Pycha demokracji szlacheckiej (I)

Nie ma dziś w Polsce warstwy, klasy ani kasty szlacheckiej. Herb nie daje wyłączności przywilejów gospodarczych czy politycznych. Można więc chyba mówić na temat szlachty bez podejrzeń, że się coś szkodliwego knuje. A mówić warto, bo to nie przedawniony temat. Znamienne jest i nietrudne do sprawdzenia, że aczkolwiek łatwo dziś ludzie na szlachtę wygadują, to jednak w rozmowie w cztery oczy, choćby ktoś był zagorzałym demokratą, gdy go oświecić nagle że „najpewniej” pochodzi ze szlacheckiej rodziny, nie tylko nie zaprotestuje, ale nawet gorliwie zainteresuje się takim odkryciem.

Nie mając upodobania do fałszu demokracji (termin Fouriera) wolę znaleźć się w mniejszości i zamiast modnie obszczekiwać szlachtę, spróbuję spojrzeć na nią z perspektywy sprawiedliwości dziejowej.

Trudno ustalić ścisłą cyfrę ilości szlachty w Polsce królewskiej, czy liczby potomków szlachty rozsianych po wszystkich warstwach zbiorowości polskiej obecnej. Niektórzy utrzymują i uczenie dowodzą że prawie wszyscy aryjczycy zamieszkujący Polskę są potomkami dawnej szlachty. Być może że taki pogląd byłby pożyteczny ze względów polityki socjalnej, mnie jednak nie przekonywuje. Stoję na gruncie poglądu przeciwnego, że nie lud pochodzi ze szlachty, ale większość, i to znaczna, tak zwanej szlachty polskiej wywodzi się z ludu.

Długosz w swej pracy o herbach wymienia i opisuje zaledwie kilkadziesiąt klejnotów polskich, a w parę stuleci po nim liczba herbów wraz z odmianami przekroczyła liczbę tysiąca (Ostrowski). Od czasu Jagiellonów przybyło do szlacheckiego stanu mnóstwo Litwinów, Rusinów i cudzoziemców, a przy tym bezustannie nobilitowano i do herbów przyjmowano mieszczan i chłopów (a nawet Żydów w XVIII wieku). Jeszcze Zygmunt August takimi masami mnożył szlachtę, że aż sejm 1578 roku zastrzegł następcy królewskiemu by oględniej „plebei” kreował na szlachectwa. Nie zahamowało to dalszych nobilitacji. Stanisław August dobrych parę tysięcy rodzin herbami obdarzył (ciągnął z tego zyski), a sejm uchwalił takie prawo, iż każdy, kto dojdzie w wojsku do rangi kapitana, a w służbie cywilnej zostanie regentem w sądzie grodzkim lub ziemskim, osiąga automatycznie szlachectwo.

Tak więc stan rycerski pomnażał się wciąż i dopełniał bez przerwy wywyższonymi za mniej lub więcej niepospolite zasługi przedstawicielami warstw nieuprzywilejowanych. Za pierwszych Jagiellonów przedstawiciele szlachty piastowskiej stanowili najpewniej większość, ale z biegiem wieków potomkowie tych rodzin coraz mniejszą liczebnie rolę poczęli odgrywać. Wyszczerbiały się te rody w walkach i dobrobycie, a z wielu sławnych domów pozostało nam ledwie wspomnienie historyczne. Te braki zapełniały z nadwyżką nowe nobilitacje. Nie twierdzę, że ci „zapiastowcy” mieli być lepsi od Litwinów, Rusinów czy uszlachconego ludu, stwierdzam tylko, że już w epoce saskiej warstwa szlachecka reprezentowała w znacznej mierze selekcyjnie dobrany czynnik ludowy.

