Zdzisław Broncel

Kraj najbogatszy w wolę

Mieszkanie przydzielone przez olimpijski Quatier-Amt leżało w pobliżu Bayerischer-Platz, na Schönebergu. Jeszcze w wagonie, gdy tylko pociąg minął wynurzający się z mgły czworograniastemi wieżycami Frankfurt nad Odrą, do każdego przedziału po kolei pukał dobroduszny, wąsaty pan o różowej twarzy – żywa reklama niemieckiego piwa, i pytał nas, czy mamy już kwatery w Berlinie. Jeżeli ktoś nie miał, otrzymywał odrazu blankiet kwaterunkowy i adres swego przyszłego berlińskiego mieszkania. Dzięki tej zapobiegliwości, nikt w Berlinie nie był narażony na kłopoty szukania noclegów, pokojów do wynajęcia i t. d.

Bayerischer-Platz… Z dworca Zoo można tu przyjechać za 25 fenigów. Bilety w kolejce podziemnej, w U-Bahn, uprawniają do dowolnej ilości przesiadek i wolno korzystać ze wszystkich linij pod jednym tylko warunkiem – nie wychodzić na górę. Cała kontrola polega na okazaniu biletu przy wejściu na dworzec wjazdowy i oddaniu biletu przy opuszczaniu tunelu. Pociągi, długie – nieraz kilkunastowagonowe pociągi elektrycznego metra, kursują bez konduktora, bez żmudnej i bezcelowej zabawy w kontrolerów, z powagą obrywających rożek kartki biletowej. Oprócz maszynisty, jedzie prowadzący pociąg, którego zadanie polega wyłącznie na pilnowaniu, czy zatrzaśnięto wszystkie drzwi wagonów i na daniu sygnału odjazdu.

Informacja na dworcach działa automatycznie i jest spewnością doskonalsza od wszelkich ustnych wyjaśnień. Wystarczy umieć czytać. Z małej okrągłej hali dworca U-Bahn, wyłożonej białemi emaljowanemi cegiełkami, prowadzą tunele na wszystkie perony. Napis nad tunelem wskazuje kierunek jazdy i przebieg drogi pociągu. Na każdym kroku mapka sieci kolejek podziemnych. Jakby jeszcze tego było mało, poszczególne linje oznaczono różnemi kolorami – linia wschód – zachód jest czerwona, linja północ – południe fioletowa, jedna z linij pobocznych zielona i t. d. Gdy już jesteśmy na peronie, nie trzeba biegać za kolejarzami i dopytywać się, gdzie i kiedy przyjdzie jakiś pociąg. Jasny, elektryczny napis zapala się w chwili wejścia pociągu na stację i kto spojrzał na plan jazdy, odrazu wie teraz, czy ma przed sobą „swoje” wagony. Ale czy starczy czasu na sprawdzanie na planie drogi pociągu na podstawie nazwy krańcowej stacji, jaka zabłyśnie w sygnałowym napisie? Pomyślano i o tem – gdy pociąg odjedzie, nad peronem podnosi się tablica, zapowiadająca kierunek jazdy następnego pociągu.

Dość już o kolejce podziemnej i demonstrowania zasady porządku na przykładzie z praktyki. Jesteśmy na Placu Bawarskim. Gwiaździsto rozbiegają się z niego ulice, wielkością przypomina plac Napoleona -w środku leżą kwietniki i mały ogródek z kamiennemi ławkami, ukrytemi w romantycznej osłonie zieleni, ubranemi doniczkami z barwnem kwieciem. Pod kamienną arkadą i pod naturalnym łukiem z gałęzi drzew prowadzi ścieżka do fontanny. Tu z ust trytonów i małych żabek tryska struga wody a sadzawka fontanny jest rajem dla dzieciaków, puszczających na burzliwe „morze” nakręcane modele nowych niemieckich pancerników i łodzi podwodnych.

Na skwer, czy raczej minjaturowy ogród, na Bayerischer-Platz, przychodzi się wypalić fajkę, cygaro, przeczytać gazetę. To też plac jest małem miasteczkiem automatów. Jak poucza napis, należy wrzucić tyle, a tyle fenigów, pociągnąć rączkę, nacisnąć guzik, a otrzyma się paczkę tytoniu fajkowego, cygara, papierosy, gdzieindziej -dzienniki i ilustrowane magazyny, w czerwonym automacie -kartki pocztowe i znaczki. Można też odrazu wstąpić na pobliską pocztę i nic to nie przeszkadza, jeśli na skwer przyszło się z psem – w Berlinie przed urzędami zawsze znajdzie się metalowa poręcz dla przywiązania psa i stoisko dla rowerów.

