Sąd wojenny nad wiekiem XVIII-ym

Rozpętała się w prasie burza z powodu książki Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz od przodu i tyłu”. Inaczej być zresztą nie mogło. Książka jest – co tu dużo gadać – prowokacyjna. Tym stylem i w ten sposób nie pisuje się na ogół o historii. A już zwłaszcza na tle historiografii polskiej ostatnich dziesiątków lat, historiografii mdłej, szarej, bezbarwnej, ostrożnej, grzecznej i nudnej – książka Zbyszewskiego jest wybrykiem niebywałym.

Trzeba jednak powiedzieć, że spośród kilkudziesięciu recenzyj, artykułów, czy po prostu napaści – bo tyle tego już było – z trudnością da się wyłowić coś, co by zasługiwało na baczniejszą uwagę, w czym widziałoby się próbę analizy niezwykle ciekawego zjawiska, jakim jest i autor i jego książka. Gdy zwolennicy Wiecha i entuzjaści Boya oburzają się na język Zbyszewskiego i jego bezceremonialny stosunek do historii -od razu czuje się, że są to raczej jakieś porachunki z niewygodnym felietonistą od „Ryżowej szczotki”, niż z autorem książki. Gdy pienią się Żydzi, choć monografii Zbyszewskiego o Niemcewiczu zarzucić właśnie można, iż lekceważy złowrogą rolę Żydów i masonerii w przygotowaniu rozbiorów Polski, to i tu widzi się wyraźnie, że do ataku wystarczy antysemityzm autora ujawniony w jego felietonach. Kiedy zaś czyta się zjeżdżające recenzje zawodowych historyków – to rozumie się ich doskonale: jakżeby mogli inaczej, gdy Zbyszewski programowo zerwał z t. zw. naukowym obiektywizmem, dał skrajnie subiektywny obraz XVIII-go wieku i odważył się swoją książkę zgłosić jako pracę doktorską!

Stworzyło to jednak atmosferę, w której nawet i t. zw. „przyjaciele po piórze” autora wyrażać się zaczęli o jego książce z wielkim zakłopotaniem. Przeciwstawić się nagonce jakoś było nieswojo, a zbyt ostro zaatakować też niezręcznie. Bądź co bądź ten Zbyszewski jest współpracownikiem pism narodowych, stale pisuje felietony w „Prosto z mostu”, nawet już zaczęto to pismo podgryzać z tego powodu…

Nie krępujcie się, drodzy panowie! „Prosto z mostu” nie ma najmniejszego powodu brać odpowiedzialności za „Niemcewicza” Zbyszewskiego, autor zaś chyba sam dał dowody takiej bezceremonialności wypowiadania się, że i z nim robić ceremonii nie trzeba.

Zdobyć się tylko koniecznie trzeba na jedno: uczciwy stosunek do jego książki.

***

„Niemcewicza od przodu i od tyłu” czytałem już w rękopisie. Dowiedziawszy się mianowicie, że Zbyszewski pracuje nad monografią Juliana Ursyna, chciałem się zorientować, czy rzecz nie nadawałaby się do odcinka „Prosto z mostu”. Przeczytałem rękopis jednym tchem – i włosy stanęły mi dębem na głowie, a prorocza wizja tego, co się obecnie dzieje w prasie, przed oczyma. Od razu też odbyłem długą, ale bezcelową rozmowę z autorem. Przemawiałem mu do rozsądku, sumienia i czegoś tam jeszcze. Proponowałem retusze, złagodzenia, skróty. Był twardy jak głaz. Nic nie zmieni, nic nie usunie, nic nie złagodzi. Zawziął się, a że w tej zawziętości było i budzące respekt poczucie niepodległości autorskiej i niepozbawione słuszności rozumowanie, iż książka wyjałowiona z brutalności pisarskiej straci swój koloryt – nie nalegałem dłużej. Zrezygnowałem tylko oczywiście z druku na łamach „Prosto z mostu”.

No i rzecz ukazała się nakładem „Roju” w wydaniu książkowym.