Jeśli uwzględnić znane cyfry statystyczne, (choćby te, że liczba elektorów nigdy nie przekroczyła cyfry 14.000 podpisujących, a na elekcje jechał kto żyw, a kogo na to z pełnoletnich mężów nie było stać, to mu w tym pomagali możniejsi, którym na ilości głosów zależało) to sądzę, że obliczenie ilości szlachty dla czasów przerobiorowych na 10% ogółu ludności jest optymistycznie prawdopodobne (Korzon). Ten stosunek dla dzisiejszych czasów byłby grubo przesadzony, a to z kilku względów. Wiek XIX (a szczególnie jego druga połowa) był dla szlachty klęskowym. Tysiączne rzesze walczące w armiach napoleońskich, lub emigrujące po 1830 roku, a wreszcie wytępione w 1863 roku, i zesłane na Sybir (ca. 50.000) stanowiły nieproporcjonalną szczerbę w stanie szlacheckim w porównaniu z warunkami innych stanów, a przede wszystkim chłopów, których dola poprawiła się znacznie, sprzyjając silniejszej rozrodczości. Uwzględniając gęste zaludnienie Śląska i olbrzymie zwiększenie się ilości Żydów w Polsce, nie możemy przyjąć dziesięciu procent ogółu ludności jako miernika liczebności potomków szlachty w Polsce dzisiejszej. Pesymistycznie obliczać można by liczbę dzisiejszej szlachty na 5%, a optymistycznie na 7 do 8% ogółu ludności, a więc na ca. 2.000.000 osób. W tym mieści się grupa szlachty ziemiańskiej, nie przekraczającej ilości 8.000 dworów. (Cyfrę tę przyjmuję po zbadaniu pochodzenia właścicieli ziemskich w kilku przykładowych powiatach, w wojew. Warszawskim, Poznańskim i na Wileńszczyźnie. W ogólnej liczbie majątków ziemskich szlachta reprezentuje nie więcej jak połowę dworów).

W Polsce, na 32 miliony ludności żyje zatem około dwa miliony potomków szlachty. Spośród nich około 50 tysięcy osób mieszkających po dworach, reszta zaś to kilkusettysięczna rzesza inteligencji i półinteligencji miejskiej, i z górą milion szlachty schłopiałej i sproletaryzowanej, najczęściej nieświadomej swego pochodzenia.

By zorientować się w dziejach szlachty musimy wniknąć w historię państwa polskiego. Bowiem lud, dając podłoże i niewyczerpane źródło sił narodowych, nie tworzył, niestety, w przeszłości politycznej historii Polski. A historia ta jest wielce osobliwa i – nie wstydźmy się wiedzieć, że – wspaniała. Polacy są prastarymi dziedzicami piastowskich ziem. Zapewne nie zepchnęła ich z tego dziedzictwa powrotna fala Gotów i Wandalów, okrężną drogą zmierzających w V wieku do brzegów Skandynawii. W przedchrystusowych czasach przodkowie nasi budowali grody – stolice w stylu – Biskupina. Bo przed Warszawą był Kraków, przed Krakowem – Poznań, przed Poznaniem – Gniezno, przed Gnieznem – Kruszwica, a przed Kruszwicą, w nieznanej kolejności, stolicą naszych przodków był jakiś gród przypominający odkopany obecnie Biskupin.

Stoję na stanowisku, że Piastowie byli dynastią słowiańską. Gdyby było inaczej, czyż nie wiedziałby o tym Dytmar, świadomy skandynawskiego pochodzenia odleglejszych Rurykowiczów, czyż nie zachowałby się wreszcie ślad w imiennictwie Piastów, o których imieniu „Bolesław” tenże Dytmar pisze, że jest to imię o starożytnym znaczeniu!? (Kronika. Lib. IV. 28). Pocóż byśmy mieli szukać obcych dynastów albo obcego pochodzenia rycerstwa, jeśli za czasów Chrobrego nasze drużyny gromiły z powodzeniem „Normandów” kijowskich i najprzedniejszych rycerzy Europy zachodniej, a wszak ci gromieni pod Niemczą, Głogowem czy w Bawarii lub Pradze rycerze to wrychle – niezwyciężeni krzyżowcy…

Dynastycznie rodzina Bolesława tak rozkwitła, że jego ciotka, Adelajda chrzciła Węgry, i urodziła Madziarom najwspanialszego króla, Sw. Szczepana; siostra Chrobrego, Świętosława – Sygryda, wdowa po Swenie Duńskim urodziła i wychowała takie lwięta jak Harald i Kanut Wielki, pogromca Anglii; zięcia swego osadził Bolesław na stolcu kijowskim, a dla syna wybrał za żonę wnuczkę cesarza Ottona.