W dali widać wysoką szarą wieżę z hitlerowską flagą. To ratusz w Schönebergu – dzielnice Berlina posiadają miejscowy samorząd i dzielnicowe ratusze, a co ważniejsza, parki. Na bocznych ulicach pełno drzew, zielonych ogródków przy domach i bluszczu, puszczonego na mury. Nie ubiegają się chyba o piękno te ciężkie bronzowawe, kawowe i szare kamienice z czerwonymi dachami, ale zato dumne są ze swych czystych fasad, schludnych sztachet żelaznych pod parterowemi oknami i ze swych jasno-zielonych żaluzyj, lśniących lakierową farbą. Każdy dom powtarza ten sam typ budowy – nieodmienny wykusz, jakieś pseudogotyckie urozmaicenie, albo secesyjne balkony – ciągły standard, ani krzty oryginalności, lecz można Berlinowi zazdrościć nawet i tych szablonowych kamienic – przynajmniej parterowe drewniaki nie przelatają się tu z drapaczami nieba, łaskawie z polskich procentów wzniesionemi przez zagraniczny kapitał. Berlin nie ma warszawskiej Ochoty, ani Woli, nędznych dzielnic o symbolicznych nazwach, przypominających dobre chęci, któremi piekło wybrukowano. Handlowe centrum przechodzi w Berlinie w dzielnice mieszkalne, te skolei w dzielnice willowe, a otacza całe miasto pierścień domków robotniczych i ogródków działkowych z „letniemi rezydencjami” rzemieślnika, tramwajarza, czy skromnego urzędnika, mających 3 pokoje z łazienką i hallem w takim np. Schönebergu, albo Friedenau.

Schöneberg – ta nazwa przywodzi na myśl wieś lub małe miasteczko willowe. Jest to omyłka, bo bynajmniej nienajważniejsze ulice dzielnicy są bardziej reprezentacyjne, niż warszawska Marszałkowska, a na Unter den Linden można stąd zajechać autobusem w 30 minut.

Tramwajarz w Warszawie należy do swoistej arystokracji pracowniczej, a przecież i jemu ani się śni nawet trzypokojowe mieszkanie z łazienką. Tymczasem w Berlinie, w stolicy Niemiec, obciążonych przez wiele lat olbrzymiemi odszkodowaniami, Niemiec – nie mających zapasu złota, nie mających dewiz, słowem w Niemczech „biednych” według pojęć scholarskiej ekonomiki…

Oto właśnie dzwonimy do głównego wejścia. Otwiera portjerka. Schody marmurowe, ze lśniącą mosiężną poręczą, wykładane pluszowym dywanem. Pomocnica z portjerni czyści go warczącym elektroluxem. Frau K…, gdzie wyznaczono kwaterę, zajmuje 4 pokoje, z których odnajmuje jeden. Oczywiście 4-pokojowe mieszkanie posiada łazienkę, gazową kuchenkę, elektryczną lodówkę, nie mówiąc już o telefonie, radju i małem pianinie, stojącym na honorowem miejscu pod portretami dziadka, babki i Führera. Dom utrzymują córki pani K… Starsza pracuje w pobliskiej piekarni, młodsza umie pisać na maszynie i zna stenografję, ale nie mogąc dostać posady w swoim zawodzie, przyjęła pracę w zakładzie krawieckim. Charakterystyczny jest poziom życia i przyzwyczajenia do takich udogodnień, jak łazienka czy kuchnia gazowa.

Jak okazało się później, starsza córka wróciła przed paru dniami z 8-dniowego urlopu, spędzonego na plażach wyspy Rugji. Czyżby pensja pracownicy piekarskiej starczyła na wyjazd na Rugję? Po powrocie starszej córki, młodsza ma jechać na 8 dni w góry Harzu…

U nas byłaby to typowa rodzina lumpenproletarjatu. Widać tkwi poważny błąd w naszej drodze gospodarczej, jeżeli przy znacznie niższym stopniu zamożności pozwoliliśmy sobie przez wiele lat na fanfaronadę wywozu polskiego pieniądza poza granice państwa, podczas gdy Niemcy, nie dbając o przesądy, przywiązane do złotej podstawy waluty, przyjmując hasło gospodarki narodowej, nadały Trzeciej Rzeszy tempo rozwoju, uderzające na każdym kroku. Istnieje prosta łączność między takiemi drobiazgami, jak ów urlop na Rugji panny Margarety, a potężną organizacją „Kraft durch Freude”, budującą tężyznę fizyczną narodu, faktem zwycięstwa Niemiec na Olimpjadzie i faktem, że ponad Berlinem ani razu nie widziałem samolotu jednomotorowego.

W mieszkaniu państwa K… wszystkie fotografje Führera, gen. Goeringa i min. Goebbelsa skoncentrowano w pokoju przeznaczonym dla cudzoziemskiego gościa. Każdy, kto zgłaszał kwaterę, musiał przejść specjalne przeszkolenie. Przypuszczam, że obok wskazówek, że należy lokatorowi okazać bez pytania łazienkę i miejsce, gdzie stoi telefon, wpajano tam dyskretnie pewien sposób odpowiadania na pytania, zadawane przez ciekawego gościa z zagranicy. W każdym razie uderzająca była zbieżność odpowiedzi w tej samej sprawie u wielu osób -sprawiało to wrażenie, jakgdyby pytanie było 10-cio fenigówką wrzucaną do jednego z licznych berlińskich automatów. Nie wiem, czy można zastosować to porównanie także i do okrzyków „Hoch Polen”, wznoszonych na widok polskiej grupy w strojach ludowych, przemaszerowującej ulicą…

