Aleksander Piskor

Miasto 400 prezesów

PRZESZŁOŚĆ I TERAŹNIEJSZOŚĆ

Przez miasto przecieka mała, brudna rzeczka. Nad jej brzegami, ponoć w IX-tym wieku, osiedlili się jacyś ludzie. Niewiadomo dlaczego. Miejscowość naogół równinna, obronić ją było trudno, a zdobyć łatwo. Powstała mimo to osada, której właścicielem w XV-tym wieku był miejscowy sobiepan Iwaszko Dyczko. Potrzebował pieniędzy, gdyż w 1461 roku sprzedał Równe za 900 kop szerokich groszy księciu Nieświckiemu. Od tego czasu miasto wielokrotnie niszczyli Tatarzy, pożary i morowe zarazy. Wielcy panowie obdarzali nim zwykle swe córki, przed zamążpójściem, przeto zmieniali się często właściciele. Lubomirscy w XVIII-tym wieku zbudowali murowany zamek, który spalił się w 1927 roku. Następnie nadali przywileje żydom i przez to przekształcili oblicze miasta. Żydzi zaczęli ciągnąć do Równego jak do Ziemi Obiecanej. Rozmnożyli się. Obecnie na 43.000 jest ich przeszło połowa. Trzecią część stanowią Polacy, reszta zaś składa się z innych aryjczyków: Ukraińców, Rosjan, Czechów i odrobiny Niemców.

Równe ul. 3 Maja - pocztówka z końca lat dwudziestych XX wieku

Równe ul. 3 Maja – pocztówka z końca lat dwudziestych XX wieku

Po wojnie rokowano miastu wielką przyszłość. Niedaleko znajduje się sowiecka granica, miał się przeto rozwijać handel. Handel rozwijał się, ale w Warszawie i Moskwie. Przez Równe szły tylko transporty kolejowe z towarami. Nikt w mieście nie miał oczywiście z tego nawet grosza. Przemyt znowuż uprawiany był na zbyt małą skalę, aby mógł wpłynąć na ogólny dobrobyt. Mimo to miasto przez kilka lat „prosperity” rosło. Powstawały nowe ulice, nowe budynki, skasowano jeden most, marzono nawet o kanalizacji.

Potem nastąpił kryzys.

Przeważająca część mieszkańców utrzymuje się z handlu. Naokoło kraj rolniczy, zboże tanie, rolnicy nie mają pieniędzy. W sklepach zapanowały pustki. Miasto zubożało. Zarzucono wielkie inwestycje. Zorganizowano tylko doskonałe Targi Wołyńskie, aby robić jakiś ruch. Potem została wybudowana brzydka poczta. I na tem się wszystko skończyło. „Stolica Wołynia” pozostała nadal bardzo dużem – małem miasteczkiem. „Wielka przyszłość” została odłożona na przyszłość.

„ŚLEDZIORYB”

Tak jak w miasteczkach Lewisa Sinclaira, jest tylko jedna wielka ulica. Nazywa się tu -3-go Maja. Przed wojną nazywała się: Szosowa, gdyż jest częścią szosy Łuck – Korzec, w obrębię miasta wybrukowaną „kociemi łbami”. Po obydwuch stronach tej przeszło dwukilometrowej magistrali, koncentruje się życie handlowe. Jeden obok drugiego tłoczą się sklepiki, sklepy, magazyny o dużych wystawach i tandetne drewniane budki.

Wzrok przechodnia wabią wymyślne szyldy „Woda sodowa -duży szklanka 2 gr.”, „Sensacyjny napój orzeźwiający – American – Drix – nowość nieznana w Polsce”. Magazyny towarów łokciowych i gotowych ubrań, w których ofiaruje się za
towar 10% ceny żądanej, a po godzinnym targu ku zadowoleniu kupca – płaci się 15%. Wszystkie branże. Między innemi „Śledzioryb”. Na jednym szyldzie: rysunek dużego śledzia z otwartą paszczą, gotową do połknięcia kupującego, na drugim: trzy bezmyślne rybki, ułożone w trójkąt. W oknie ulotka: „Nadeszły śledzie o pięknym zapachu”.

Wszyscy sprzedają wszystko.

Pewna pani dziedziczka przyjechała do Równego, aby porobić zakupy na cały tydzień. Żydek – totumfacki, pomagający kupować i wiedzący gdzie kupić najlepiej i najtaniej – usłyszał jak owa pani mówiła do swojej towarzyszki;

– Zdaje się, że załatwiłam wszystko – tylko muszę kupić jeszcze wodę kolońską.

