Pycha demokracji szlacheckiej (II)

Zamiast tworzyć nową Europę i dążyć do władania zamorskimi krajami, szlachta, napęczniała demokratyczną dumą, panowała nad swymi poddanymi. Demokracja szlachecka zburzyła hierarchię władzy dynastycznej i wznieciła pożar pychy w szlacheckich sercach. A im mniejsze te serca tym większa bodła je pycha, a wielkie serca niestety zawsze i wszędzie stanowią rozpaczliwą mniejszość.

Ten kto się czuje równy lepszemu od siebie, ten nie uszanuje wyższości i nie znajdzie w sobie równania dla niższych hierarchicznie. Ludzkie to, arcyludzkie i demokratyczne.

Szlachcic na zagrodzie wmawiał sobie, że jest równy wojewodzie po to, by czuć tym większy dystans i pogardę dla chłopa. To było wstrętne kłamstwo, niechrześcijańskie kłamstwo szlacheckiej demokracji. Bowiem demokracja szlachecka wyrosła z pychy, nie z miłości, a przede wszystkim z pychy tych, którzy zostali dopuszczeni do godności prastarego szlachectwa na kredyt ich zasług dla Polski, pochodząc z plemion sąsiedzkich, despotycznie rządzonych, a chcący pychą nadrobić rzeczywistą różnicę dzielącą ich kulturalnie i tradycyjnie od zapiastowskich rycerskich rodzin. Niezależnie od tego czy ci „adoptowani” byli zdolniejsi czy dzielniejsi, w każdym razie byli oni pyszniejsi, boć pychą wieje od wschodniej granicy. (Polski język stopniuje jedno uczucie jako: godność, dumę i pychę).

Jedynym usprawiedliwieniem pychy szlacheckiej była dobrowolna ofiara krwi w służbie ojczyzny. Bez tej ofiary krwi Polska najpewniej nie dotrwałaby, mimo rozbiorów, do dziś, boć lud nie dźwigał jej w dobach upadku. Jęczałaby Polska ziemia w obcym jarzmie tak beznadziejnie, jak jęczą dziś oniemiali wiekową udręką potomkowie naszych dziadów, bracia nasi na Pruskich Mazurach.

Polski nie stać było na rozbrojenie, a rozbrojenie zdało się być koniecznym skutkiem przerostu demokracji.

Niektórzy twierdzą że winą Polski było to, iż szlachta uciemiężała lud. Jest to tylko częściowa prawda, w tym, że dobrobyt ludu pogłębiłby poczucie narodowe i wtedy Polska mogłaby łatwiej przeciwstawić się potęgom militarnym sąsiadów. Ale z drugiej strony u naszych sąsiadów – zaborców, szczególnie wschodnich, ludowi nie powodziło się lepiej niż u nas, lecz gorzej. Mimo to umieli się zdobyć na stworzenie potrzebnej im potęgi militarnej. W Polsce nie było właściwie nigdy prawdziwych buntów ludowych. Gdy brakło szlachty chłopi potrafili niezgorzej ją zastąpić, jeśli przypomnimy choćby Pyrza z Nowosielec, lub górali Jana Kazimierza. Wszak warstwa szlachecka składała się przynajmniej w połowie z uszlachconego przez miecz, pióro czy koligacje ludu, to jest warstwy nieuprzywilejowanej. Jeśli się mówi o winie szlachty pomyślmy i o ludzie, jego winach i zasługach. Czemuż to nobilitowani chłopi i mieszczanie nie gardłowali o prawa stanu z którego wyrośli? Dlatego, że pycha demokratyczna zarażała ich myślą, iż równi są wojewodom? Pamiętajmy też, że w tym samym czasie gdy Rewolucja Francuska skrzyknęła pod broń kilkaset tysięcy chłopów i mieszczan, w Polsce Kościuszko uzbroił w kosy zaledwie parę tysięcy sukman. Obwinianie szlachty – ludu nie wywyższy, bynajmniej. Najwyżej obniży poziom wartości narodu polskiego, którego treść obecna składa się z treści historycznej godzącej w twórczą przyszłość.