Przyjmując chrzest Polska miała już swą wiekową kulturę i zabytki historyczne. Cóż bowiem znaczy niezmierny przepych, który tak zaimponował Niemcom jadącym do Gniezna z cesarzem Ottonem wprost z Rzymu, gdzie „żaden dotąd z cesarzów, na wstępie ani na odjeździe z Rzymu większego blasku wokoło siebie nie rozwinął”? Kronikarz tego, biskup mersenburski pisze, że Bolesław z taką wspaniałością przyjmował cesarza że „nie jest to do wysłowienia ani do uwierzenia prawie”. Cóż tak zaimponowało i olśniło Niemców wracających z olśniewania Rzymu? Zadziwił ich dorobek materialny i kulturalny kraju, o którym ze słyszenia sądzili, że jest dziki i pogański. Podobnie, w pół tysiąca lat po tym, olśnili Aztekowie najeźdźców hiszpańskich. Niestety, Aztekami nie rządzili Piastowie, toteż zostali wytępieni przez najeźdźców.

O wysokim poziomie własnej tradycji Polan (Poleniorum – Dytmar. L. IV. 35) świadczy ich wielkie poczucie honoru i obyczajność rycerska, która nie zeszła na złe drogi nawet pod wpływem podstępów Niemców. Boć nie dawali dobrego przykładu Germanowie Bolesławowi Wielkiemu, (korzystam wyłącznie ze źródła niemieckiego, nienawidzącego Bolesława biskupa mersenburskiego), gdy dokonano zdradzieckiego zamachu na bawiącego w gościnie u Niemców Bolesława, gdy cesarz zrywał kiedy mu było wygodnie rozejmy ze Słowianami, gdy syna Chrobrego, Mieszka, jadącego w poselstwie uwięziono w Czechach, a następnie w Niemczech i dopiero przekupstwem baronów niemieckich zdołał go wódz Polan (rector Poleniorum – L. V. 18) wyswobodzić, gdy kanonizowany następnie cesarz Henryk wchodził w sojusz z pogańskimi Lutykami przeciwko niekanonizowanemu, lecz jakże arcychrześcijańskiemu Bolesławowi, jedynemu w ówczesnej Europie prawdziwemu misjonarzowi, któremu służyli i miłowali go najpiękniejsi w owych czasach święci; Wojciech i Bruno z Kwerfurtu. Musiał mieć ten Bolesław nie tylko skarby, ale i charakter królewski, jeśli potrafił tak władać, że niektórzy grabiowie germańscy przekładali jego panowanie nad cesarskie, i jemu służyli jako swemu panu.

Wspominam o tym, by uprzytomnić w perspektywie dziejów klasę naszych przodków w porównaniu z ówczesnymi wielkościami Europy.

Kim byli ci Słowianie, współtwórcy Polski Chrobrego? Tyle mamy pewności, że byli oni przodkami pewnej części warstwy szlacheckiej (rody zapiastowskie) i pewnej części dzisiejszej warstwy chłopskiej, naonczas kmiecej.

Chrobry był tak wielkiego stylu budowniczym rewolucjonistą (bo i pięć ostatnich lat rządów Mieszka było inspirowane przez jego dwudziestokilkoletniego syna Bolesława) iż napewo w układzie socjalnym swego ludu dokonał przewrotu zasadniczego, wydobywając na szczyty hierarchiczne najbardziej wartościowe elementy zbiorowości narodowej. Być może, że w związku z walką o tradycje religijne i kapłańskie przetasował nawet układ rodowy ukształtowany w ciągu wieków pogańskiej kultury, co się zemściło po jego śmierci na państwie.

Zaludnienie kraju Polan nie było zbyt gęste. Kto dostał ziemię, a właściwie komu przydzielono teren, musiał się sam troszczyć o zagospodarowanie go ludźmi. Sprowadzał jeńców z wypraw wojennych, albo też zapraszał na specjalnych prawach cudzoziemców. Jeńcami byli Tatarzy, Litwini, Prusacy, Jadźwingowie, Rusini, a przybyszami osiadłymi na prawie magdeburskim przeważnie sąsiedzi z zachodu. Ci wszyscy z czasem stali się ludem, polskim ludem, choć macierzy, jak zrównani z nimi w rozwoju wypadków kmiecie i nie wywodzili się ze słowiańskiej masy schłopiałej szlachty. (Żydzi, przybysze o specjalnych prawach, ograniczeniach i przywilejach, nigdy nie zlali się z polskim ludem).

