Władysław Frącz

Czerwony strach

Każdego dnia zagląda nam w oczy tępym, twardym wzrokiem, potrząsając łachmanami na własnym szkielecie; każdej nocy zjawia się wraz ze snem w postaci krwawej zmory, która pięść groźną pod nos nam podsuwa i budzi nas krzykiem: pod stienku! A gdy zbudzeni, uciekamy z własnego mieszkania, wyrasta tuż przed nami, na naszej drodze, z twarzą szarą i zaciśniętymi wargami – ten sam czerwony strach. Pisze się o nim: element destrukcyjny, komuniści.

Od czasu do czasu pojawiają się w gazetach wieści w rodzaju: „krwawe zajścia komunistyczne”, „aresztowanie jaczejki komunistycznej” itp. W niedzielę czytają nam z ambony orędzie episkopatu, wzywające do walki z komunizmem, do walki z najsłabszym choćby jego objawem.

Dochodzimy do wniosku, że wszystko wokoło nas – to komunizm. Stajemy się na tym punkcie przeczuleni i lada krzyk bezrobotnego przyprawia nas o drżenie łydek. Jesteśmy chorzy. Ze strachu. No bo jakże? Skoro ten komunizm tak się rozpanoszył, to każda godzina niepewna. Ale tak naprawdę, to jesteśmy chorzy z urojenia.

Dziwne pomieszanie pojęć nastąpiło u nas pod tym względem. Już nie odróżnia się polskiego wołania o chleb i sprawiedliwość społeczną od czerwonego kolektywizmu. I każdy, kto nie umie ukryć swego niezadowolenia z obecnego stanu rzeczy, bez względu często na jego przekonania polityczne, uważany bywa za komunistę. Szczególnie rażąco wygląda to na prowincji, w małych miasteczkach lub podmiejskich wsiach.

I tak: bezrobotni w gminie domagają się pracy – komuniści; robotnicy w fabryce żądają podwyżki – komuniści; strajk – też komuniści; chłop nie może zapłacić podatku – komunista. Nawet zdarza się, że zdecydowanych narodowców czynniki miarodajne gorliwie podciągają do rubryki: komuniści.

A pospolity ludek słucha tego wszystkiego i nic nie rozumie. Jakże to? Tylu tych jakichś komunistów jest w Polsce, a w naszej wsi jakoś nie ma. Rozglądają się w koło i nie mogą znaleźć komunisty „naprawdę”. Widzą natomiast ze zdziwieniem, że ich samych nazwano komunistami.

Co prawda, zdarza się czasem spotkać prawdziwego komunistę będącego na usługach Kominternu. Ale zdarza się to dość rzadko. Na ogół – posądza się niewinnych ludzi całkiem niewinnie o przekonania, o których nie mają oni nigdy nawet pojęcia. Tak chłop przeciętny na wsi, jak i robotnik, zazwyczaj nie zna zupełnie istotnej doktryny komunistycznej, lub zna ją bardzo niedokładnie. A wielu jest jeszcze ludzi u nas, w ojczyźnie sześciu milionów analfabetów, którzy o komunizmie nic zgoła nie wiedzą. Dziwią się oni z pewnością niepomiernie, słysząc, że tak zastraszająco panoszy się u nas komunizm i choćby przez prostą ciekawość radzi by z bliska ten komunizm widzieć. I ani się spostrzegą, gdy sami właśnie o komunizm zostaną oskarżeni, a to przez niesłychane pomieszanie pojęć.

Bo trudno nazwać komunistą kogoś, kto tylko domaga się chleba i pracy, kto upomina się o swe naturalne prawa, skradzione podstępem przez sprytniejszych. Czyż takie prawo może osiągnąć tylko społeczeństwo komunistyczne? Byłoby to naprawdę bardzo smutne, ale na szczęście bolszewicka rzeczywistość przekonuje nas, że tak nie jest. A zatem sprawiedliwość społeczną można uzyskać przecież w ustroju z komunizmem nic wspólnego nie mającym. O ten to ustrój walczy u nas większość głodnych ludzi, którym jest wszystko jedno jaki będzie ustrój, byle nie komunistyczny i byle można było wyżyć.

A że dysproporcja pomiędzy życiem kapitalistów, obszarników, a życiem małorolnych i bezrobotnych jest zbyt wielka, nic dziwnego, że cierpliwość ludu dochodzi czasem zenitu i wybucha krwią. Korzystają z tego agenci Kominternu i pragną wykazać, że to właśnie ich zasługa. Pragną pokazać jak wielki wpływ mają na najszersze warstwy społeczeństwa.

Ale to kłamstwo. To nie komuniści wywołują krótkie spięcia. To polska rzeczywistość, prawdziwa choć jakże bardzo smutna. To niedola i rozpacz serdeczna, a z drugiej strony błyszczące, słodkie życie współczesnych potentatów.

Każdy Polak ma w sobie coś, co jest całkiem sprzeczne z ideą komunizmu. To umiłowanie swej własności, swoich morgów, swego ogródka i swej własnej chałupy. Tego się z polskiej duszy nie wypleni. Na to żaden bolszewik nie poradzi. I najszersze warstwy społeczeństwa polskiego tak samo chcą walczyć z komunizmem, jak z wyzyskiem uprawianym przez możnych tego świata.

I najskuteczniejszą bronią przeciwko bolszewickiemu imperializmowi będzie usunięcie tych dysproporcji z naszego życia społecznego, które dają pretekst do działania różnym agentom Kominternu od uszczęśliwiania ludzkości. A tego, niestety, nie zdoła dokonać najpiękniej zredagowane orędzie.

W dzisiejszych warunkach są wypadki, choć rzadkie, że bezrobotny nędzarz przystępuje do partii komunistycznej tylko dlatego, że dostaje „na przynętę” parę złotych miesięcznie. Czyż to nie okropne, że Polak, któremu dotąd nic nie można było zarzucić, wyciąga rękę po pomoc od wroga, sprzedając wzamian swoją polską duszę, swoje narodowe poczucie, a może i dusze swych bliźnich? Kto ponosi odpowiedzialność za błąd tego słabego człowieka, któremu głód doradził zdradę?

Otóż – gdyby ów człowiek miał znośne warunki bytu, na pewno nie poszedłby na lep kilku złotych. Zatem odpowiedzialność ponoszą ci, którzy uparcie bronią swych przywilejów i słodkiego życia, a w masy wmawiają komunizm. Żeby tym bardziej zohydzić w oczach nieświadomego tłumu jego własne dążenia. Zawsze ktoś na tym zarobi.

Ale naród, w szerokim tego słowa znaczeniu, jeśli dotychczas skutecznie się opierał propagandzie komunistycznej z zewnątrz kraju, oprze się na pewno również ingerowaniu tej choroby od wewnątrz i doprowadzi szczęśliwie do zwycięskiego końca walkę o polską sprawiedliwość społeczną.

Bogatym i potężnym sugestionerom komunizmu dla mas pozostanie chyba najwyżej… autosugestia.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Close