki. Wychodzą poematy i rozprawy polityczno-wojskowe. Później nadejdą historycy, którzy odkryją całą prawdę i zniszczą wszystkie fałsze. Zbyt wielka i wzruszająca sława towarzyszyła ginącemu miastu, aby w słońcu jej nie spaliły się drobne i duże podłości. Niechże się spalą!

Pamiętamy ostatnie słowa warszawskiej rozgłośni „Błyskawica”. Z radiostacji tej, uruchomionej nadludzkim wysiłkiem, przenoszonej wielokrotnie z miejsca na miejsce, dnia 3-go października przerywany głos mówił:

… byliśmy wolni przez dwa miesiące… dziś znów idziemy do niewoli… ale faktem jest… Niemcy nie zdobędą już nigdy Warszawy… to co zostało… jest kupą gruzów… Warszawy już nie ma.

I mam przed sobą następne słowa, wydrukowane w „Biuletynie Informacyjnym”. Jest to pamiątkowy numer tego dziennika Walczącej Polski Podziemnej ze środy dnia 4-go października 1944. Z nagłówka widać, że jest to numer 102/310/, rok VI.

Na stronie pierwszej podany jest „Układ o zaprzestaniu działań wojennych”, zapewniający Armii Krajowej honorowe warunki kapitulacyjne. Artykuł wstępny mówi między innymi, że klęska jednego miasta – nie jest klęską naszego Narodu. W ostatnich słowach „Biuletynu” redakcja żegna się z czytelnikami i te ostatnie słowa są słowami, którymi walcząca i ginąca Warszawa pożegnała wszystkich Polaków, rozsianych na całym świecie. Wzięte są z Kasprowicza.

„Błogosławieni, którzy w czasie gromów nie utracili równowagi ducha”.

Warszawa biła się i umierała po żołniersku. W swojej ostatniej audycji radiowej i w ostatnich pożegnaniach drukowanych przekazała nam tę swoją żołnierską niezłomność, z której przez długie pokolenia czerpać będzie otuchę i siły cały Naród.

STANISŁAW STRUMPH WOJTKIEWICZ

Emigracyjny tygodnik wydawany początkowo we Francji a następnie w Wielkiej Brytanii. Ukazywał się w latach 1939 – 1949. Wydawcą pisma był Wydział Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych. Po połączeniu z pismem „Żołnierz Polski we Francji” gazeta wychodziła pod tytułem „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Z czasopisma kierowanego do żołnierzy polskich przekształciło się w gazetę kierowaną do ogółu emigracji polskiej. Redaktorem naczelnym był Tymon Terlecki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close