Zdzisław Broncel

Berlin w dębowych wieńcach

W dniu otwarcia XI Igrzysk Olimpijskich

Na Unter den Linden – po obu stronach szerokiej alei – białe posągi. Przed maratończykiem ucieka Zwycięstwo, w jednej dłoni trzymając złotą palmę nagrody, a drugą wskazując na zachód, na Brandenburger Tor, skąd prosta droga poprzez cały Berlin prowadzi do olimpijskiego stadjonu.

Berlin, 1 sierpnia 1936; otwarcie XI Igrzysk Olimpijskich; przemarsz wojsk niemieckich przez Bramę Brandenburską

Berlin, 1 sierpnia 1936; otwarcie XI Igrzysk Olimpijskich; przemarsz wojsk niemieckich przez Bramę Brandenburską (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe; http://www.nac.gov.pl/)

Wśród kolumn Brandenburskiej Bramy zwisają wielkie białe sztandary olimpijskie – spływają one ku ziemi z samego szczytu, niemal spod kopyt spiżowych rumaków pomnika, koronującego portal. Z pięcioma kołami sztandaru olimpijskiego mieszają się czerwone flagi z czarną swastyką. Pod stropem wiją się dębowe wieńce, spadają girlandami po kolumnach, wspinają się na sąsiednie pałace, obejmują zieloną ramą całą ulicę, ażeby wreszcie na gmachu Opery zbiec się wszystkie wokół złotego wieńca.

Operę osłonięto purpurową draperją. Wśród ciemnej purpury przezierającej spoza kolumnady – tylko jedna złota plama. Ze wzniesienia przed Operą Unter den Linden wygląda jak ogród, w którym zamiast drzew rosną sztandary. Na wysmukłych, wysokich słupach powiewają flagi z herbami miast niemieckich – w środku aleji utworzono szpaler z niemieckich chorągwi – duże czerwone linje hitlerowskich sztandarów wytyczają drogę defilad, brunatny sznur kordonu, utworzonego przez SA broni przejścia przed naporem tysiącznych tłumów, policjanci wsparci na kolumny, latarnie, posągi usiłują kierować ludzką falę w boczne arterje.

Wszystko napróżno! Nikt nie chce odejść stąd, gdzie raz po raz rozbrzmiewają hymny wszystkich narodów, gdzie pod niebem lecą na skrzydłach chorągwi białe, czerwone i czarne orły, złote gryfy i fantastyczne srebrne ptaki w koronach.

Oto teraz, poprzez morze głów, nie widać już nic, lecz zato słychać miarowy tupot nóg. Głośniki rzucają hasło: Wir grüssen den Jugend der ganze Welt! Witamy młodzież całego świata! Wir grüssen den Jugend… – rozbrzmiewa od Aleksander Platz do Hindenburg Platz, i dalej poprzez Charlotenburger Chausse’e, Bismarck Strasse, Kaiserdamm, Adolf Hitler Platz. Okrzyk zrodzony przed Katedrą i Grobem Nieznanego Żołnierza sięga do stutysięcznego stadjonu na Reichsporlfeld. Unter den Linden daje w ten sposób znak, że pochód młodzieży dosięgnął olimpijskiego znicza. Reichsportfeld odpowiada istną burzą: Führer! Führer!

W tej chwili niema w Berlinie miejsca gdzieby głośniki, umieszczone na słupach tramwajowych, na ulicznych latarniach nie rzuciły grzmotu, jakim olimpijskie pole wita Hitlera.

Świąteczny płomień przebiega ponad głowami tłumu. Ręce wyciągnięte w nazistowskiem pozdrowieniu. Deutschland, Deutschland über alles! Pędzi sztafeta z zapaloną pochodnią. Ogień umieszczony na ołtarzu Zeusa w Olimpji, przeniesiony przez Grecję, Jugosławię, Węgry, Czechosłowację do Niemiec i do Berlina i zamieniony w znicz, płonący nawprost niemieckiego Grobu Nieznanego Żołnierza, zapali ognisko olimpijskie na stadjonie.

W głośnikach brzmią słowa przemówienia prezesa Komitetu Olimpijskiego, grafa Baillet -Latour. Znów przez kilka minut pokrywa wszystko szum oklasków.

Ruch na ulicach ustał zupełnie. Wiatr łopocze flagami, jakie wywieszono w każdem oknie każdego domu. Berlin jest wprost czerwony od hitlerowskich chorągwi i biały od olimpijskich sztandarów. Na skrzyżowaniu ulic przy końcu Tiergarten gra w słońcu symfonja barw – chorągwie 55 państw, uczestniczących w Olimpjadzie, ułożone w mozajkę o siedmiu barwach tęczy. Na Adolf Hitler Platz, gdzie stanęły kołem oddziały szturmowe wyrosła w środku trzypiętrowa wieża zieleni – olbrzymi żywopłot, ustrojony girlandą dębowych wieńców i przetykany czerwienią flagi ze swastyką.

Oto tędy przebiega olimpijczyk z pochodnią. Pada na niego cień od chmury, jaka nagle zawisa nad placem. Hindenburg – największy sterowiec niemiecki krąży nad Berlinem i olimpijskiemi polami.

