Wielka Brytania prowadzi wojnę

Gdyby brać wszystka dosłownie, nic nie byłoby łatwiejszego, jak wykazać, że słynne powiedzenie „Wielka Brytania przegrywa wszystkie bitwy z wyjątkiem ostatniej” – jest wprawdzie bardzo efektowne, ale znacznie mniej ścisłe historycznie. Z wyjątkiem okresu wojen napoleońskich, kiedy ostatecznie po bardzo, bardzo długim okresie klęsk i niepowodzeń przyszło decydujące zwycięstwo pod Waterloo i z którego to okresu to zdanie bodaj pochodzi, Anglia bynajmniej nie przegrywała wszystkich bitew w toczonych przez się wojnach, tak samo jak nie zawsze wygrywała bitwę ostatnią.

Ale nie ma dymu bez ognia…. Jeżeli zdanie to „Anglia przegrywa wszystkie bitwy za wyjątkiem ostatniej” nie jest całkiem ścisłe historycznie, to jednak dosadniej, niż cokolwiek charakteryzuje ogólną, niemal niezmienną tendencję wszystkich wojen prowadzonych przez Brytyjczyków. Wystarczy otworzyć historię W. Brytanii w okresie którejkolwiek z wojen, czy to będzie sto, czy dwieście lat temu, by wykrzyknąć: Boże, przeciez to kubek w kubek historia obecnej wojny! Mało jest wypadków, by historia tak się powtarzała, jak właśnie w wypadku angielskich wojen.

„Początek wojny był nieszczęśliwy dla Anglii.” – To zdanie spotykamy niemal w każdym rozważaniu na temat wojen prowadzonych przez Anglię w ostatnich stuleciach. Z reguły pierwszy, bardzo często i drugi rok wojny jest mniej lub bardziej niefortunny. Klęski sypią się za klęskami, sytuacja wydaje się ciężka, niemal beznadziejna. Ale później przychodzi przełom i koniec końców, przegrawszy wprawdzie nie wszystkie, lecz wiele bitew, Anglia wygrywa wojnę.

Wiele rzeczy składa się na to, że początek każdej wojny po prostu musi być dla W. Brytanii bolesny, klęskowy, niemal katastrofalny.

Przede wszystkim z reguły wojna jest niespodzianką dla Anglików. Jest rzeczą dość ludzką, że się nie wierzy w to, czego się nie lubi, Anglik zaś wojny nie lubi. Umie, gdy trzeba, walczyć, potrafi zdobyć się na wspaniałe wyczyny wojenne, ale nigdy w wojennym rzemiośle nie zasmakuje. I dlatego społeczeństwo angielskie zawsze odsuwa od siebie myśl, że może być wojna, zawsze wierzy tym swym mężom stanu, którzy mu obiecują, że będzie pokój, a tych, którzy ostrzegają o grożącym niebezpieczeństwie, uważa za nieprzyjemnych pesymistów, którzy bez powodu zakłócają pokojową sielankę angielskiego życia. A to tym bardziej, że ci którzy obiecują pokój, jednocześnie redukują podatki, podczas gdy ci, co przepowiadają wojnę, chcieliby o zgrozo, – ich powiększenia.

Czy trzeba przykładów? W sierpniu 1791 Grenville oświadcza, że oczekuje długiego okresu pokoju i bezprzykładnego dobrobytu. W lutym 1792 nawet genialny Pitt przepowiada 15 lat pokoju i… zmniejsza budżet armii i marynarki. Rok później zaczyna się wojna…

Zupełnie tak samo w roku 1933 szef sztabu imperialnego oświadcza, że „nie zanosi się na użycie armii w wielkiej wojnie europejskiej w ciągu wielu lat”; liczni współcześni mężowie stanu przepowiadali, że nie będzie wojny „za naszego życia.”