***

Brutalizm pisarski Zbyszewskiego jest zjawiskiem, nad którym warto się zastanowić nieco. Nadużywana analogia z Célinem nie wydaje mi się trafna. Céline pławi się w brutalności i ordynarności, rozkoszuje się dobieraniem długiego szeregu mocnych słów, z pasją i furią – ględzi. Styl Zbyszewskiego jest, zwarty, oszczędny, warczący. Wielosłowie, rozwlekłość, powtarzanie się – tego u Zbyszewskiego nie ma. Nie ma także stylizacji ordynarności, przemieniania jej w smaczki i dreszczyki, w czym celuje Boy i jego cyrulikowa szkoła, nie ma wreszcie żargonizacji języka dla celów dowcipkowych à la Wiech. Jest brutalizm in crudo.

Rzecz szczególna, że jest to brutalizm, który razi przede wszystkim w druku, a niewinnieje w odczytaniu na głos. Słysząc bowiem prozę Zbyszewskiego (a nie: widząc ją wydrukowaną na papierze), orientujemy się od razu, że jest to po prostu język, jakim dość powszechnie posługują się dziś młodzi ludzie w rozmowach ze sobą, w kawiarni, na boisku, w domu. Nie jest to z pewnością język wytworny – z czego może należało by wyprowadzić wniosek socjologiczny, iż następuje w młodszym pokoleniu proces trywializacji potocznej mowy. Nie jest to także z pewnością sposób wyrażania się nabrzmiały odpowiedzialnością za użyte słowa, ale raczej zmierzający ku uproszczonej dosadności. Tam, gdzie używa się zazwyczaj w piśmie określenia „pan X nie odznacza się zbytkiem inteligencji” – Zbyszewski lapnie bez wahania: „to kretyn”. I nie zawaha się przed żadnym dosadnym określeniem, którego by użył, ot sobie, nieobowiązująco rozmawiając.

Można oczywiście, a nawet trzeba postawić takiemu sposobowi pisania poważne zarzuty. Pisarstwo, wśród wielu innych zadań, ma także i zadanie uszlachetniania języka, wypracowywania jego form wyższych. Ale istnieje na pewno jakiś nieprzekraczalny dystans między mową potoczną a językiem literackim, poza którym zaczyna się już śmieszność. Młodopolska metaforyka ten dystans przekroczyła tak daleko, że przyszła reakcja, której najskrajniejszym przykładem jest Zbyszewski.

Na dobro jego zapisać tylko można, że używając w piśmie tej potocznej, często – gęsto ordynusowatej mowy, nie stara się jej – co było by najgorsze -literacko zasymilować przez stylizację, ale ją zostawia w stanie surowym. Nie ma więc naśladowców. Bo gotową stylizację naśladować łatwo, natomiast trafne operowanie surowym materiałem dostępne jest tylko – talentowi.

***

Sposób pisania Zbyszewskiego, ryzykowny już w felietonach (ale jakiegoż ryzyka talent nie pokona!), zastosowany w monografii historycznej musiał wywołać efekt piorunujący. Seryjny czytelnik, wychowany w pojęciu „perspektywy historycznej”, oznaczającej zacieranie przez historyków konturów i ostrości, zdumiał się, że o czymś odległym i minionym, można mówić językiem tak dzisiejszym, tak nieprzyzwoicie dzisiejszym.

Ale bo też, gdy się czyta książkę Zbyszewskiego, odczuwa się przez cały czas, że to nie jest beznamiętne rozpamiętywanie przeszłości z całą rozwagą i dążnością do sprawiedliwego rozłożenia świateł i cieniów, ale furiacka rozprawa z czymś, co dla autora jest żywe i jakby dzisiejsze. Jedną znam tylko książkę, w której czuje się to samo: Świętochowskiego „Genealogię teraźniejszości”. Rzecz charakterystyczna, że jest to książka o tej samej epoce, o tym samym wieku XVIII-ym, rzecz charakterystyczna, że ocena Świętochowskiego wypada tak samo, że wszyscy aktorzy dramatu z wyjątkiem Kościuszki dostają straszliwe cięgi, rzecz charakterystyczna, że obie książki wyszły spod piór niezawodowych historyków, którzy próbom wybielania Stanisława Augusta i matadorów jego epoki, próbom wyszukiwania okoliczności łagodzących i równoważenia klęsk politycznych zasługami kulturalnymi – przeciwstawili swą nieubłaganą nienawiść do sprawców upadku państwa.