Za wcześnie porwał się Kościuszko do zbrojenia ludu. Za późno książę Józef Poniatowski ruszył do ratowania ojczystego honoru. Za późno ocknęła się szlachta i rzuciła się w wojenną zawieruchę, ucząc napoleońskich wiarusów jak się zdobywa – niezdobyte. We wszystkich wojnach XIX stulecia bluzgała polska krew, a już najobficiej broczyła krew szlachecka w czasie powstań. W niewoli Polska zbroiła ducha. Takich walk nie znają państwa niezatracone. Walka ze śmiertelnym wrogiem, zaborcą, walka z bronią w ręku, to nie to samo co uczestnictwo w szeregach państwowego wojska w czasie regularnej wojny. W razie śmierci nie ma pochwał, odznaczeń, i odszkodowań dla rodziny „bohatera”, a w razie niewoli czeka powstańca stryczek lub Sybir, konfiskata majątku i terror, ucisk najbliższych, zabraniający mowy i modlitwy w ojczystym języku.

Szlachta w niewoli, buntując się i powstając, na siebie, na swą kastę, warstwę czy jak kto chce, brała zemstę i wściekłość zaborców. Po siedmiu wiekach bohaterstwa, po XVIII stuleciu hańbiącego bezwładu, szlachta w XIX stuleciu, stawiając ponad wszystko wolność Ojczyzny zniszczyła się jako stan uprzywilejowany, lecz niesplamiony honor sztandaru Polski przekazała swym spadkobiercom: bezstanowej Polsce dzisiejszej.

Jeśli chodzi o winę szlachty w stosunku do ludu, to niewątpliwie, za późno potomek kanclerza Zamoyskiego, w imieniu braci szlacheckiej zorganizowanej w Towarzystwie Rolniczym, pisał w 1862 roku memoriał do cara domagający się oczynszowania włościan w Polsce. Za późno, bo car kazał Wielopolskiemu rozwiązać Towarzystwo Rolnicze, by po zgnieceniu szlacheckiego buntu samemu stać się oswobodzicielem włościan.

Trzeba było aż klęski rozbiorów, wydrwienia demokracji i pychy szlacheckiej przez płatnych żołdaków „światłego absolutyzmu”, trzeba było upokorzenia i niewoli, by szamocząca się bezowocnie szlachta zrozumiała że dla Polski więcej jest wart ożywiony patriotycznym duchem chłop, pracą zahartowany robociarz, niż sfora arystokratycznych lizusów, szukających odznaczeń na zagranicznych dworach. Choć szlachta zrozumiała to za późno, choć uprzedzili ją w reformach zaborcy (a zaiste czynili to nie w interesie Polski, lecz w swoim własnym, by skłócić ze szlachtą lud i odciągnąć go od Ojczyzny), szlachta, tępiona przez zaborców nie zrezygnowała z walki. Car kreował się na dobroczyńcę włościan „Priwislańskawo Kraja”, a dziesiątki tysięcy polskiej szlachty wysyłał na Sybir.

Ci, co pozostali rozpoczęli walkę o lud dla Polski. Walka ta rozgorzała na wszystkich frontach. Księża, nauczyciele, studenci, inteligencja miejska, co lepsi ziemianie, światlejsi włościanie, łącznie i samodzielnie budzili uśpioną w instynktach ludu – Ojczyznę. Rozdmuchane w sercach chłopskich iskierki zapłonęły jasno Polską. Wyzuci z ziemi chłopi – robotnicy, pierwsze kadry proletariatu, garnęli się do idei narodowej. Najbardziej bojowy element młodej szlachty, któremu nie wystarczała konstruktywna praca oświatowa i gospodarcza, a raziło ją krytykowanie zbrojnego czynu powstańców, rzuciła się w wir ruchu rewolucyjnego. Nienawiść do zaborców zaślepiła ich tak, że w walce z wrogiem stali się głusi na głos rozsądku narodowego i weszli w sojusz z partnerami mającymi w rozgrywce z caratem cele całkowicie obce interesowi Polski. Żydzi, partnerzy szlachty polskiej robiącej w Polsce socjalizm podsunęli się do ludu ze słodką trucizną demokracji międzynarodowej i usiłowali nienawiść do zaborców skierować na nienawiść klasową do „panów” a „panów” uosobić w szlachcie. Zapaleńcy rewolucyjni nie dostrzegli kreciej roboty „braci liberałów” i brnęli w swej ofiarnej i szaleńczej pracy coraz głębiej. Wyzuci ze wszystkiego, bez nazwisk, bez chleba, szczuci jak psy, zdradzani, wieszani, zsyłani na Sybir, wracali do podziemi i harując bez tchu, najbardziej bohaterscy i szczerzy obrońcy ludu, spłacali nieświadomie winy swych pysznych przodków. Rozsądniejsi z pośród nich wrychle spostrzegli, że walkę ich wrogie międzynarodowe czynniki starają się zdyskontować dla celów obcych niepodległości Polski. Pierwszym znakiem tego otrzeźwienia było częściowe wyemancypowanie się z międzynarodówki przez stworzenie pierwszego na wielką skalę w Europie ruchu narodowo socjalistycznego; założenie Polskiej Partii Socjalistycznej. Niestety w ramach nowej organizacji, walcząc nadal z zaborcami, nie uwolnili się od krajowych sojuszników – Żydów, którzy wspierając rewolucyjną szlachtę w walce z caratem, jednocześnie zakuwali Polskę od wewnątrz w kajdany nowego zaboru: polityczno-finansowej niewoli żydowskiej. Nie wielu z pośród tych tragicznych szlachciców – rewolucjonistów spostrzegło w czas do czego Polskę socjalizm prowadził. Ci co oprzytomnieli mają tę olbrzymią zasługę, że zorganizowany w bojowych kadrach rewolucyjnych lud uratowali dla Polski, że idea Polski zdystansowała w sercach proletariatu ideję socjalistyczną, czego dowiódł on w 1920 r. w zwycięskiej wojnie Polski Zjednoczonej z potęgą Związku Socjalistycznych Republik Rad.

