Z podróży po Niemczech współczesnych (cz. 3)
U ŹRÓDEŁ

Benito Mussolini, gdy chciał z lazarona uczynić pełnego człowieka, odwołał się do bardzo odległej przeszłości, bez skrupułów wskazał na wielkie imperium rzymskie; Adolf Hitler urabia swoich nieco przyciężkich i poczynających się rozłazić we wzrastającym postępie materialnym ziomków przez demonstrowanie im wzorów wspaniałych olbrzymów skandynawskich. Słowianina przeszłość nie interesuje. Nie zainteresował się przez długi czas nawet tym prostym, zdawałoby się, pytaniem: skąd się wywodzi.

Słowianin wierzy w bajki, a i tych dobrze nie zna. Podziw bierze, jak mało wynieśliśmy ze szkół tej wiedzy, która mogłaby powiedzieć coś bliższego o pochodzeniu Słowian. Zresztą dopiero dziś się okazuje, że szkoła sama nie miała tej wiedzy.

Do czasów ostatnich właściwie nic prócz średniowiecznych bajek o swoim pochodzeniu nie wiedzieliśmy. Stwierdzić to można dopiero dziś, kiedy najnowsze pokolenie uczonych polskich wzięło się uczciwie do prehistorii i antropologii.

Jest w naszej najdawniejszej przeszłości jedna przykra sprawa, która może służyć za pewne usprawiedliwienie. Otóż żaden z wielkich pisarzy starożytnych nie wspomina nazwy Słowian. Wymieniali rozmaite kraje i ludy, ale o Słowianach mowy w ich pismach nie było.

Jeszcze w średniowieczu rozumiano, że ten brak nazwy nie może oznaczać braku ludów tą nazwą później objętych. Słusznie sądzono, że początkowo ludy te inaczej się nazywały. Poczęto szukać i domyślać się.

W głębokim średniowieczu, kiedy żarliwość religijna kazała brać każde wyrażenie pisma św. dosłownie, żyła powszechna wiara, że wszystkie ludy stały niegdyś pod wieżą Babel i że dopiero stamtąd porozchodziły się szukać wygodnych siedlisk.

Pod wieżą pomieszanych języków musieli być i Słowianie. Znano nawet drogę, którą zawędrowali do Europy. Prowadziła ona spod wieży Babel przez Azję Mniejszą i Półwysep Bałkański nad Dunaj. Ponieważ na tych właśnie ziemiach nad Dunajem mieszkali w starożytności Ilirowie, Kadłubek przeto i Długosz byli przekonani, że Herodot, Ptolomeusz oraz inni pisarze starożytni pod tą dźwięczną nazwą ukryli naszych protoplastów. Uczeni niemieccy do dziś dnia są jednego poglądu z naszym mistrzem Kadłubkiem, albowiem takie przekonanie bardzo ładnie wiąże się im z teorią młodości Słowian na ziemiach Europy.

Ale gdzie indziej, nie w Niemczech, tylko w całym świecie cywilizowanym już w XVI stuleciu porzucono ten naiwny pogląd. Powstała nowa teoria, postawiona przez Kromera, o przybyciu Słowian z bardzo dawnych czasów przez Kaukaz i Ukrainę. A ponieważ pisarze starożytni całą wschodnią część Europy nazywali Sarmacją od irańskiego ludu Sarmatów, przeto sądził Kromer, że Polacy to gałąź wielkiej sarmackiej rodziny ludów, która się następnie nazwała Słowiańszczyzną.

W dwa wieki później i to tłumaczenie unicestwiono. Uczeni historycy spostrzegli, że jeszcze przed narodzeniem Chrystusa na posiadłości Sarmatów napadli Scytowie. Oba ludy niebawem najdokładniej się ze sobą przemieszały, tworząc jeden lud występujący pod nazwą Scytów. Wszystkie te tłumaczenia i teorie bardzo dowolne i jedynie na domyśle oparte przez nowsze badania naukowe zostały rozbite do szczętu.

W potoczne wyobrażenia wbiły się jednak tak silnie, że na dobrą sprawę do dziś dnia jeszcze pokutują wśród inteligencji i nie schodzą z łamów czytanek szkolnych. Poważnym sukursem tego trwania są dzieła literackie dawniejszej naszej literatury, a przede wszystkim dzieła poezji romantycznej, gdzie często utożsamia się Polaka ze Sarmatą, a początki narodu wywodzi się od Scytów.

Uczony archeolog duński Sophus Müller ustalił ponad wszelką wątpliwość, że Słowianie zachodni siedzieli na swoich późniejszych ziemiach już na kilka wieków przed tym, zanim rozpoczęła się pisana historia. A wielki uczony prehistoryk czeski Niederle ustalił, że pierwotna bardzo dawna kolebka Słowian znajdowała się na północ od Karpat.