Nie wierząc w wojnę, Anglicy nie myślą też zazwyczaj, by się do niej przygotowywać. „Ministrowie, którzy spodziewali się uniknąć kryzysu w drodze rokowań znaleźli się po uszy w wojnie w chwili, gdy dopiero zaczynaliśmy się do niej przygotowywać.” To zdanie, które wydaje się fragmentem historii 1939 roku, dotyczy roku… 1793.

Ba, nawet gdy wojna się zaczyna, nie od razu następuje przebudzenie. „Rozpaczaliśmy, zanim mogliśmy bronić, zaniedbaliśmy, po rozpoczęciu” – Kto to powiedział? Churchill – Nie, Pitt starszy w 1756 roku.

To nieprzygotowanie do wojny jest zresztą tylko częściowe. Dotyczy ono mianowicie tylko sił lądowych. Flota, przez długie stulecia podstawa potęgi brytyjskiej, jest niemal zawsze gotowa. Niegotowe są armie do walki na kontynencie.

Gotowa flota – niegotowa armia: oto sedno zagadnienia na początku każdej angielskiej wojny. Źródłem tego stanu rzeczy jest wiecznie dyskutowany i wiecznie nierozstrzygnięty spór na temat, jaka powinna być strategia brytyjska, spór pomiędzy entuzjastami „sea-power,” a wyznawcami szkoły kontynentalnej.

Czy w wojnie o sukcesję hiszpańską, czy następnie w wojnie o sukcesję austrjacką, w wojnie siedmioletniej i w wojnach napoleońskich aż po wojny roku 1760: „Niech wielkie armie maszerują od Renu aż po Dunaj, niech rabują wszystkie miasta od Mannheim do Belgradu wszystko to razem nie wybuduje im jednej fregaty dla zagrożenia naszym wybrzeżom.” Dla zwolenników tego poglądu uchodzi za pewnik że W. Brytania nie powinna prowadzić wojen na kontynencie, a jej pomoc dla aliantów powinna polegać na dywersji w stosunku do wspólnego wroga, na przecinaniu jego połączeń morskich i blokowaniu jego handlu.

Ale tezie tej od 200 lat z górą przeciwstawia się pogląd inny. Ujął to dosadnie Walpole w roku 1740, mówiąc: „Nie możemy się spodziewać, że za pomocą samej tylko floty zmusimy ich (Hiszpanów) do pokoju. Musimy zaatakować ich w jakimś punkcie na lądzie i w tym celu musimy mieć dostateczne siły lądowe.”

Nie było bodaj wojny, w toku której nie dyskutcowanoby tej sprawy. W praktyce zresztą prędzej czy później dochodziło do pewnego kompromisu. Wojna morska prowadzona była na równi z wojną na kontynencie i dopiero skombinowane wysiłki dawały wynik dodatni.

Trudno jednak było dla W. Brytanii z góry, stale być przygotowaną jednako do wojny na morzu i na kontynencie. Posiadać i najpotężniejszą flotę i armię, mogącą się równać z potężnymi armiami kontynentu – na to nie byłoby stać nawet bogatej Anglii. Trzeba było wybierać. Kontynentalne państwa wybierały z reguły armię. W. Brytania, potęga wyspiarska, mocarstwo morskie – musiała wybierać flotę.

I nazajutrz po każdej wojnie rozpuszczano wojska. Nawet wielomilionowa armia roku 1918 stopniała w mgnieniu oka. Pobór jak wiadomo – nie był w Anglii nigdy praktykowany. W poprzedniej wojnie dopiero w roku 1916 zdecydowano się na przymusową służbę wojskową, a wprowadzenie jej na wiosnę 1939 raku na parę miesięcy przed wybuchem wojny, jeszcze w czasach „pokojowych”, było wydarzeniem z punktu widzenia tradycji brytyjskiej, rewolucyjnym…

Nic więc dziwnego, że wybuch wojny zawsze zastawał W. Brytanię całkowicie nieprzygotowaną do operacji na kontynencie, czyli w decydującym teatrze działań wojennych. W najlepszym razie jest pod ręką niewielki korpus ekspedycyjny, który nie może zazwyczaj zaważyć na sytuacji. Toteż w pierwszym czy drugim roku wojny z reguły jest jakaś „szczęśliwa ewakuacja”, jakiś „cud Dunkierki”. Ba, zdarzyć się może, że zanim odrobione zostaną braki i zaniedbania, zanim stworzona zostanie armia zdolna zaważyć na szali wojny – a takiej armii zaimprowizować nie można – zanim wreszcie powolne w swym działaniu operacje na morzu mogą dać jakikolwiek wynik – Anglia zostaje mniej lub więcej całkowicie wyparta z kontynentu.

