Trzy morza, nie jedno

„Nie damy się odepchnąć od Bałtyku” – hasło ustalone na tegoroczne „Dni morza”, jest jednym z tych typowych, negatywnych, defensywnych, minimalistycznych haseł, całkowicie obcych odczuciom powojennego pokolenia polskiego. „Nie damy”, „Nie rzucim ziemi”, „Nie chcemy już od was uznania…”, a nawet: „Jeszcze nie zginęła” – to wszystko są zabytki z okresu dążenia do niepodległości, kiedy to, czego się chce, określało się przez to, czego się nie chce; to wszystko są zabytki z okresu buntu przeciw złowrogiej, upokarzającej, podległej rzeczywistości polskiej lat niewoli.

Że „nie damy się odepchnąć od Bałtyku” – to jest coś tak oczywistego, jasnego i niewątpliwego, iż wbijanie takiego hasła w mózgi jest albo zbędne, albo wręcz szkodliwe: samo bowiem podkreślanie oczywistości wywołać może wrażenie, że nie dla wszystkich jest ona równie oczywista, co byłoby wierutną bajką. Podczas tegorocznych „Dni morza,” myśleć będziemy nie o defensywie, nie o konserwowaniu tego skrawka wybrzeża morskiego, jaki nam przyznano w Wersalu, ale o konieczności, nieuchronnej dziejowej konieczności, rozszerzenia naszego stanu posiadania nad Bałtykiem, o polskim Bałtyku przyszłości, który powinien – kiedyś – stać się wewnętrznym morzem polskim. Za śmiało krojone? Maleńki Rzym kroił ongiś śmielej, gdy rozpoczynał na stulecia obliczoną walkę o Morze Śródziemne. I wykroił. Trzeba rzeczywistość naginać do dążeń, a nie naodwrót; jesteśmy narodem młodym i na dorobku; dużo mamy jeszcze do zdobycia, zanim tak się rozwałkonimy w dosycie, że wystarczy nam obrona.

Nasze myśli morskie, w dniach, które nadchodzą, nie zatrzymają się na północy. Równie mocno pamiętać będziemy o południu. Bałtyk na północy, a Morze Czarne i Adriatyk na południu, muszą się stać – wcześniej czy później – granicami bloku środkowo-europejskiego, któremu przewodzić będzie Polska. „Wedle trzech stawów grobla” – określił to przed kilku laty w „Prosto z mostu” Wasiutyński. „Blokiem B. P. A.” (Balticum – Pontus – Adria) – nazwał to K. L. Koniński, zanim się zmorżował. „Imperium Środka” – zdefiniował to Jerzy Braun w „Zecie”.

Owóż linia demarkacyjna pomiędzy myśleniem kategoriami małej Polski a myśleniem kategoriami Wielkiej Polski – przebiega właśnie w tym miejscu, gdzie się kończy hasło „Nie damy się odepchnąć od Bałtyku”, a gdzie się zaczyna koncepcja – Trzech Mórz.

* * *

Właśnie w chwili obecnej, kiedy przedwojenni minimaliści z wszystkich partyj polskich, ku uciesze czwartego (wewnętrznego) zaborcy, bałamucą opinię „orientacjami” i ideologią defensywną, trzeba ciągle i nieustannie myśleć, mówić i pisać o koncepcji Polski Chrobrego i Jagiellonów, o koncepcji Imperium Polskiego w Środkowej Europie, o koncepcji Trzech Mórz. Nie ma miejsca w tej części Europy na państwo małe, zamknięte w sobie, stawiające za cel obronę szczupłych granic, nie interesujące się tym, co się dzieje w najbliższym sąsiedztwie, nie chcąc wziąć odpowiedzialności dziejowej za losy całego międzymorza bałtycko – czarnomorsko – adriatyckiego. Nie ma tu miejsca na państwo bez wielkich ambicyj. Gdyśmy te ambicje tracili – przychodził po Bolesławach okres podziałów, a po Jagiellonach okres upadku, wiodącego aż do rozbiorów. Od tego, czy ambicje takie potrafimy dostatecznie silnie teraz rozbudzić w narodzie zależy byt Polski. Nie mniej i nie więcej.

Podświadomość (bo o świadomości może byłoby mówić za wiele) tego stanu rzeczy istniało w Polsce powojennej. I płynące z niej wyczucie tych punktów drażliwych w Europie powersalskiej, które paraliżowały nasze możliwości kierowniczego organizowania bloku państw między Bałtykiem a Morzem Czarnym i Adriatykiem.

