Andrzej Mikułowski

Milcząca stolica

Obrazy i obrazki szwedzkie

Gwar, chaos, zamieszanie, egzotyczne dla przybysza twarze, stroje, barwy i dźwięki tłoczące się do uszu, oczu, głowy, oszałamiające, odbierające zdolność orientacji, rozumowania, jednolitego odczuwania w tym wirze kontrastów, mieszających się najróżnorodniejszych wrażeń – oto nastrój jaki ogarnia każdego kto pierwszy raz przybywa do którejkolwiek z wielkich stolic europejskich. Dopiero po pewnym czasie zaczynamy się przyzwyczajać, wydobywamy ów jeden zasadniczy ton, motyw, czy barwę przewodnią, które posiada każde wielkie miasto, jego zasadniczy styl, na którego tle coraz sprawniej segregujemy szczegóły, układające się powoli w harmonię coraz zrozumialszą, aż przyswajamy ją sobie jako własną. Zaczynamy się czuć u siebie w domu.

Sztokholm, lata trzydzieste XX wiekuCały egzotyzm, cała swoistość, oryginalność Sztokholmu polega na tym, że wszystkiego tego nie znajdujemy tam zupełnie. Oszałamia nas nie gwar, lecz cisza, nie rozmaitość, lecz jednostajność, nie zamieszanie, lecz porządek, którego zasady nie znamy. Nigdzie nie odczuwamy tak silnie, że oto znaleźliśmy się w kraju, w którym wszystkim kieruje obce jakieś prawo, odległe i niezrozumiałe. Tu nie myślimy ani przez chwilę, że brak jest ładu, czy zasadniczego charakteru, lub stylu. Tym wyraziściej występuje tego stylu i ładu odrębność.

Statek, który bezszelestnie prawie wślizguje się do portu wprowadza nas w to wrażenie, które na długo pozostanie zasadniczym. Równie bezszelestne jest auto, które z ogromną szybkością unosi nas przez ulice, którym jakby jakaś demoniczna siła odebrała mowę. Nie odebrała im jednak ruchu i wydaje się, że raz weń wprawione nie ustaną, aż z wyczerpaniem się energii, którą są przepełnione.

Tysiące aut mknie z ogromną szybkością przez ulice (Sztokholm jest przeszło dwa razy mniejszy od Warszawy, aut zaś zarejestrowano mniej więcej tyle samo, co w całej Polsce) i wydaje się, że nikt tego ruchu nie reguluje. Gdzieniegdzie tylko w najruchliwszym punkcie stoi przystrojony w pięknie uszyty mundur policjant, który od czasu do czasu notuje sobie coś w karneciku. To jakiś szofer przekroczył przepis; jutro zostanie odszukany i dostanie mandat karny. Szybko, sprawnie niepostrzeżenie, bez krzyków i awantur.

Przechodnie chodzą spokojnie jak po domu. Jeżeli trzymają się wyznaczonych punktów, wiedzą, że ich nic złego nie spotka, a każdy pojazd w największym pędzie zatrzyma się jak przed zaczarowanym kręgiem, którego przekroczyć nie może gdy zobaczy człowieka, którego mógłby przejechać. Nie znaczy to, żeby specjalnie trzymano się przepisowych żółtych linii, a tym bardziej, żeby karano kogoś za to, że się ich nie trzyma. Stanowią one po prostu pasy bezpieczeństwa, gwarantowane wysoką odpowiedzialnością karną i cywilną tego, który je naruszy. Kto chce ryzykować, proszę bardzo. A i ten może być pewny, że rozpędzone auto zatrzyma się jak wryte o metr przed nimi, a szofer da grzeczny znak ręką, żeby przejść spokojnie i pozwolić mu przejechać. Toteż wszyscy rozglądają się dobrze i trzymają się żółtych linii, ażeby nie przeszkadzać jadącym.

Notabene ruch bez porównania większy niż w Warszawie nie skłonił tak bogatej stolicy jak Sztokholm do budowy kolei podziemnej – rozwiązano zagadnienie po prostu przez usprawnienie organizacji i daje to znakomite wyniki.

W tej małej stolicy zdołano wyeliminować konia zupełnie, a i linii tramwajowych niewiele, usunięte więc zostały dwa zasadnicze źródła hałasu. Należy dodać, że auta naprawdę nie używają sygnałów, autobusy zaś zatrzymują się bez zgrzytu hamulców. Z żadnego okna nie wydobywa się rozkoszny dźwięk audycji radiowej przez głośnik, nie ma krzyczących przekupni, grajków ulicznych, czy głośno rozmawiających, lub śmiejących się przechodniów.