Ciekawych przy tym użyto przesłanek. Ustalono, że czysty typ nordyczny najczęściej występował wśród Słowian, czaszki zaś nordyckie właśnie na północ od Karpat aż ku Bałtykowi zaścielały wnętrze ziemi. Teorie rasowe, tak efektowne w życiu codziennym, ucieszne figle potrafią płatać swoim wyznawcom, gdy się tym teoriom przyjrzeć ze stanawiska nauki. Przypomnieć tu warto twierdzenie archeologów, że w środkowej epoce kamiennej na terenach dzisiejszych Niemiec zachodnich musiały mieszkać ludy negroidalne, które z północnej Afryki podejmowały gromadne inwazje na Europę. A działo się to wówczas, gdy na kontynencie afrykańskim kwitły potężne cywilizacje, i gdy Europa przeżywała swój najgłębszy sen barbarzyństwa!

Od czasu Müllera i Niederlego praca nad ustaleniem pierwotnych siedzib słowiańskich postępuje żywo naprzód. Uczeni chwytają się najbardziej pomysłowych sposobów, aby możliwie jak najdokładniej oznaczyć nie tylko przybliżone, ale prawdziwe granice. Sprawę zgłębiają nie tylko archeologowie, prehistorycy, antropologowie, etnografowie i językoznawcy, ale nawet przyrodnicy mają wiele do powiedzenia. I to nie byle co!

Prof. Rostafiński ustala dawne granice Słowian przy pomocy nazwy drzew, których brzmienie jest podobne we wszystkich językach słowiańskich; chodzi tu o nazwy buku, grabu, cisu i bluszczu. Przez wykreślenie zasięgu występowania tych nazw powstają granice pewnego terenu, który pokrywa się z dzisiejszymi województwami centralnymi Polski. Antropolog prof. Czekanowski zgadza się na tę formę ujmowania sprawy, dodając, że obszar ten był znaczniejszy, albowiem w epoce brązowej granica buku była przesunięta więcej na zachód niż dzisiaj z powodu nadmiernie suchego klimatu.

Ludy wielkich cywilizacji starożytnych podobne były z usposobienia do dzisiejszych Anglików: znały i uznawały tylko siebie, cała reszta świata przedstawiała im się w bardzo mglistych zarysach. A mimo to chętnie i autorytatywnie mówili również o tym, czego dobrze nie znali. Historyk Herodot żył w V wieku przed Chrystusem, a w dziełach swoich spisywał geografię Europy północnej. Po nim idzie długi szereg uczonych greckich i rzymskich; pisze na tematy geograficzne i Tacyt i Pliniusz, ale kodyfikuje te różne wiadomości ziemio i ludoznawcze dopiero w drugim wieku po Chrystusie Ptolemeusz, który był przede wszystkim astronomem, a dopiero na bardzo dalekim miejscu geografem.

Ta przekazana przez starożytnych pisarzy geografia jest gąszczem nazw poplątanych i nieprzebytych. Głowiono się niejednokrotnie nad odcyfrowaniem tych nazw i złączeniem ich z poszczególnymi skrawkami terenów. Badania dały sporo światła, ale tyleż samo pozostawiły jeszcze zagadek i wątpliwości.

Dopiero, gdy wejdziemy na grunt rozważań, dotyczących kultury „łużyckiej”, wątpliwości stają się mniej jaskrawe i mniej dręczące. Nawet laik odczuwa, że droga, na którą prowadzi współczesny archeolog, jest drogą najbardziej prawdziwą, trzeźwą i otwierającą szerokie perspektywy. Jest tu logika i konsekwencja. Procesy przebiegają zrozumiale i pozbawione są tej fantastyki, którą odczuwa się w najbardziej nawet ostrożnych domysłach.

Kultura „łużycka” występuje już jako zorganizowana i jednolita całość w środku epoki brązowej, t. zn. w czternastym wieku przed Chrystusem. Od tego czasu przeżywa różne losy, dobre i złe, wzloty i upadki, ale ciągle trzyma się tych samych terenów, ciągle reprezentowana jest przez logicznie tłumaczący się zespół wykopalisk.

W okresie rzymskim na jakiś czas znika. Ale próżna jest radość zbyt szybko uogólniających Niemców. Już w niedługi czas po narodzeniu Chrystusa pojawiają się wykopaliska, które nie tylko nawiązują do dawnej kultury „łużyckiej”, ale są w wielu wypadkach z nią identyczne.

Ta przerwa i utajenie się na krótki czas ma niewątpliwie swój powód w złych przygodach, jakie w owe czasy spotykają ludy tej kultury. Musiała ona zużyć sporo sił i czasu na przezwyciężenie nazajdów, wchłonięcie najezdników i wyparcie ich kształtu cywilizacyjnego. A kiedy uporała się z tymi kłopotami, poczyna rozkwitać na nowo. U końca pierwszego tysiąclecia po Chrystusie zastajemy ją na tych terenach, które zajmują ludy słowiańskie.

Kultura bowiem „łużycka” jest poprzedniczką Słowiańszczyzny.

* * *

Przed Hamburgiem spotkałem pewnego rozmownego Niemca, który się zarekomendował nazwiskiem von Holler. Wyglądał bardzo przyzwoicie, sprawiał wrażenie człowieka inteligentnego, przeszedł pewnie uniwersytet. Nie mogłem się jednak dowiedzieć, jaki jest jego zawód. Poznałem go w taki sposób:

W hotelu nie było garażu. Ale w pobliżu znajdowały się aż dwa przedsiębiorstwa samochodowe. Gdy doprowadziłem wóz do najbliższego, podszedł z chodnika niski, dobrze odżywiony mężczyzna i głosem cichym, ale wymownym ostrzegł:

– Niech pan tam nie jedzie. Przedsiębiorstwo niepewne.