Za prawo władania ziemią płacił każdy szlachcic obowiązkiem wojowania. Był to obowiązek kategoryczny. Potwierdził go bezwzględnie jeszcze król Jan Olbracht, za co go później obciążono niepochlebnym przysłowiem „za króla Olbrachta wyginęła szlachta”. A znaczyło to, że po klęskowej wyprawie wołoskiej, roku 1497, król dekretami zapisanymi w księgach matrykularnych wyzuł z dziedzictwa, czyli wyrzucił z majątków ni mniej ni więcej tylko około dwóch tysięcy rodzin szlacheckich za to, że nie dopisały w pospolitym ruszeniu. Była to niezgorsza reforma rolna, wbrew interesom stanu szlacheckiego, ale w myśl interesów narodu i w celach wychowawczych dokonana. Na taką reformę rolną bez odszkodowania mógł się zdobyć król pewny swych praw dynastycznych i władzy, a rozumiejący, że Polska bez bojowej armii nie może się utrzymać w środku Europy, bo i nie ma prawa zaskorupić się w swoich granicach, gdyż te granice pękną pod naporem rozrastających się sąsiadów.

Historia Polski to dzieje nieustannych walk. Musieliśmy być waleczni, gdyż mieliśmy napastliwych sąsiadów. Z armiami Cesarstwa Rzymskiego i pod chorągwiami Krzyżaków walczyło z nami rycerstwo całej Europy, Niemcy, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie i Włosi. Przez Dzikie Pola wpadały do nas hordy tatarskie, ciągnąć za sobą drapieżców z głębi Azji, potomków Dżingis-Hana. Od Południa szarpali nas Wołosi i zalewała nawała turecka. Od Wschodu biła rozpędzoną falą Moskwa, a od Północy, z najdawniejszych czasów, wgryzali się w bałtycki brzeg Skandynawowie. Prowadziliśmy krwawe wojny i walki z Jadźwingami, Pieczyngami, pogańską Litwą, z Rusią Kijowską, ze Żmudzią, z Prusakami, Lutykami, Obodrytami, Węgrami, Czechami, Tatarami, Turkami, Wołochami, z Kozaczyzną, Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego, Moskwą a potem Wszechrosją, Brandenburgią, Rakoczym, Austrią, Niemcami, Czechosłowacją, Bolszewią, Ukrainą, Litwą…

Mało który z narodów miał taką krwawą historię i ostał się przy wielkości. Bezustannie brocząc krwią na swych granicach Polska spełniała przy tym największą misję chrześcijańską w Europie. Piastowie ochrzcili wszystkie księstwa Polan, olbrzymi kraj od Odry po Dniestr, od Gdańska do Karpat. Polska chrzciła Węgry, Litwę, Prusy i Żmudź.

Aby uniknąć zarzutu przesady, sięgnijmy do historycznych danych. Porównajmy się z najbardziej wojowniczym okresem dziejów najbardziej wojowniczego narodu. A więc z Francją podczas najdłuższego panowania jej wielkiego króla, Ludwika XIV. Król Słońce pod swym berłem w latach 1643-1715, przez swych sławnych wodzów (Le grand Condé, de Turenne, Luxemburg) i sam dowodząc zwycięsko prowadził siedem wojen i stoczył trzydzieści cztery bitwy, mniej lub bardziej krwawe licząc od Rocroy w 1643 r. do Denain w 1712 roku. Trzydzieści cztery bitwy w ciągu siedemdziesięciu dwóch lat jednego panowania to zaiste nie mało.

A Polska?

W tym samym czasie Polska prowadziła dwanaście wojen i stoczyła pod wodzą swych królów i wodzów, takich jak Arciszewski, Jarema Wiśniowiecki, Czarniecki, Lubomirski, Rewera-Potocki, Sobieski – sześćdziesiąt bitew.

Wśród nich tak krwawe rozprawy jak: Żółte Wody, Korsuń, Piławce, oblężenie Zbaraża, Beresteczko, Batoh, Szkłow, Ochmatow, Częstochowa, trzydniowa bitwa o Warszawę, najazd Rakoczego, wyprawa Lubomirskiego do Siedmiogrodu, dwukrotne wyprawy Czarnieckiego do Danii, Warka, Cudnów, Szkłow, Podhajce, rokosz Lubomirskiego, oblężenie Kamieńca Podolskiego, obrona Lwowa, Chocim, obrona Trembowli, najazd Ibrahima na Ruś, wyprawa Sobieskiego pod Wiedeń – aż do Połtawy i konfederacji tarnogrodzkiej.

