Mirosław Fligier

Ano, żyje się jakoś w Dąbrowie

Gorąco wielkie, aże duszno. Dał Pan Bóg pogody sporo, dni jednako rozpalonych kilkanaście, to i ten czas wlecze się ciężko, zmordowany gorączką.

Na skwerku pod kapliczką upatrzyli sobie oddawna miejsce sposobne, gdzie się da spokojnie pogwarzyć i w karty pograć. Gra się też ciągle. Tak tam, bylejak, bo i na ciuchy dawno się przestało. Jest jeszcze kilku, co raz na dwa tygodnie cośniecoś naprawdę w sztosa się pobawią, albo i w oko. Ci chodzą jeszcze w środę z kartą do magistratu, aby zaś odnowa mogli ich porachować. Inni to i dawno przestali. Staną se zato tamtym za plecami, wodzą okiem i na palce się zepną czasem, jak który ciekawszy. Niedługo się też i ciągnie cała uroczystość. Byle te drobne, co od okrągłych złotych odstają, komuś się równo ułożyły. Baby są chytre i już swoje pilnie zrobią.

Dziś zwyczajny dzień, więc niewiela tam ruchu na ławie pod murem, gdzie chłodek jakitaki.

A naokoło, jak w każde południe.

By to nazwać – jakby wszystko czekało. Zaraz też i niedługo z tej strony, gdzie wiele drzew i szpital świętej Barbary, wyrwie się odległy, spoczątku cienkim głosem, a później w gwizd ni wrzask rozpędzony – buczek z kopalni. Jeszcze nie umilkł, gdy wylazł, jak spod ziemi, groźny bas huty, podźwigując się zwolna wgórę, by zwysoka światu chwilę potrąbić, opaść zaś i schować się, gdzie popadło.

Patrzeć ino, jak od Czarnej Drogi pojawi się co prędszy, a za nim inni.

Pomachują równo niebieskiemi bańkami od kawy, dyndają butelką w rozpiętej marynarce i pobłyskują wyślichtowanemi na udach portkami. Za nimi, wolniej już, kroczą w ciężkich buciorach dołowi. Tym oto szychta wlazła lepiej w kości. Zdąży się jakoś.

Niewielu ich ta jest wszystkich.

Idą koło skwerku. Niestary i ten skwerek. Był tu przedtem plac zaśmiecony i nierówny, gdzie chłopaki uganiali się za fudzbolem. Wtedyto więcej, ho, ho – ile więcej wracało o tej porze na obiad. Potem ich ubyło, przybył skwerek, bo coś trza było dać robić zredukowanym, żeby darmo nie jedli. Myślało się bo kiedyś o tych, co oto grzmocą w karty pod murkiem.

Gdy się tak idzie w ciężkich butach z karbidką w ręce kole kapliczki i patrzy przecież na oczy, nie można nie powiedzieć „Dzieńdobry! Ano, odchodzi zechcyg, odchodzi”. Ino, że zawsze potem jakoś nijak…, żeto mało który zza ramienia pojrzy i niewiele kto co odbąknie.

Na dołkach przy Mikołajskiej buduje się dom. Kwapich, co pracuje w Katowicach, w warsztatach kolejowych, wydał już dawno córkę i teraz ich stawia. Cegły trochę narobili ze swojego pola, kamienia i co trzeba kupili, i już fundamenty wyrosły na dwa łokcie.

Z frontu stoi drąg z dyktą i papierem, na którym wydrukowane jest artramentem: „Właściciel posesji: Kwapich Antoni. Inżynier: **. Majster bud.: Bator Feliks. Wstęp na budowę wzbroniony”. Wczoraj tego jeszcze nie było, ale przyszedł urzędnik i kazał postawić.

Stary Bator pracuje z synami.

Najstarszy też za murarza, tamci pomagają. Już się tu wokoło cośniecoś wymurowało.

Bo Bator niedawno zaczął stawiać. Dopiero w zeszłym roku jeden pan z magistratu, u którego Batórka posługiwała, wyrobił mu świadectwo przemysłowe i odtąd jakoś tam, chwała Bogu, idzie.

Gorąco, więc się chłopaki trochę porozbierali. Stary kamizelki nawet nie zdjął, jako że przywykł. Pośpiechu wielkiego niema. Idzie kamień po kamieniu na swoje miejsce, nierzadko coś się młotkiem podrobi pod miarę. Twordz wielki, stukać trzeba mocno.

Przyplątało się dwóch jakichś, siedli na robocie, patrzą i coś mówią. Śmieją się też czasami.

Zbiera trochę złość starego Batora, bo i gorąco i ci tam, a któżto lubi, żeby mu na ręce patrzeć.

– Młody starego furt ścigo, już kęs sie odsadził.

– Że ta trochę krzywo, to majster później podrówno.

– Cheba siekierą.

Bator nabiera w kielnię i ciepie ostro, aż pryska. Widzieliście ich, jakto podgadują?

Zbliżył się jeden, wziął w palce trochę podeschniętej zaprawy, roztarł i mówi:

– Ktoto takim pioskiem muruje? Tupnąć mocniej, a już sie sypie.

Dopaliło Batorowi:

– Pilnuj pan swojego nosa i nie wtrącęj sie!

Ho, ho! Jak też obaj teraz zaczną. Coto za robota? A ten winkiel, to chyba ślepy stawiał. „Spędził całą familje do roboty, baby ino brakuje i tego, co sie kiecki trzymo”. „Żeby ino grosz w chałupie ostał!”.