Spojrzałem na jegomościa. Starał się nadać swej wesołej, jowialnej twarzy wyraz poważny. W klapie ubrania zatknięta była nowiutka błyszcząca odznaka przynależności do partii.

– Do Hermanna – rzekł, wskazując głową – Zweite Tankstelle, links.

Na „tanksteli” Artura Hermanna był znak swastyki i napis „Wer den Juden kennt, kennt den Teufel”.

Po kolacji, gdy zostałem w restauracji, Holler przysiadł się do stolika.

– Można?

– Można, proszę.

Usiadł, zamówił kieliszek wina. Wskazałem na leżące przede mną gazety.

– We wszystkich jest to samo.

Przez uprzejmą twarz Hollera przeszło zachmurzenie. Szybko jednak zniknęło.

– W tym nasza siła.

– Siła?

– Tak, że wszyscy myślą jednakowo.

– Naprawdę wszyscy? Niemiec zawahał się przez chwilę. Nie dlatego, że nie był pewien, co odpowiedzieć, po prostu badał, czy mu wypada mówić o pewnych sprawach z cudzoziemcem.

– Wszyscy, na których nam zależy – rzekł poważnie. – Za wielkie są czasy na to, aby dawać swobodę wygadania się malkontentom i pieniaczom. U nas dokonuje się rzeczy za ważnych. Nie ma czasu na drobiazgi.

– Ale to musi prowadzić do jednostronności, do pomyłek.

– Nie. Do żadnych pomyłek. Cele są jasne i zrozumiałe. Trzeba tylko do nich iść. Niech pan pomyśli: taki stosunek z Polską. Czy przy innym systemie prasowym byłby do pomyślenia w ciągu sześciu miesięcy podobny zwrot opinii. Teraz wszyscy myślą tak samo i są przyjaźnie usposobieni dla Polski.

– Chodzi tylko o to, co myślą.

Holler znowu zawahał się chwilę.

– Hitler powiedział: pokój – będzie pokój; powiedział – przyjaźń będzie przyjaźń. Wszystko inne to drobiazgi.

– Właśnie drobiazgi…

W von Hollera wstąpiła energia. Zawołał kelnera i kazał przynieść z biblioteki atlas. Wyszukał kartę Polski. Spojrzałem mu przez ramię i pokazałem palcem czerwono zakreślona linię wokół b. zaboru niemieckiego.

Zniecierpliwił się.

– Niech pan na to nie zwraca uwagi, to są przesądy uczuciowe. Te kreski to dla podtrzymania wewnętrznej prężności. Niech pan lepiej patrzy uważniej na mapę. Korytarz. Narzekacie, że my to nazywamy korytarzem. Ależ cóż to jest, na Boga, jeśli nie sprawa humorystyczna?! Niech pan weźmie na rozum, jakżeż można żądać od takiego narodu, jak niemiecki, aby był w dwóch kawałkach, aby za przejazd do Prus Wschodnich płacił drogimi dewizami, aby godził się na stan, który trwa w Gdańsku.

– Ba, tylko kto tu może mówić o krzywdzie.

– Zaraz, powoli – Holler jest naprawdę dobrej woli. Puszcza mimo uszu wszystkie aluzje, o które powinien się obrazić. Postępuje, jak dobrotliwy nauczyciel wobec tępego i opornego ucznia. – Zaraz. Niech pan zrozumie, nam jest potrzebna ziemia! Nawet gdybyśmy jej nie pragnęli, instynkt sam pchałby do niej, instynkt, który broni człowieka przed zaduszoniem. Niemcy są najgęściej zaludnionym krajem w Europie…

– Przepraszam. Polska…

– Zaraz – irytuje się Holler. – My chcemy żyć, wy chcecie żyć. Zgodą można wszystko załatwić.

Pociągnął palcem po mapie. Nam jest potrzebne Pomorze, wy weźmiecie Kłajpedę. Za Gdynię się wam zapłaci. No, i zostaje cały wschód. Czy pan jest naprawdę przekonany, że Rosja się utrzyma? że nie rozleci się lada chwila. A jeśli się nie rozleci, wystarczy trochę dopomóc.

– Słowem – zamiana?

– Tak. My trochę dalej na wschód, wy trochę dalej na wschód. Zgodnie zresztą z prawem historii.

– Naturalnie, jeszcze i to… Pan Holler stał się uroczysty.

Nie zwraca na mnie uwagi. Nie zauważa ironicznych docinków i spojrzeń.

– Bo najważniejsze jest w w tym wszystkim – mówi – że to, co się w Polsce uważa za tereny słowiańskie nic ze słowiańszczyzną nie ma wspólnego. To są ziemie niemieckie. Praniemieckie. Urdeutsch!

– I tak u was wszyscy myślą?

– Tak u nas myślą wszyscy.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close