Tak, nienawiść. To jedyne określenie źródła książki Zbyszewskiego. A zarazem wskazówka: w tej książce nie można szukać obiektywizmu, sprawiedliwości, wyrozumiałości. Że zdyskwalifikowało to monografię Zbyszewskiego jako pracę doktorską – sprawa jasna. Ale czy ma ją również dyskwalifikować w ogóle?

***

Nienawiść, wbrew powierzchownym sądom safandułów i ślamazarów, nie jest bynajmniej uczuciem karygodnym ani niechrześcijańskim. Nienawiść zła mianowicie, jest uczuciem równie chrześcijańskim, jak miłość dobra.

Otóż problem będzie tu polegać na tym, czy zło, które widzi Zbyszewski jest złem istotnym, czy urojonym? Czy istnieje jakieś moralne uzasadnienie bezlitosnej rozprawy Zbyszewskiego z polskim wiekiem XVIII-ym – bo na taką miarę rozrasta się jego książka – czy też takiego uzasadnienia nie ma?

Chodzi o przyczyny upadku Polski, utraty niepodległości i państwa. Kto winien? Kogo obciąża za to odpowiedzialność? Historycy bliżsi tragedii odpowiadali na ogół zgodnie: marni i mali ludzie, którzy stali na czele państwa. Historycy późniejsi, w zrozumiałej w latach niewoli trosce o nierzucanie cienia na naród, przerzucali raczej odpowiedzialność na ustrój, na warunki zewnętrzne, ostatnio przerzuca się ją na masonerię. Zbyszewski wraca do koncepcji odpowiedzialności ludzi XVIII-go wieku za katastrofę.

„Obiektywnie” trzeba by stwierdzić, że wszystkie wymienione powody odegrały jakąś rolę: i zły ustrój, i fatalny zbieg warunków zewnętrznych, i powiązania masońskie. Ale, ale… czy gdyby naród polski stać było wówczas na większą klasę ludzi, gdyby był moralnie zdrowszy, pełen dynamiki i hartu, czy i wówczas fatalistycznie musiałaby przyjść katastrofa?

***

Przyznam się szczerze, że gdym latem zeszłego roku czytał rękopis Zbyszewskiego, nie znajdowałem w sobie aprobaty dla jego jednostronnego stanowiska. Byłem pod wrażeniem tych tak silnie wkorzenionych w nas przez historyków współczesnych zapatrywań, że niedołęstwo i chwiejność polityczną Stanisława Augusta równoważą jego wielkie zasługi w dziedzinie rozbudowy przemysłu i życia kulturalnego kraju. Że Łazienki, że obiady czwartkowe, że fabryka porcelany, że… Słowem, że gdyby nie te wszystkie zaczątki, naród nie przetrwałby niewoli, w którą wpadł z powodu zachłanności wrogów, że w innych okolicznościach Stanisław August byłby znakomitym królem, którego sławiłaby potomność.

We wszystko to wierzyło się do czasu… Hachy. Bo przecież w tej Czecho – Słowacji masarykowo – beneszowo – hachowej kwitł przemysł, reformy społeczne wyszły daleko poza konstytucję 3-go maja, sztuka i nauka znajdowały opiekę, tworzyło się szkoły wojskowe, i cóż z tego, gdy brakło charakterów do najprostszej decyzji: walki choćby rozpaczliwej o niepodległość.

Można znienawidzieć tych, co takiej decyzji nie podjęli. I dlatego dziś rozumiem Zbyszewskiego, że jest bezlitosny dla wszystkich z epoki Stanisława Augusta z wyjątkiem – Kościuszki.

***

Zaczynamy rozumieć w świetle ostatnich wypadków politycznych w Europie, że zbyt szafowano w okresie „samostanowienia narodów” określeniem: naród. Że naród, to coś znacznie więcej, niż wspólny język, wspólne terytorium, wspólne podłoże etniczne i nawet wspólna świadomość narodowa. Że naród to przede wszystkim: zdolność walki o niepodległość. To kryterium istotne. I dlatego w okresie porozbiorowych zrywów powstańczych Polska była narodem – a w XVIII-ym wieku narodem być przestawała.