Proletariat nie zdradził Polski, dlatego godzi się wymienić choć w skrócie listę głównych twórców socjalizmu w Polsce, Polaków – szlachciców: i tych, którzy się opamiętali z czasem, i odrodzoną Polskę budowali i tych którzy zaślepieni – dla Polski przepadli. Zastanawiająca to lista: Bolesław Limanowski, Montwiłł-Mirecki, Abramowski; w młodości swej: Balicki, Hłasko, Popławski, Józef Piłsudski, Stanisław Wojciechowski, Stanisław Grabski, Sulkiewicz, Józef i Kazimierz Pławińscy, Dębski, Dąbrowski, M. Abramowicz, St. Baruński, Wasilewski, Malinowski, Fakir-Pietkiewicz, M. Bielecki, W. Laskowski, T. Rechniewski, Wł. Kunowski, Dominik Rymkiewicz, Kaz. Stefanowski, Jędrzej Moraczewski, Daszyński, Bukowiecki, Krzywicki, Niedziałkowski, i ci proletariatczycy: Waryński i Kunicki; i ci – wrodzy swej macierzy, przyjaciele rosyjskiego szlachcica: – Dzierżyński, Marchlewski, Leszczyński, Pestkowski, a nawet czerwony generał Kotowski – to potomkowie elektorów królów polskich… Wśród najwybitniejszych literatów socjalistami lub sympatykami socjalizmu byli szlachcice: Stefan Żeromski, Wacław Sieroszewski, Gustaw Daniłowski, Stan. Przybyszewski, Strug-Gałecki, Maria Dąbrowska i inni.

Na szczęście olbrzymia większość szlachty i uświadomiony lud, w szczególności zaś rolnicy przesiąknięci ideą narodową stronili od socjalizmu. Chłop poznański, pomorski czy śląski nie potrzebował socjalizmu, by w sobie odnaleźć pragnienie walki o wolną Polskę. Religia i narodowa tradycja były dlań najpewniejszą ostoją. Chłopi tacy jak Reymont, Kasprowicz, Orkan, Witos, Kiedroń, Rymar, Korfanty, Karol Miarka, czy profesor Rybarski, a przecież i Dmowski wywodzi się ze wsi, ze sproletaryzowanej szlachty, że tylko tych wspomnimy, nie potrzebowali socjalizmu by na najwyższy poziom wprowadzić twórcze poczucie narodowe. Wśród tych, którzy utrwalili i rozbudowali ideologię czysto narodową, wśród organizatorów którzy pierwsi pojęli niebezpieczeństwo obcych agentur i walcząc z czwartym zaborem: międzynarodówką masońsko – żydowską odrabiają błędy swych braci zapaleńców-rewolucjonistów, udział szlachty godny jest jej twórczych tradycji.