Odłożył Bator robotę i próbuje podobremu:

– Co wy chcecie ode mnie? Co wom tu za interes?

He, dopiero jak ten krzyknie:

– Co chcemy? Zarobić chcemy! Każdy patrzy swego, ścisko, co mo, a niech inny z głodu zdycho!

No, no, a to ci historja. Podrapał się stary Bator po głowie.

– Czy jo wos znom? Dostoł człowiek trocha roboty, synów dorosłych trzech, te pare groszy niewiadomo na co przód obrócić, a i o zimie trza już pomyśleć. Powiedzcie sami.

Czy ich zna? Jeden robił z Batorem w dwudziestym szóstym roku na kopalni przy budynku. Podawał cegłę, jak stawiali chodnik na dole. Teraz to nikt nie pamięta, psiakrew, czasy takie!

Tak, tak wiadomo, ale co robić? Niech idą do Kubalika, albo Palińskiego, Tam robota większa, a nie takieta żganie, jak tu. Można to z ludźmi gadać? Znów zaczęli urągać, a wyzywać. Złodzieje, jeden na drugiego spycha, chytry każdy, żeby ino sobie kałdon zapchać. Popamiętasz, chamie, będziesz jeszcze o kawałek chebla prosił! Zabierali się już, a wciąż klęli i pomstowali, że zgroza było słuchać.

Ano, różnie się ludzie zachowują.

*

Ktoś usłyszał, że coś ma być na kopalni.

Zebrało się niewiadomo skąd kilkunastu i pytają stróża pod bramą.

Iii, co zaś kto tam gadał! Boto raz tak bywa? Zwyczajnie plotki, szkoda czasu.

Nie, nie, ale oni poczekają. Niedługo będzie inżynier wracał z obiadu. Mieszkał niedaleko w ładnym domu. Dom stał w środku ogrodu, naokoło były żelazne sztachety, a na bramie mosiężna tabliczka z pięknym napisem. Każdy zresztą i tak wiedział, że się to czytało: Delaszatr.

Niedługo czekali. Szedł jak zwykle prędko z pochyloną głową, niby że nikogo nie widzi. Ktoby zaś tak ciągle kapelusz zdejmował.

Stanęli gromadą przed wejściem, pierwsi z czapkami w ręku.

– Aha! Co tu? No! Dzieńdobry.

Szedł dalej, robiąc sobie ręką miejsce, choć i tak raźno ustępowali. Stanął już na progu portjerni, gdy wreszcie ktoś się odezwał.

– Panie inżynierze, podobno mają przyjmować?

Tak? Zdziwił się bardzo. Skądto wiedzą? Że tak niby mówili. Kopalnia podobno dostała zamówienia nowe i ma być większy ruch.

Dobrze jest uśmiechnąć się w takiej chwili i coś zrobić. Pan Delaszatr przechylił się i począł wodzić ręką i wzrokiem po czarnej, drucianą siatką osłoniętej gablocie, przytwierdzonej do ściany. Było tam sporo starych, wyblakłych papierów.

– Tu nic nie jest. Co mówią? Trzeba czytać. Kopalnia robotnik ma dużo. Dużo za wiele. Na placu góra węgiel.

Próbowali przecie jeszcze swego, to im znów zaczął. Już mieli redukować, tyle, że te zamówienia przyszły, więc się swoich zatrzyma, choć turnusy i tak będą. Wiadomo, ciągle to samo.

Pomachał jeszcze trochę rękoma, uchylił kapelusza, ktoś tam powiedział „przepraszam”, ktoś „dowidzenia” i tyle.

Rozchodzili się pomału. Ściska niejeden pięści, tamten spluwa. He, czy to co poradzi? Różnie już bywało, a rozumu człowieka nietrudno nauczyć.

*

W nocy przyszła burza. Rychło jej już było, bo po ogródkach pomidory dawno pomglały i schły. Rankiem przecież jakoś się przetarło.

Idzie Bator do roboty, a tam już stoi Kwapich i macha ręką, bo się spieszy na pociąg.

– Patrzcie no, co sie tu dzieje!

Kawał muru, gdzie ma być sień, leży obok rozwalony, a niżej woda wyprała glinę i naniosła piachu.

– No, no, powiedzcie!

– To musiał ktoś zrobić na złość! Wodaby przecie muru nie ruszyła – gada Kwapich.

Pogwizdał se trochę stary Bator – ho, ho, ho – pokiwał głową, ale wkońcu pedział:

– Chybato jednak burza. Mur był świeży i sterczał w tem miejscu, a to jak jechało zgóry, to i podmyło.

Kwapich już długo nie zabawił, tylko jak mu chłopiec przyniósł kawę, poszedł na stację.

Zaczął tedy majster oglądać szkodę i macać fundamenta. Ale gdy nadeszli synowie, nic im nie powiedział, że na cegłach były ślady od breśtyngi.

*

Na kopalni burza nic nie wyrządziła.

O szóstej przyszli robotnicy i zabrali się do rozbierania starej elektrowni. Ma tu stanąć nowoczesna sortownia, taka, jak to już są na Śląsku.

Opowiadał technik Zarębski, co to tu będą za urządzenia. Ho, ho, wózki już pójdą precz. Od skibu, jak na dole, cały węgiel będzie szedł na pasach. Siła i woda zrobią wszystko, jak się patrzy, a wystarczy ledwie paru chłopów, żeby se z tym interesem dali radę.

I zakończył jeszcze pen technik – jakto on powiedział? – że przecie w kraju jakoś przemysł się dźwiga.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close