Żydek zniknął na pięć minut. Po chwili, gwałtem wpychając się do pokoju, podsuwał gwałtownym ruchem palce swojej prawej ręki do twarzy pani dziedziczki. Wskazując na poszczególne palce, zapewniał, że wskazujący pachnie jak róża, środkowy – jak bez i tak dalej. W ten sposób chciał zachwalić swój towar.

Chłopi kupują tutaj potajemnie sacharynę, gdyż ich nie krzepi cukier. W pokoikach, przylegających do sklepów można dostać popularną na Wołyniu ,,sznyrkę” – eter mieszany z alkoholem. Gdzieindziej można dostać złote ruble, zagraniczną walutę i zagraniczny paszport, po cenie niższej, niż w starostwie. W zaofiarowaniu brylanty z carskiej korony, które coraz trudniej opylić w Warszawie.

Na ulicach furmanki, dorożki i co parę godzin pojedyńczy samochód. Komunikacja autobusowa, po raz pierwszy w dziejach świata, została skasowana z powodu nadmiernej frekwencji. W paru wozach panował stale przeraźliwy ścisk i stale rozgrywały się wielkie awantury o miejsca. Aby zlikwidować coraz bardziej rosnący z tego powodu wśród mieszkańców ferment niezadowolenia, zlikwidowano autobusy. Obecnie ludzie chodzą pieszo lub jeżdżą dorożkami. Są spokojni i więcej się nie denerwują.

W mieście dużo hoteli o szumnych nazwach: Europejski, Bristol, San – Remo, Belle – Vue i inne. Moc „domów noclegowych” i „umeblowanych pokoi”. Przyjezdnych mężczyzn w tych pokojach, domach i hotelach, pyta na wstępie właściciel – portjer – jaką dziewczynkę ma sprowadzić na noc. Gdy gość na tę propozycję jest nieczuły i nie chce się zdecydować, portjer podejrzliwie spogląda na niego i próbuje inaczej.

– Może panu zrobić łazienkę? A może z „rybką”?

Gdy ktoś łapie się na tę propozycję, po chwili odwiedza go ciemnowłosa lub platynowa „rybka”. Łazienka – to tylko przynęta. W żadnym bowiem hotelu niema łazienki.

Kąpiele zresztą są utrudnione spowodu braku wody. W mieście niema wodociągów i dostatecznej ilości studzien. Dlatego rano wyjeżdżają na ulicę woziwody, każdy prowadzi za uzdę konia, ciągnącego beczkę umieszczoną na dwóch kołach i głośno zachwala swój towar. Kubeł 2 grosze! Magistrat również robi podobne interesy. Zakłada automaty, z których leje się całe wiadro cennego płynu, po wrzuceniu dwugroszowej monety. Woziwody jednak udzielają kredytu i tem biją chytre, konkurencyjne pomysły ojców miasta. Pozatem stałych odbiorców obdarzają rabatem. A automaty nic. Czekają tylko na forsę. Za darmo nie dadzą nawet ćwierć litra wody. Dla woziwodów nie jest to groźna konkurencja.

PREZESI

Ludzie w Równem, z małymi wyjątkami zajmują się handlem lub są urzędnikami. Zgrubsza, poza narodowościami, dzielą się na dwie warstwy: inteligencję i resztę, Wołyńscy chłopi niewiadomo dlaczego nazywają inteligencję „panami” i zazdroszczą jej rzekomego przepychu życia. „Reszta” jest taka sama jak wszędzie, ciemna masa – wiadomo. Natomiast wśród inteligencji nurtują wielkie ambicje.

Nikt nie chce być szarym człowiekiem. Każdy chce być czemś, pragnie wybić się ponad innych. Przynajmniej mieć tytuł – to już wielka przyjemność. Tym wszystkm, spragnionym wielkości przychodzi z pomocą ustawa, która zezwala 15 obywatelom założyć stowarzyszenie. „Społecznictwo” jest dobrze widziane. Przyjemnie powiedzieć: „Społecznie pracuję, proszę pana”. Dlatego w tem małem mieście jest około 400 stowarzyszeń. Po ulicach przechadza się co dnia 400 prezesów, 400 skarbników, 400 sekretarzy zwykłych i generalnych oraz 400 przewodniczących komisyj rewizyjnych, 800 wiceprezesów i 800 członków komisyj rewizyjnych, 1600 członków zarządów i kilku prawdopodobnie zwyczajnych, nieutytułowanych członków stowarzyszeń.