Licząc od czasów Chrobrego, przez siedem wieków krwawych zmagań Polska przeprowadziła sto wojen i zniosła mnóstwo najazdów i napadów, postradała dziesiątki tysięcy ludności w niewoli i jasyrze i setki tysięcy poległych w boju. Tysiącami poległych rycerską śmiercią szlachta składała okup za posiadaną ziemię. Śmierć księcia Henryka Pobożnego pod Lignicą, Spytka z Melsztyna pod Worsklą, Władysława Jagiellończyka pod Warną, Żółkiewskiego pod Cecorą, Chodkiewicza w chocimskim obozie, księcia Józefa pod Lipskiem, jenerała Sowińskiego na Woli. Traugutta czy Montwił-Mireckiego na szubienicy niech symbolizują osobistą i bezpośrednią ofiarę setek tysięcy niezapamiętanej braci szlacheckiej, prowadzącej za sobą lud do walki o Polskę.

Lepiej od szlachty polskiej któż chciał i umiał walczyć w ciągu tych siedmiu wieków? A przecież umiała ona nie tylko walczyć ale zasymilować dla kultury polskiej olbrzymie masy plemion: Litwinów, Żmudzinów, Prusaków, Rusinów, Tatarów, Karaimów i wielkie ilości Niemców w miastach i wsiach osadzanych; umiała zapłodnić oryginalną kulturą cały wschód słowiański i wychować dla narodu takich uczonych i artystów, jak choćby z pośród pisarzy: wymienieni Janko z Czarnkowa, Długosz, Rej z Nagłowic, Łukasz Górnicki, A. Ogończyk, Jan Kochanowski, Sęp Szarzyński, Sarbiewski, Orzechowski, Modrzewski, Skarga, Marcin Bielski, Paprocki, Stryjkowski, Wacław Potocki, Samuel Twardowski, Wespazjan Kochowski, Andrzej Morsztyn, biskup Piasecki, Pasek, Załuscy, Ossoliński, Konarski, Naruszewicz, Kajetan Węgierski, Trembecki, biskup Krasicki, Karpiński, Kniaźnin, Niemcewicz, Bohomolec, Bogusławski, Zabłocki, oraz plejada gwiazd pierwszej wielkości z XIX stulecia, z Mickiewiczem, Słowackim i Krasińskim na czele.

W końcu jednak wyczerpały sę nerwy wojowniczej szlachty, warstwy tak strasznie wykrwawionej w XVII stuleciu. A gdy nie stało szlachty bojowej – nie stało armii w ogóle, boć szlachta uchwalała podatki, utrzymywała skarb wojenny i swymi synami zapełniała kadry wojskowe. Widomy brak armii i wojennego animuszu w narodzie ośmielił królika saskiego, że się odważył dokonać oszustwa elekcyjnego i sięgnąć z powodzeniem po koronę Piastów.

Gdy słabnie duch bojowy, słabną i cnoty narodowe, honor i męstwo, a państwo narodu nie ożywionego tymi cnotami staje się pastwą wojowniczych sąsiadów.

Ale czym wytłumaczyć to załamanie się szlachty? Ci sami ludzie nie szczędzili dla ojczyzny krwi i mienia przez długi ciąg wieków do epoki saskiej, a i po rozbiorach szaleli z rozpaczy i krwawili najofiarniej. Czemuż więc właśnie w XVIII wieku tak zmizernieli?

Ponieważ wiek XVIII był najwyższym nasileniem choroby która toczyła organizm Polski od czasu upadku ostatniej dynastii.

Rozwój Polski skaziły jady demokracji. Jady te poczęły działać trująco, gdy piastowska szlachta polska dopuściła do swego stanu, honorów i przywilejów całą rzeszę rwących się do władzy, a wychowanych despotycznie sąsiadów ze wschodu i tych, „adoptowanych” zrównała ze sobą w dziedzictwie państwa polskiego. Nie wyszłoby to na złe gdyby dziedziców i adoptowanych zcementowała niezachwianie silna władza dynastyczna mogąca zniwelować nieprzewidziane niebezpieczeństwa demokracji. Demokracja szlachecka, wzrastając w sile po każdej elekcji obniżyła lot polskiego Orła do poziomu prywaty stanowej, poniechała misję dziejową i wytrąciła Polskę z szeregu twórczych mocarstw Europy. Bierna Polska została skazana na protekcję zmilitaryzowanych sąsiadów, którzy nie poddali się działaniu demokratycznej trutki.

(Dok. nast.)

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close