Mamy zbyt wspaniałą, tysiącletnią historię, abyśmy potrzebowali wybielać okresy upadku: jest do czego nawiązać poza wiekiem XVIII-ym, gdy zaś o tym wieku mowa, z dzisiejszego punktu widzenia, nie znajdziemy dla niego okoliczności łagodzących. Trudno mieć zaufanie do jego polityków, którzy wyrzekli się bez oporu niepodległości, trudno mieć zaufanie do jego literatury, gdy autor wiersza „Święta miłości kochanej Ojczyzny” – stawał się potem dworakiem pruskim…

Można, co najwyżej, zastanawiać się nad przyczynami, jak do tego doszło.

***

Pisze w swych wspomnieniach z rozmów z Dmowskim Giertych, że zafrapowała go nienawiść, z jaką Dmowski odnosił się do Szwedów. Za co? Za najazd na Polskę w XVII-ym wieku, bo przecież od tego najazdu zaczęło się załamanie psychiczne naszego narodu. W ustawicznych wojnach ginęli najlepsi, dokonywała się selekcja in minus, która wreszcie doprowadziła w wieku XVIII-ym do dna upadku. Załamanie psychiczne było tak silne, że na dwa bez mała wieki zamarła zupełnie dynamika narodowa: nawet przyrost naturalny ludności został zatamowany. Naród zaczął gnić.

Możemy sobie to chyba wyraźnie dziś powiedzieć, że niepodległość utraciliśmy już znacznie przed rozbiorami, a to mianowicie wtedy, gdy ustalił się w Polsce zwyczaj, że wszyscy dostojnicy państwowi, króla (nawet Sobieskiego) nie wyłączając, brali pensje sekretne od obcych potencyj, gdy nastąpił rozkład obyczajowy zdziesiątkowanych wojnami warstw górnych, gdy w pańszczyznę zakuto chłopstwo, a na łup Żydom wydano mieszczaństwo, gdy prawdziwą religijność zastąpiła dewocja. Tego właśnie wszystkiego nienawidzi z całego serca Zbyszewski w swej książce. To demaskuje. To oskarża. To chłoszcze. To – może przesadnie -generalizuje, nie dostrzegając żadnych jasnych punktów, bo ma przed oczyma najstraszniejszą czarną plamę: rozbiory.

Toteż, gdy ten, tamten i ów wyrywają się z twierdzeniami, że jest to książka defetystyczna, szkodliwa, szkalująca naród -chciało by się użyć jednego z najsoczystszych słówek Zbyszewskiego dla określenia takich krytyków i recenzentów. To właśnie książka krzepiąca, pożyteczna i podnosząca naród, daje bowiem miarę drogi, jaką odbyliśmy, olbrzymiego wysiłku psychicznego pokoleń porozbiorowych, odrodzenia narodowego. Porównajmy dziś – z tamtym sasko – stanisławowskim wczoraj. I pomyślmy, co byśmy dziś powiedzieli o pokoleniu, które zdolne byłoby utracić niepodległość, zanim potępimy Zbyszewskiego za jego nienawiść do pokolenia stanisławowskiego.

Dla uniknięcia nieporozumień: książki Zbyszewskiego nie polecam bynajmniej dzieciom i młodzieży szkolnej; to nie dla nich; zbyt to wszystko naturalistyczne i brutalne (choć brednie plotą ci, którzy plotą o „pornografii”: sceny erotyczne z równym obrzydzeniem traktuje autor, jak i resztę obyczajowości tej epoki); ale myślę, że właśnie dziś, właśnie teraz, właśnie w obecnej sytuacji, książkę Zbyszewskiego z pożytkiem przeczyta każdy Polak dojrzały, zdolny zrozumieć punkt widzenia autora. Autora, który jak sąd wojenny nie ma litości dla zdrady.

Bo chyba wszyscy myślimy już teraz kategoriami wojennymi; więc i ten sąd wojenny Zbyszewskiego nad wiekiem XVIII-tym nas nie przerazi, choć historycy pokojowi nazwą go niesprawiedliwym i jednostronnym.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close