I w ostatniej, wyzwoleńczej wojnie szlachta nie zawiodła Ojczyzny. Dając bezwzględnie największy procent ofiar i najbardziej wartościową dań intelektualną w dowództwie, spełniła swój obowiązek wzorowo. By nie być gołosłownym, spróbujmy rozpatrzyć jakieś cyfry przekonywające, a więc na przykład statystykę ofiar lotnictwa, czyli służby wymagającej szczególnych kwalifikacji i ochoty wojennej. Otóż na czterysta dwadzieścia osób, które w latach 1918-1934 zginęły śmiercią lotniczą, mamy szlachty 270 osób, a w reszcie 100 chłopów i 50 Polaków niemieckiego pochodzenia, mieszczan przeważnie. Żyda ani jednego. Szlachta, która stanowi nie więcej jak 8% ogółu ludności kraju dała 60% procent poległych lotników, a Żydzi, stanowiący 14% ludności nie dali ani jednego życia w ofierze obrony powietrznej w czasie zdobywania niepodległości, choć mają pretensje do korzystania z pełni praw tej niepodległości, a przeciwko szlachcie gdzie mogą – insynuują złe… Taka jest rzeczywistość. Statystyka procentowa pochodzenia ochotników z roku 1920 niewiele by się różniła od statystyki lotniczej, z tą tylko poprawką, że procent szlachty umniejszyłby się na korzyść większego procentu Polaków mieszczan.

Państwo nowoczesne musi mieć stałą armię na poborze opartą, ale dobrze jest czasami wiedzieć na kogo można liczyć „w razie potrzeby”, gdy dobra ochota jest niezastąpiona, jak to było w ostatniej wojnie we Lwowie, na Śląsku i w całej Polsce w chwili wypędzania zaborców, jak to było w przeszłości, że wymienię przykład nieszlachecki, gdy Samuel Chrzanowski z garstką szlachty i 200 uzbrojonymi chłopami i mieszczanami dał odprawę w Trembowli głównym siłom tureckim Ibrahima, za co w roku 1676 otrzymał szlachectwo i był przyjęty do herbu Poraj.

Streśćmy wnioski które nam się nasuwają pod wpływem tych luźnych uwag:

Pamiętajmy więc że dzisiejsze ziemiaństwo to nie to samo co szlachta, a to dlatego, że przynajmniej połowa właścicieli ziemskich nie jest pochodzenia szlacheckiego, a nawet szlachta-ziemianie to w znacznej większości „nowonabywcy”, którzy nie mogą się wykazać dłuższym czasem dzierżenia posiadanego majątku, jak latami trzech pokoleń. Tych, co siedzą na tym samym majątku dłużej, niż przez pięć pokoleń można by zliczyć na palcach. Dlatego nie wolno ziemian nazywać ogólnie szlachtą, ani też widzieć w nich spadkobierców win i zasług szlacheckich. Niestety ziemiaństwo polskie nie ma nawet prawa reprezentować kultury i obyczajów dawnej szlachty, której resztki przechowywały się raczej w domach światłej inteligencji miejskiej i w chałupach wiejskich, a nie we dworach, coraz częściej opanowywanych przez ziemian pochodzenia żydowskiego. Jeśli ziemiaństwo jest wrogie reformie ustroju rolnego, to nie winimy za to szlachty, bo, nie szukając długo, wśród szlachty znajdziemy najwybitniejszych teoretyków i reformatorów naszego ustroju rolnego.

Pamiętajmy, że ilość szlachty Polskiej obecnie nie przekracza dwóch milionów osób, a w tych ilość szlachty żyjącej w dostatku „dworskim” nie przekracza zapewne pięciu procent ogółu szlachty. Cyfry te wobec ilości 3,5 miliona Żydów i ich przeciętnie wysokiej zamożności powinny nam zawsze tkwić w pamięci ilekroć na łamach prasy żydowskiej, czy też folksfrontowej ukazują się ataki lub insynuacje pod adresem szlachty.

Z przeszłości szlachty polskiej może być dumny każdy Polak znający nie tylko historię Polski, ale orientujący się i w dziejach innych narodów, nawet tak dumnych, jak Francja, które też miały epoki hańbiące, że je aż kobieta – bohater, święta Joanna d’Arc wybawiać musiała z potopu. Szlachta polska miała dla utrzymania i rozrostu swego państwa warunki cięższe, niż jakikolwiek inny zwycięski naród w Europie. Winą jej, odkupioną krwawo szaleństwem w czasie wojen napoleońskich, powstań przeciw zaborcom i olbrzymią pracą oświatową wśród ludu i dla ludu, winą szlachty polskiej było to, że mając najwyżej rozwinięte w Europie prawa i wolności warstwy uprzywilejowanej, nie umiała podzielić się tymi przywilejami ze swym ludem, i odgrodziła pychą demokratyczną ten lud od Ojczyzny.

