Nogą, pięścią i rakietą

Wszystkie uroczyste akademie ku czci Ozonu w ciągu roku razem wzięte nie ściągną tyle publiczności co mecz Polska – Irlandia. I żadna mowa generała nie wywoła setnej części tego entuzjazmu co strzał Wodarza lewą nogą w lewy róg. Co za strzały ma ten pieron ze skrzydła! Widzowie i wyspiarski bramkarz w żółtym swetrze koloru jajecznicy spostrzegali piłkę dopiero, gdy się trzepotała w siatce.

Żylaści chłopcy w trawiastych koszulkach i długich gaciach wywiozą z Polski najgorsze wspomnienia. Takiego prania żaden Radion nie urządzi. Nasza reprezentacja zdeklasowała ich, zmiażdżyła.

Wspaniałe były przeboje długonosego Piontka, majstersztyki techniczne rudego, śmiejącego się do piłki całą swą piegowata gębą Wilimowskiego.

Ten nachalny chłopak gra tym lepiej im sławniejsi są przeciwnicy. Żadni Włosi, Anglicy mu nie imponują.

– Co tam te fajtasie – mówi pogardliwie w szatni przed meczem — ooo, Wilimowszczak im pokaże jak się gra!

I pokazuje. Innym łydki drżą z tremy, a on spaceruje z piłką po boisku jak premier z laską po Krakowskiem. A jego zgranie z Wodarzem! Po omacku sobie podają w najdziwaczniejsze miejsca i zawsze precyzyjnie, niezawodnie.

Starszy pan wśród nieludzkiego ryku widowni, szeptał mi tajemniczo na ucho – z obawy by Irlandczycy nie podsłuchali go zapewne:

– Wilimowski ma chore lewe kolano, wejść w niego ostro raz i drugi to odrazu traci chęć do gry.

Wywiad irlandzki słabo funkcjonował, nie usłyszeli tej rewelacji, nikt nie wszedł w Wilimowskiego no i szalał do końca.

Pyzaty Madejski, o przesadnie dużym siedzeniu był zaporą nie do przebycia. Robinzonował jak sam Cruzoe, fruwał w powietrzu, piłka szła do niego jak do magnesu, lepiła mu się do rąk. W najtrudniejszych sytuacjach wyręczały go słupki. Bo Irlandczycy grali ze straszliwym pechem. — Należały im się minimum ze dwie bramki, ich środkowy Davis, silny jak byk, szybki jak nosorożec łomotał w sztangę, że aż zdawało się pęknie.

Po końcowym gwizdku Golędzinów nie pomógł — fala ludzka zalała boisko, wysoko ponad głowami opuszczali je na rękach entuzjastów polscy gracze.

Kolczyńskiego też będziemy nosić jak jajko, gdy wróci z Ameryki, Dziesięć deklaracyj ideowych i sto mów programowych nie przysporzy takiej popularności jak jeden dobry cios w szczękę. Kolka zaaplikował go w dodatku w Chicago. Polonia amerykańska która już chciała się wynarodowić i wyrzec Macierzy — olśniona genialnym nokautem warszawiaka znów zaczęła mówić po polsku, wieszać Kościuszkę po mieszkaniach i przysyłać dolary do kraju.

Kolczyński ma 20 lat, żonę, dziecko i ciężko pracuje w Forcie Bema przy warsztacie. Może tam w szczęśliwych miesiącach i wyciąga 200 zł. Amerykanie pięść ocenić umieją, gdy cucono O’Maleya proponowali Kolce 300.000 dolarów za przejście na zawodowstwo, Przypuśćmy że nabiliby cwaniaka z Powązek w butelkę o jedno zero, ale 150.000 zł. to jednak zarobić dziś napewno może. Oświadczył wyniośle, że zaszczyt noszenia białego orła na piersiach droższy mu jest niż noszenie wypchanych dolarami pularesów, że wraca amatorski jak lilia do Fortu Bema i do swych 200 zł, miesięcznie.

Może naiwnie postępuje Kolczyński, bo za parę lat straci formę, wszyscy o nim zapomną wtedy forsa by się przydała, arcy-piękny to jednak przykład, że barwy narodowe to nie liberia dżokejska, którą się zmienia co start. Międzynarodowy związek tenisowy musiał o tym pouczyć polski związek tenisowy.

Po Anschlussie hrabia Baworowski przypomniał sobie nagle że jest Polakiem, zapragnął reprezentować Polskę w tenisie. I jego co grał w barwach Austrii, co w całej Europie uchodził za Austriaka przyjęto w Polsce jak królewicza, chciano wystawiać w pucharze Davisa.

Polska nie powstała od wczoraj, tenis polski doskonale sobie dawał radę bez hrabiego, wolno mu było robić Austriaka dotychczas – nie potrzebujemy reprezentantów z łaski Hitlera. Trzyletnia kwarantanna to minimum, by zapomniano o obrzydliwym austriackim okresie Baworowskiego.

Grałem za Austrię bo tam się nauczyłem grać w tenisa, spłacałem dług wdzięczności – mówi teraz ondulowany blondyn.

Traugut kończył szkolę rosyjską i w rosyjskim wojsku uczył się rzemiosła wojennego – odwdzięczył się urządzając Rosji powstanie. Nie, nie ma żadnego tłumaczenia dla Baworowskiego, był zdeklarowanym renegatem; Hebda
i Tłoczyński mogą okuleć, Spychała zostać sparaliżowany, wolimy ich w reprezentacji od „wywdzięczającego” się Austriaka.

Jakieś dwa marne żydziaki wiedeńskie uciekły w dyrdy przed Hitlerem, ponieważ mają paszporty polskie zaproponowali naszemu związkowi pingpongowemu, że będą reprezentować Polskę. Grają w tę głupią grę dobrze – jednak nasze władze sportowe słusznie orzekły że to żadni Polacy, że nie potrzeba nam łatków co nawet mówić po polsku nie umieją. Przepędzono ich.

Wybornie. Ale w konkursie mówienia po polsku nie wiadomo czy nie zakasowaliby jeszcze Baworowskiego.

KAROL ZBYSZEWSKI

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close