Ale to, co było by zabójcze dla każdego państwa kontynentalnego, które drogo zapłaciło by za taki stan nieprzygotowania, jest do zniesienia dla wyspiarskiej Anglii. Dopóki czuwa nad nią flota, dopóki jej własne terytorium jest zabezpieczone przed inwazją, może „przegrywać wszystkie bitwy” na kontynencie, a jednak w końcu wygrać wojnę. Wyspiarskie położenie i panowanie na morzu, jak również ogromne zasoby materialne pozwalają znieść wiele ciosów i tymczasem przygotowywać siły lądowe do ostatecznej rozprawy.

Tak było przez stulecia. Czy jest tak i dzisiaj? Lotnictwo wprowadziło czynnik nowy, decydujący. Panowanie na morzu już nie wystarcza dla zabezpieczenia bazy, nie mówiąc o decydującym zwycięstwie. Nieodzowne staje się zdobycie panowania w powietrzu.

Z tego wszyscy Anglicy zdają sobie sprawę. Tradycyjne szkoły strategiczne skorygowały swoje poglądy. Dawni głosiciele „wojny morskiej” dziś mówią „zwyciężymy przez skombinowaną potęgę morską i lotniczą.” Ich tradycyjni przeciwnicy ze szkoły „kontynentanej” odpowiadają: „samymi bombardowaniami tak samo nie osiągnie się ostatecznego zwycięstwa, jak samą blokadą; w odpowiedniej chwili trzeba będzie, wykorzystując przewagę lotniczą i morską zadać decydujące uderzenie na lądzie”. Jedni i drudzy są zgodni co do konieczności władania w przestworzach.

Pewno, że W. Brytania wygra tę wojnę nie dlatego, że „zawsze wygrywa ostatnią bitwę”. Zwycięstwo wymagać będzie jeszcze ogromnych, niemal nadludzkich wysiłków. Ale tak, jak we wszystkich poprzednich swych wojnach stać jest i dziś W. Brytanię na długą, nieprzerwaną niemal serię niepowodzeń i klęsk i wygranie dopiero ostatniej bitwy.

Jeśli naród brytyjski jest dziś tak spokojny, jeśli nie mogą go złamać żadne klęski i nic nie jest w stanie podważyć jego niezachwianej wiary w zwycięstwo, to jest w tym duża zasługa znajomości własnej historii. Brytyjczycy wiedzą że… wszystko to już było: i ich własne nieprzygotowanie i zaskoczenia przez przeciwnika, i zawojowanie przezeń całego kontynentu i długie serie porażek. Wiedzą też, że mimo wszystko byli w stanie w końcu zwyciężyć. Ta wojna jest nowa w swej technice, ale nie w swym charakterze ogólnym.

Zapewne przegra jeszcze W. Brytania niejedną bitwę, niejedną kampanię. Ale pomna swej historii nie straci z tego powodu ani wiary, ani woli zwycięstwa w „bitwie ostatniej.”

Aleksander Boray

Emigracyjny tygodnik wydawany początkowo we Francji a następnie w Wielkiej Brytanii. Ukazywał się w latach 1939 – 1949. Wydawcą pisma był Wydział Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych. Po połączeniu z pismem „Żołnierz Polski we Francji” gazeta wychodziła pod tytułem „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Z czasopisma kierowanego do żołnierzy polskich przekształciło się w gazetę kierowaną do ogółu emigracji polskiej. Redaktorem naczelnym był Tymon Terlecki.

Close