* * *

Po trotuarach krążą przechodnie. Nie pędzą oni naprzód w gorączkowym pośpiechu, ani też nie wloką się leniwie, spacerowym krokiem. Idą pewnie i równo jakby wszyscy wiedzieli dokładnie gdzie i w jakim celu dążą. W ogromnej większości ubrani są gustownie i dostatnio, w jednakowym stylu, ani wykwintnie, ani wulgarnie. W ogromnej większości smukli, blondyni, niebieskoocy jakby należeli do jednej wielkiej rodziny. Trudno by na pierwszy rzut oka określić jaki kto ma zawód i pozycję społeczną. Jednakowe auta i rowery na jezdni, jednakowi ludzie na trotuarach, o wyrazie twarzy spokojnym i beznamiętnym. Nie ma tu gorączkowej dzielnicy handlowej, nie ma cygańskiej dzielnicy artystów – ani City ani Montmartre. Ulice o domach przeciętnie wysokich, jednolitych w charakterze, bliżej środka miasta secesyjnych, w zewnętrznym pasie nowoczesnych. Nie ma zaułków, dzielnic nędzy, bo nie ma nędzy. Miasto spokojne, równe, beznamiętne, szczęśliwe. Sztokholm jest miastem szczęśliwym, szczęśliwą stolicą szczęśliwego państwa. Takie jest nieodmiennie pierwsze wrażenie przybysza i tak twierdzą sami Szwedzi, których oblicza rozpromieniają się gdy im cudzoziemiec gratuluje ich spokojnego życia. Jest to unikat wśród krajów Europy, gdzie zwyczajem jest chwalić się swoim powodzeniem i zadowoleniem, a nie narzekać na ciężkie czasy.

* * *

Nie można powiedzieć żebyśmy w Polsce, my, którzy zwykle chełpimy się znajomością obcych krajów, (oczywiście przeważnie z podręczników geografii, i książek podróżnych) wiedzieli dużo o Szwecji. Co rok wzrasta liczba wycieczkowiczów na „Kościuszce”, którzy spędzili dzień, dwa w Sztokholmie i na tej podstawie dużo o kraju i ludziach opowiadają. Dlatego powinienbym właściwie „puścić kantem” Sztokholm i jechać odrazu dalej, w nieznane krainy, gdzie noga Polaka rzadko postawiła krok. A przecież trudno mi się wyrzec napisania choćby paru słów o tej niewątpliwie jednej z najpiękniejszych stolic świata.

„Wenecja północy” – nie wiem kto puścił to określenie, musiał to jednak być Szwed obdarzony kompleksem niższości wobec włoskiego piękna. Podobieństwo bowiem może polegać tylko na tym, że w Sztokholmie jest dużo wody, morze bowiem i jezioro Mälar łączące się tu z morzem, wygląda jak rzeka i równie dobrze możnaby mówić o Paryżu północy, porównując Isle-de-France z wyspą, na której pobudowano stare miasto, zarodek stolicy Szwecji.

Sztokholm nie ma nic z romantycznego nastroju, aż zanadto tradycyjnych miesięcy miodowych w Wenecji, nie ma nic z hałaśliwości i bałaganu południa. Jest północny „w każdym calu”, zimny i wyniosły nieco w swej zadumie ciszy, czysty i wymuskany przez zimne wiatry Bałtyku, a przede wszystkim mimo dużej lekkości w architekturze o charakterystycznych i egzotyczych dla naszego oka proporcjach mocno stoi na granitowym swym podłożu o ileż cięższym od najpotężniejszych pali, na których wspiera się Wenecja. Wielka część miasta wykuta jest w skale i gdyby ludność Szwecji była liczniejsza, napewno byłoby to miasto drapaczy nieba, nazwane „New Yorkiem Europy” przez jakiegoś zapatrzonego na Amerykę Szweda.

Stary Sztokholm nie wyróżnia się tak od nowego miasta jak gotyckie dzielnice Londynu, czy choćby renansowo – barokowe warszawskie Stare Miasto. Pozostały wielkie zabytki, jak dominujący ogromną masą zamek, a raczej pałac królewski, czy parę dawnych i nieużywanych już kościołów. Wszystko zato nosi skandynawskie piętno: nawet klasycznie secesyjne domy na starym Strandzie są tak szwedzkie jednocześnie, że wydają się mniej brzydkie mając w sobie coś egzotycznego dla naszego oka. Nawet nowoczesne dzielnice, których wiele pobudowano, ślicznie rozplanowane domy z wspaniałymi podwórzami pełnymi pięknych kwiatów mają swoją specyficzną oryginalność; wszystkie okna kryją do połowy daszki jaskrawo barwnych markiz zabójczo zielonych, żółtych jak jajecznica, ceglasto-czerwonych, które dodają kolorytu północnej szarzyźnie, łagodząc jednocześnie denerwujące efekty „białych nocy” w czerwcu, gdy słońca, którego tak brak w zimie, zaczyna być za dużo. Tęsknotę za kolorem widać zresztą i w dawniejszych, klasycznie secesyjnych budowlach gdzie użyto cegły o najróżniejszych tonach i odcieniach. Widać ją też we współczesnym malarstwie, które w beznadziejnej pogoni za Paryżem szuka ożywienia szarzyzny swego krajobrazu.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Close