Na południu Czesi. Stara to historia, o tysiącletniej tradycji. Rywalizacja Polski i Czech o przewództwo nad Słowiańszczyzną Środkową sięga czasów pierwszych Piastów. Chrobry (choć sam syn Czeszki) próbował rzecz rozwiązać podbojem. Jagiellonowie do Pragi sięgali mariażami. Odkąd Czechy dostały się już na trwałe w władanie niemieckie – polityka polska na południu ponosiła klęskę za klęską. Po Wielkiej Wojnie, kiedy wskrzeszono Czechosłowację obok Polski jako państwo niepodległe, stara rywalizacja odżyła. Czesi byli tymi, którzy zorganizowali Małą Ententę, ubiegając Polskę w zmontowaniu wielkiego bloku Trzech Mórz, zorganizowali tę koniunkuralną kombinację polityczną mało – ententową źle i głupio; nie rozporządzając istotną siłą własną, liczyli tylko na łaskę pańską Wielkich Demokracyj. Z Polską zadarli. Skutek wiadomy.

Na północy znów Litwa. I to historia nie nowa. Panowie małopolscy w XIV-ym wieku rozwiązali zagadnienie zaproszeniem na tron polski Jagiełły. Dało to nam na długie lata istotne szanse walki o Bałtyk, zmarnowane potem w znacznej mierze zgodą na sekularyzację Prus Książęcych. Gdy Polska powstała po Wielkiej Wojnie, nie wróciły już do niej ani Prusy, ani etnograficzna Litwa, która nie tylko, że ogłosiła się państwem niepodległym, ale odcięła się od nas chińskim murem martwej granicy, utrudniając Polsce wpływy na kraje bałtyckie w ogóle.

Okres powojennego rozkładu Niemiec został bezpowrotnie zmarnowany dla polskich możliwości zorganizowania Europy Środkowej: na południu przez Czechów, na północy przez Litwinów.

Nie jest sprawą przypadku, że odradzające się Niemcy Hitlera na te właśnie dwa punkty: na Czechy i na Litwę, skierowały swój napór. „Protektorat” nad Czechami i Słowacją oraz aneksja Kłajpedy – to było uprzedzenie Polski, to było wytrącenie nam z ręki niezbędnych atutów polityki środkowo – europejskiej. Zamiast przez Polskę organizowanego bloku wolnych narodów – zaczęła się rysować na kontynencie Mitteleuropa pod pruskim butem.

Nie dopiero wtedy, kiedy upojony sukcesami Hitler sięgnąć spróbował po Gdańsk, ale już wtedy, kiedy zajmował Pragę i Kłajpedę, starcie polsko – niemieckie stało się nieuchronne.

* * *

Czy można było tę wielką partię rozegrać inaczej, niż się ona rozegrała? Zapewne tak, choć oczywiście wszelkie „gdybanie” to zawodna metoda rozumowania. Więc np. gdyby po Anschlusie Polska nie była się ograniczyła do „normalizacji” stosunków z Litwą, ale w jej własnym interesie choć wbrew jej woli ulokowała polski dessant w Kłajpedzie, nie byłaby mogła wpaść potem Kłajpeda w łapy niemieckie a prestige nasz w państwach bałtyckich wzrósłby ogromnie. Podobnie gdyby po zajęciu przez Niemców Sudetów zdecydowała się była Polska na roztoczenie opieki nad Słowacją i czynnie pomogła Węgrom w uzyskaniu z nami wspólnej granicy w Karpatach, inaczej wyglądałaby nasza sytuacja na południu: w Budapeszcie, Bukareszcie, Białogrodzie i Sofii.

Starcia z Niemcami nie uniknęlibyśmy oczywiście przez to. Można nawet z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że doszło by do niego w gorszych dla nas, niż to obecnie się rysuje, warunkach. „Wielkie Demokracje” nie byłyby zachwycone naszą „zaborczością”. O prawo zorganizowania Środkowej Europy musielibyśmy zapewne walczyć z Trzecią Rzeszą sami. Tyle, że sytuacja byłaby jaśniejsza i trudniej byłoby wewnętrznym wrogom Polski mącić opinię.

Jest tak jak jest. Niczego cofnąć ani odrobić się nie da, ale też niczego nie ma powodu żałować: starcie z Niemcami będzie, bo musi być dla Polski, zawsze tym samym starciem o koncepcję Trzech Mórz. Nie o „prowincjonalne miasto Gdańsk”, jak usiłują świat zabajtlować Niemcy, nie o wywalenie hitleryzmu w Niemczech, jak suflują żydy, nie o dylemat: totalizm czy demokracja, jak stawiają sprawę masony, ani nawet nie o obronę granic Polski, jak krzyczą minimaliści polscy przedwojennego chowu. O imperium idei polskiej.

Bo właśnie wypadki ostatnich miesięcy z przeraźliwą jasnością wykazać musiały nawet tym najbardziej opornym, a przez swój upór najbardziej poszkodowanym: Czechom i Litwinom, że bezpieczeństwo wolnych narodów środkowej Europy jest możliwe tylko w bloku pod przewodnictwem Polski. Nie tylko z powodów geopolitycznych, ale i z powodów ideowych. Totalizm niemieckiej rasy na równi z masońskim totalizmem Wielkich Demokracji, niosą małym narodom hegemonię pięści i pieniądza. Totalizm idei katolickiej, reprezentowanej przez przyszłą Polskę, niesie narodom wolność, opartą o wspólnotę stosunku do Boga i świadomość ładu Bożego na ziemi.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close