Gdyby można było zebrać wszystkich należących do zarządów i ustawić obok siebie tworzyliby szpaler długości około 3 kilometrów. Zmobilizowani tworzyliby grupę mniej więcej odpowiadającą stanowi dywizji piechoty. Dla przewiezienia zarządów na ewentualny zjazd do Warszawy potrzebaby było 6 dużych pociągów. Podobna statystyka uzmysławia nam ogrom „życia społecznego” w Równem.

DWA KAUKAZY

Jeden Kaukaz – to restauracja na ulicy 3-go Maja. Zbierają się tam miejscowi prezesi, przejezdni urzędnicy, leśni przemysłowcy, podróżujący agenci i niezrujnowani obywatele ziemscy. Podczas „diner” orkiestra gra „Wołgę” i „Weronikę”, kelnerzy w smokingach „bezszelestnie” podają zamówione potrawy, a rozpostarci na krzesłach burżuje popijają czystą wyborową, radując się pięknością życia. Są syci i zadowoleni. Omawiają po polsku, rosyjsku i żydowsku swoje interesy, nie myślą o drugim Kaukazie.

Drugi Kaukaz – to nędza. Duże przedmieście zamieszkałe przez miejscowych parjasów wszelkich wyznań i narodowości. Kręte, wąskie i brudne uliczki. Parterowe drewniane domki, napół zawalone i wtulone w ziemię lepianki, których okna znajdują się na wysokości kolan przechodnia. Tutaj mają swoją siedzibę wszyscy wydziedziczeni. Robotnicy, bezrobotni, przekupnie, drobni złodzieje i „byli ludzie”. W jednym pokoju obok siebie nieraz dwie, trzy rodziny. Dorośli i dzieci. Ścisk, brud, zaduch. O higjenę nikt nie dba. Poco komu higjena, gdy brakuje jedzenia?

Dorośli zrana biegną do miasta pracować, handlować, lub kraść. Dzieci po drogach zbierają koński nawóz, który wyschnięty będzie się palił w piecu. Tych dzieci jest bardzo dużo. Są wychudzone, obdarte i brudne. Mimo to biegają, bawią się, śmieją się. Swoje krótkie życie spędziły na przedmieściu, nie widziały nic lepszego, nie mają za czem tęsknić. W ten sposób rośnie przyszłe pokolenie Kaukazu – pokolenie nędzarzy.

KWIATY I KLOZETY

Na ulicach duże afisze T. U. M’u. To nie są inicjały Taniego Uniwersalnego Magazynu, który niegdyś istniał w Warszawie, lecz Towarzystwo Upiększania Miasta. Równe ma stać się miastem pięknem, wiadomo zaś, że najbardziej upiększają kwiaty. Przeto obywatele kupujcie, hodujcie, pielęgnujcie, umieszczajcie w oknach i na balkonach kwiaty! Niech Równe stanie się miastem kwiatów!

Niestety propaganda nie została poparta karami administracyjnemi. Na afiszach brak utartego zwrotu: „Nie stosujący się do powyższego podlega karze aresztu do 6 tygodni lub grzywnie do 1000 zł., lub obydwu karom łącznie”. Towarzysto Upiększania Miasta dlatego nie upiększyło miasta. Pojedyńcze kwiaty w oknach były gdzieniegdzie również dawniej. Po akcji T. U. M.’u na paru zaledwie balkonach pojawiły się skrzynki z roślinami. Obywatele widocznie nie przejęli się wezwaniem, psychologicznie tłumaczy się to tem, że czuli lęk przed inowacjami. Na ulicach niema przeto kwiatów, któreby swoim zapachem zabiły zapachy klozetów, znajdujących się na chodnikach.

Przekonać się o tem łatwo. Wystarczy skręcić z ul. 3-go Maja na lewo, gdy idzie się w stronę parku Lubomirskich, aby znaleźć się w egzotycznej dzielnicy. Po obydwóch stronach wąskich uliczek wznoszą się zabudowania o najbardziej fantastycznych kształtach. Murowane domki o jednej ścianie drewnianej, domki drewniane, powyginane w niesamowity sposób, podparte w paru miejscach, z dziurawemi dachami i bez dachów, o mnóstwie przybudówek, ganków i balkoników, pomalowane na biało, czerwono, niebiesko, fioletowo i żółto. W oknach i na balkonach nie kwiaty, lecz wietrzące się poduszki, pierzyny, kołdry i schnąca bielizna. Na ulicach, któremi nie przejeżdżają zwykle żadne pojazdy – bawią się tłumy dzieciaków, w drzwiach mieszkań i na gankach siedzą na krzesłach oparte mamy, które wśród zaduchu, smrodu i krzyku oddają się słodkiemu wypoczynkowi, od czasu do czasu spoglądając na swoje pociechy.

