Studnia czy pomnik

Oczywiście, że ludzie na prowincji cieszą się z ufundowania za pół miliona podatkowych złotówek baletu reprezentacyjnego, że współczują Kadenowi, który co niedziela trąbi ile by to łachademia jeszcze głupstw mogła zrobić, zwrotnych wawrzynów rozdać, gdyby miała więcej pieniędzy. Jednak czasem, gdy wrócą z obchodu z udziałem najjaśniejszego pana starosty, a gdy ostygną ze spontaniczności, gdy piją herbatę – wykrzywiają twarz grymasem i cicho wzdychają.

– Ach ta woda w miasteczkach!

W Warszawie myśli się o rządzie, mianorządzie i innych nieznośnych rzeczach, a po miasteczkach o wodzie.

Będąc tego lata podczas pobytu księstwa Kentu, w Łańcucie i węsząc zapamiętale co dziś książę jadł na obiad i jakie spodnie włożył do przechadzki – zauwożyłem tłum Żydów smutnie sterczących z pustymi wiadrami na rynku. Ze zwykłą sobie przychylnością dla brodaczy wnet zapytałem:

– Czego się martwicie żydy? Księstwo są przecie zdrowi.

Już trzeci dzień wody nie ma. Pić się chce…

Łańcut leży na wyżynie, na 7.000 mieszkańców są tylko 2 studnie. Potoccy sprowadzają wodę do zamku rurami z Hanslówki – o 20 klm. Dobrotliwy ordynat użycza zawsze swej wody, przez parę godzin dziennie, miastu. Złazi się wtedy cała ludność przy pompie i robi zapasy. Ale teraz – wobec natłoku gości – wody ledwie dla pałacu starczy. Pompa na rynku wciąż nieczynna, żydówki szwargoczą:

– Ta Maryna podobno kąpie się co dzień!

– Dopiero dwa lata po ślubie i już znowu się kąpie…

– Uś, uś, co te Angliki nie wyprawiają…

Księstwo siedzieli tydzień; na pustyni ludzie dłużej obchodzą się bez wody. Nikt się nie skarżył, bo i na kogo? Kto miał studnię wykopać, szersze rury z gór przeciągnąć? Starostowie muszą szerzyć entuzjazm, a Potoccy też nie mieli czasu, bo Łańcut należy do nich dopiero od 400 lat.

Opatów to miłe, czyste miasteczko. Nawet są kosze kwiatów na słupach. Zapytałem ziewającego spokojnie stójkowego:

– Któż tu jest najbogatszym człowiekiem w mieście?

– Wiadomo, pan Mielczarek.

– A co? Czy on ma fabrykę samochodów?

– Na co mu? Bo to interes? On ma najlepszą studnię, o tu zaraz, w podwórku, za restauracją.

W Warszawie zapraszając gości szepcze się im obiecująco: – będą pączki z Ziemiańskiej! W Opatowie natomiast: – będzie herbata z wody od Mielczarka! I każdy się oblizuje.

Za wiadro własnoręcznie wypompwanej wody płaci się panu Mielczarkowi 2 grosze. Wydaje 1.000 wiader dziennie, zarabia więc 600 zł. miesięcznie. Burmistrz i naczelnik Izby Skarbowej mają mniejsze pensje.

Polityka jest rodowym zamiłowaniem Mielczarków. Stary krezus był zażartym socjalistą, nalepił na swej pompie rozporządzenie, że członkowie partii biorą wodę bez kolejki. Rano, w domu pili, a tu stój i czekaj dwie godziny, bo same socjały się pchają. Dla oszczędności czasu wszyscy wyznawcy wody Mielczarka, czyli pół Opatowa, zapisali się do partii.

Ale stary umarł, a następca pompy nie chciał odremontować ustępu. By uniknąć grzywny zapisał się do B.B. I kto przyszedł z wiadrem i z legitymacją bebiacką miał pierwszeństwo. W ten sposób Opatów stał się ultra sanacyjny.

– Byle Mielczarek nie sprzedał studni Żydom – mówi zakrystian, bo do Bundu to już niezręcznie mi będzie się wciągać…

W Bałtupiach, gdy zlazłem zmordowany z motoru przed herbaciarnią, uprzejmy gospodarz oświadczył:

– Kiełbasę, chleb, ser mam. Ale na herbatę radzę panu skoczyć do następnego miasteczka, wszystkiego 11 klm., droga dobra, za pół godziny będzie pan z powrotem,

– A czemuż tu nie mam wypić?

– Nasza woda z rzeki, zamulona bardzo, nie posmakuje pewnie…

W Bałtupiach była studnia, lecz po ulewie się zawaliła. Grunt złośliwy, do wody trzeba kopać 30 – 40 metrów. To drogo kosztuje, miasto zbierało pieniądze przez rok, uzbierało wreszcie 5.000 zł. – już miano zacząć, aż…

W rocznicę, na uroczystym obchodzie, pan dygnitarz rzucił hasło:

– Musi stanąć pomnik w Bałtupiach! Niech on króluje na rynku jak króluje w naszych sercach! Kto jest temu przeciwny?

Wszyscy byli przy zdrowych zmysłach, więc ani się zająknęli z protestem. Ze studnią można poczekać, pomnik pilniejszy.

Stoi teraz blaszane szkaradzieństwo wśród śmieci na rynku, a wodę taszczą beczkami z rzeki.

Zacofana jest ta prowincja nie ciesząca się z projektów nowego bobkociągu w Krynicy, metra w Warszawie, lux-schroniska nad jeziorem. z tych najpotrzebniejszych w Polsce inwestycji.

Karol Zbyszewski.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close