Słynna niemiecka dyscyplina i niemiecki „Ordnung” dobrze zdają w Berlinie egzamin. Gdy mija olimpijskie święto, trwające zgórą dwa tygodnie, gdy z okien domów zdejmują czerwone flagi z czarną swastyką i gdy znikają z ulic liczni brunatni SA – systematyczność pracy, przywiązanie do dóbr materialnych, wysilanie mięśni w robocie, by w nagrodę wieczorem małemi łykami wypić kufel piwa – oto co pozostaje jako powierzchowne wrażenie z życia ludności cztero i pół miljonowej stolicy. Przy swej solidnej pracy Niemiec wymaga, ażeby wieczorne „Helle”, czy „Dunkle” mógł pić w absolutnym spokoju. Z jednej strony potrzebny jest do tego Führer o twardej ręce, umiejący ten spokój zapewnić z drugiej zaś – wołanie „heil Hitler” i wyciąganie ramienia przy każdem powitaniu niepotrzebnieby ten spokój mąciło. Co dobre jest pod takt bębniącej orkiestry i przy łopocie flag, nie jest dobre przy piwie lub w domu. Po krótkiej modzie wrócono zatem do starego „dzień dobry” i „dobry wieczór”.

Pewien adwokat berliński tak mi określił obecną sytuację w Niemczech: „regime jest dyktatorski, a lud demokratyczny”. Najciekawsze jednak, że ów „demokratyczny lud” zgadza się na dyktatorski regime. Wyjaśnienie tego tkwi po pierwsze w tem, że każda dyktatura nacjonalistyczna dla swego narodu wypłynęła właściwie z zasady demokratycznej, po drugie w tem, że Führer jest już nie wodzem partji, lecz państwa. Demokratyczny i dobroduszny Niemiec ma silne poczucie państwowości i konieczność państwowa jest zawsze dla niego do przyjęcia w takiej formie, w jakiej każą mu ją przyjąć. Niewątpliwie Hitler jest wodzem młodych, dla starszego pokolenia Führer jest przedewszystkiem symbolem Reichu, a nie hitleryzmu. Byłoby błędem upatrywać w tem osłabienie narodowego-socjalizmu – jest to właśnie zdrowa ewolucja, wyrażająca się w tak imponująco jednomyślnych wewnętrznoniemieckich plebiscytach politycznych. Nie-hitlerowskie Niemcy przyswoiły sobie hitlerowskiego Führera. Na tem właśnie polega podkreślane wielokrotnie przez Hitlera – zakończenie rewolucji narodowo-socjalistycznej.

Czegóż więcej może Hitler wymagać? Złudzeniem byłoby sądzić że ze wszystkich Niemców stworzy się jednako gorliwe kadry partyjne. Niech więc starsze pokolenie daje swą zgodę, a młode – swoje siły. Młodzież stoi przy kanclerzu. Gdyby zaś w decydujących momentach siły młodzieży okazały się za szczupłe, zawsze można sięgnąć do rezerwy, kształconej propagandą Goebbelsa i z którą istnieje jeden ważny punkt styczny: duma niemieckości i instynkt posiadania. W owym rachunkowym pedantyzmie Niemiec nie da uszczknąć nic z tego, co jest lub powinno być jego własnością. Kufel piwa pije się w spokoju także i dlatego, że na Unter den Linden może każdy zobaczyć defiladę Reichswehry, a zeitungi przynoszą piękne obrazki z życia matrosów na potężnych krążownikach. Przeciętny Niemiec nie myśli bynajmniej o wojnie, ale cieszy się ze zbrojeń, gdyż gwarantują one spokój. Spokój sytości, a nie biedy.

Zresztą, przy przedstawianiu Niemiec nazewnątrz jako łagodnego baranka, nawewnątrz państwa ex-aljanckie przedstawia się jako drapieżnego wilka. W niemieckich miastach stoją bomby lotnicze, podobnie jak u nas przed pocztą, czy przed B.G.K. Różne są tylko napisy. W Hamburgu napis przypomina, że taka właśnie bomba zabiła 100 niemieckich bezbronnych dzieci… Któż teraz odmówi pieniędzy na obronę przeciwlotniczą? A że najlepszym środkiem o.p.l. jest eskadra atakująca miasta przeciwnika dla odciągnięcia jego eskadr napastniczych, więc buduje się tysiące trójmotorowców.

Za co? Za markę wewnętrzną, bezwartościową zagranicą, a mającą przymusowy kurs w kraju. Za co tak wygodnie mieszka rodzina K…? Za tę samą bezwartościową markę… Za co wyrósł w Niemczech olbrzymi stadjon olimpijski, za co „K.d.F.” krzewi „siłę przez radość”. Za tę samą markę, której podstawą jest nie złoto, ale wola.

I gdy wyjeżdża się z rosnącej i imponującej Trzeciej Rzeszy, myśli się, iż opuszczamy kraj najbogatszy w wolę…

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close