Ulice Joselewicza, Obwodowa, Pereca i inne – widok wszędzie podobny. Nie można tylko iść chodnikami, co parę metrów przegradzają drogę liczne drewniane budki, pomalowane z zewnątrz wapnem na biało. To są tradycyjne, rodzinne klozety, zamknięte przed niepowołanymi na haczyki lub kłódki. Nie są skanalizowane, – tak, jak i całe miasto. W ciche, bezwietrzne dnie smród niepodzielnie wypełnia całą dzielnicę i wpełza do mieszkań. Ludzie jednak przyzwyczallli się do tego i trudno im sobie wyobrazić, że może być inaczej.

Mieszkają tam wyłącznie żydzi. Dziwią się, gdy ujrzą w swojej dzielnicy trochę lepiej ubranego aryjczyka. Co on chce na ul. Pereca? Poco przyszedł? Czy to – sekwestrator?

Gdy szedłem tamtędy, zaczepiła mnie kiedyś stara żydówka. Kogo szukam? Odpowiedziałem, że pana Wasilewicza, pierwsze lepsze nazwisko, które przyszło mi na myśl. Zdziwiła się. Tutaj z pewnością taki nie mieszka. „Tutaj same jewreje, proszę pana”. Trzy ulice dalej mieszkał jeden „ruski” ale w zeszłym roku się wyprowadził. „Żona mu umarła i on pojechał do brata na wieś”. Teraz niema żadnego „ruskiego”, ani „polskiego”. Chyba gdzieś dalej koło 3-go Maja lub ul. 13-ej Dywizji. Tam trzeba szukać.

– Tutaj same jewreje – kilkakrotnie powtórzyła.

„WIECZORNE SZALEŃSTWA”

Wieczorem wszyscy, bez względu na warstwę społeczną, kogo tylko stać na to, chodzą do kina. Na trzech miejscowych ekranach oglądają barwne, pełne emocji i wrażeń życie, które prowadzą gdzieś daleko inni ludzie. Jedyne wyrwanie się z monotonji codziennej egzystencji! Panie prezesowe, urzędniczki, pensjonarki, ekspedjentki, modystki – wszystkie, marzą potem o Gary Cooperze, udają Marlenę lub Gretę, w zależności od ostatniego filmu. Mężczyźni z rozczarowaniem stwierdzają, że ich towarzyszki nie przypominają w niczem Jean Crawford lub Kay Francis. Tem niemniej idą z niemi, czasami, do parku Lubomirskich. W parku jest kawiarnia, w kawiarni – dancing. Kto chce może tańczyć.

Miejscowe snoby przesiadują w cukierni naprzeciw prawosławnej cerkwi. Jest to dość nędzny lokalik, w lecie pachnący flitem, który dlaczegoś przez autochtonów uważany jest za elegancki. Przebywać w innej dużej i czystej kawiarni to shoking! „Czy pan wie, tam chodzą kupcy?” Żądni „niezdrowych” dreszczów udają się do „Nowego Świata”, jedynego lokalu, w którym odbywają się produkcje artystyczne, w wykonaniu „znanych warszawskich artystów”, zupełnie nieznanych w stolicy. Cnotliwe matrony gorszą się bezeceństwami, których tam niema i często namawiają mężów do wspólnego spędzenia wieczoru w kabarecie.

Z Kaukazu nikt oczywiście nie chodzi do kina, z ul. Pereca tylko młodzież. Gdy niektórzy bawią się, reszta miasta już śpi. Ludzie muszą się wyspać, gdyż wstają dość wcześnie. Sen jest równocześnie bardzo przyjemną rozrywką. Jedyną dla tych, którzy nie mają pieniędzy.

Na ulicach, w dużych odstępach, świecą latarnie. W dorożkach drzemią miejscowe „jamszczyki”. Czasem ktoś przejdzie, wracając z „wieczornego szaleństwa”. Gdzieniegdzie wałęsają się prostytutki. Pozatem jest pusto, cicho i spokojnie.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close