Tak! Tłum poznał ten głos twardy, pełen napięcia, brzmiący jak krótkie, a nieustanne uderzenia pięścią!

– Ich eröfne die XI Olympischen Spiele! Heil! Heil! Megafony zamieniają się w paszcze dział – huk salwy armatniej wstrząsa pięciomiljonowem miastem. W górze, w przelotnym blasku słońca rozszczepia się biały obłok – 20.000 gołębi pocztowych niesie w świat wieść otwarcia Olimpjady.

Już pierwszy olimpijczyk wbiegł na stadjon. Już zapłonął ogień. Przez bramę położoną nawprost Maifeld wkraczają pierwsze reprezentacje olimpijskie. Na głównym maszcie już łopocze flaga z pięcioma kołami. Przy akompanjamencie armatnich wystrzałów podnoszą się sztandary narodowe. Jeden z pierwszych, nawprost loży honorowej, wypręża się na wietrze sztandar polski.

Drużyna francuska pozdrawia Führera wyciągnięciem ramion. Wywołuje to istny szał entuzjazmu na stotysięcznym stadjonie. Drużyna włoska maszeruje wśród oklasków i wiwatów, lecz kulminacyjny punkt nadszedł dopiero wtedy, gdy na tle migotliwych płomieni znicza zjawił się napis „Oesterreich”.

Wstano z miejsc. Stadjon zakwitł chorągiewkami. Führer zbliżył się do krawędzi balkonu loży i oddając pozdrowienie wyciągnięciem dłoni czekał, aż sztandar austrjacki zniży się przed wodzem Niemców całego świata.

Głośniki po tysiąc razy rozsiały w Berlinie słowo „Oesterreich”. Powybiegano ze sklepów, z wnętrza restauracji i kawiarń. Niech żyje Austrja! Niech żyje kraj niemiecki!

Powiewają chusteczkami, kapeluszami, – wszędzie wyciągnięte ramiona – entuzjazm, jaki wybuchł na stadjonie ogarnął całe miasto i w tym radosnym rozgwarze ginie efekt wejścia następnych reprezentacyj: Peru, Philippinen, Polen…

Polscy zawodnicy ubrani w białe spodnie i czerwone kurtki, obramowane białą taśmą, bliscy są strojem kanadyjczykom, którzy również noszą czerwone marynarki z białem obszyciem. Naogół przeważają kurtki granatowe i białe spodnie. Reprezentacje krajów amerykańskich upodobały sobie słomkowe kapelusze. Oryginalny jest strój lekkoatletów hinduskich – błękitne turbany.

Po skończonej ceremonji otwarcia Igrzysk tłumy odpływają ze stadjonu. Auta ciągną nieprzerwanym sznurem w kilkunastu rzędach poprzez całą szerokość aleji Reichsportfeldstrasse. Białe wagony tramwajowe wyglądają zdaleka, jak jeden wielki pociąg, którego koniec ginie gdzieś na horyzoncie. Wzdłuż drogi do placu Adolfa Hitlera, udekorowanej zielenią, obsadzonej drzewami i krzewami, ustrojonej girlandami dębu, wiszą sznury z chorągiewkami. Gdziekolwiek spojrzeć, cieszą oczy żywe barwy – niebieska, czarna, czerwona, żółta, zielona pięciu kół – godła olimpjad. Transparenty z powitalnemi napisami co chwila przecinają ulicę. Publiczność rozchwytuje ostatnie wrydanie Olympic – Zeitung sprzedawane przez boyów w czerwonych kaskach kolonjalnych. Służba olimpijska -białe spodnie, niebieskie marynarki z białą wypustką, niebieskie czapki z różowym otokiem – pilnuje porządku przy wyjściu i kieruje publiczność grupami bądź do tramwajów, bądź na dworzec S-Bahn, lub U-Bahn (metro).

Zdaleka Berlin lśni już światłami. Ciemne, potężne wieże zamków, lotne konstrukcje wież radjowych na Deutschland-Ausstellung i czerwone, ruchome pasy chorągwi, sztandarów, flag…

Podawana z ust do ust przybiega wiadomość, że na Unter den Linden i Kaiser Wilhelm Strasse ścisk doszedł do tego stopnia, że ustał wszelki ruch. Tłum zalał jezdnię i otoczył auta. Czemprędzej z Reichssportfeld wysłano samochody ciężarowe z policją. Mija więc nas wśród śpiewów auto za autem. Wśród śpiewów? Tak -policjanci śpiewają pieśń olimpijską naprzemian z pieśnią młodzieży. „Nasza flaga powiewa nad nami”. Pierwszy raz w życiu słyszę śpiewającą policję…

Głośniki zaczynają transmitować hymn olimpijski Straussa, którym otwarto i zamknięto dzisiejszą uroczystość. Na tle przytłumionej melodji hymnu radjo powtarza przemówienie Hitlera. I znów tłumy zatrzymują się na ulicach i znów okrzyk Heil! – niesie się przez Berlin i w ten pierwszy olimpijski dzień i olimpijski wieczór niema wprost końca wybuchom żywiołowego entuzjazmu, niema końca nieustannej demonstracji potęgi i siły Trzeciej Rzeszy…

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close