Wnioskiem najważniejszym, jaki się nam z tych myśli narzuca jest konieczność jak najpełniejszego związania ludu z Ojczyzną, gdyż to jest droga do najpełniejszego wzrostu potęgi narodowej. Oby nie powtórzyła się ponura historia z końca XVII wieku, że gdy zabrakło aktywności warstwy uprzywilejowanej, zbrakło godnych zastępców… Jest to memento dla piłsudczyków.

Gdy uprzytomnimy sobie ile stanowisk kulturalnych, naukowych, wojskowych, urzędniczych, gospodarczych i politycznych, posterunków niezwykle ważnych i wymagających twórczych zdolności obsługują w obecnej chwili potomkowie szlachty, gdy te liczby porównamy ze znikomą liczbą tej szlachty w stosunku do ogółu ludności w Polsce, to musimy się naprawdę zaniepokoić ze względu na przyszłość Polski. Nie szlachty jest za dużo, ale inteligencji z ludu zbyt mało. A potrzeba nam jej na gwałt. Natychmiast musimy przeorać warstwy ludowe by z nich wydobyć skarby konieczne dla rozrostu Polski w głąb. Szlachta, jako warstwa krwi, jest procentowo wyzyskana ponad swoją normę, i nie wystarczy jej dla spolszczenia handlu, adwokatury, medycyny, na spolszczenie Polski w głąb. Tu Polska czeka jeszcze na dziedziców ginącej szlachty, na naród pełnię ludu świadomego reprezentujący.

Nie ma już warstwy szlacheckiej, jest tylko krew, która płynie, nierozróżniona, w żyłach inteligencji, ziemian, rzemieślników, robotników i rolników. Zdobądźmy się na tyle rozsądku, by przyznać, że ta krew jest bardzo poważnym kapitałem narodowym, jakby drożdżami zarodowymi, którymi należy w interesie Polski i tylko Polski najroztropniej gospodarować.

Jednym z naczelnych wniosków, wypływających z dumań historycznych jest pewność, że Polsce, tak dawnej jak i obecnej, nie wolno było i nie wolno dziś mieć słabego wojska, nie wolno poniechać aktywnej, bojowej postawy. Jedynie niezawodnym sojusznikiem Polski, jedynie uczciwym jej gwarantem, jest własna armia. Bez niej nie utrzymają się: ani dorobek kulturalny, ani wolności polityczne, ani zdobycze socjalne ludu. To jest prawda bezwzględna i kto przeciwko tej prawdzie działa -działa przeciwko Polsce i musi być traktowany jako zdrajca lub wariat.

Jeżeli demokracja ma rozbrajać ducha i szerzyć pacyfizm, to w imię Polski precz z taką demokracją. Nie wolno nam ryzykować tego co nas już raz pognębiło. A demokratyczna pycha pokazuje różki. Tylko, że dziś nie u szlachty. Przykład taki świeży: na zjeździe Wici uchwalono rezolucję protestującą przeciwko tworzeniu na kresach Związków Szlachty Zagrodowej. Komu ten protest potrzebny? Tym, którzy się szlachty boją. A któż się może bać tej dzisiejszej szlachty zagrodowej, nie bogatszej wszak ani bardziej wykształconej od protestujących wiciowców? Klasowo są oni wszak chłopami, ludem najprawdziwszym. Więc o co chodzi? Nie można przecież przypuszczać że rezolucje podszepnęli wrogowie Polski, którzy boją się że taki związkowy szlachcic na kresach nie da się wynarodowić i pierwszy, w razie potrzeby, za karabin chwyci. Więc o co chodzi? O demokratyczną pychę? Jak to? Można być dumnym chłopem, robotnikiem, ale wara być szlachcicem? Wara być dumnym ze swego pochodzenia od najdzielniejszych w narodzie przez tyle wieków? Bodzie demokratyczna pycha? Niech se ta bogacz bedzie szlachcicem, ale nie chłop. Chłopy mają być wszyćkie równe i basta! Bo albo Polska jest demokratyczna albo jej nima! Czego nima? Polski, czy demokracji?

A bogdaj Was, mili wiciowcy! Bądźta se dumne, jak ta polska szlachta, ale pamiętajcie, że nie wolno wam być od niej mniej rycerskimi. Nie zazdrośćcie tym zagrodowcom pochodzenia, ale pokażcie im, że nie jesteście od nich gorsi, a gdy okażecie się lepszymi to skorzysta na tym tylko nasza jedna Ojczyzna.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close