Andrzej Mikułowski

U Robinzona i Karaimów

Powiedziano nam, że z Landwarowa czyli wileńskiego Milanówka, czy Puszczykowa, jedzie się do Trok autobusem. To też wysiadłszy na stacji, rozglądamy się bez większego zapału za tym nienajrozkoszniejszym wehikułem. W tej chwili opada nas tłum woźniców i furmanów wszelkiego gatunku, ofiarowując swe usługi.

Ruiny zamku w Trokach, 1932 rok (domena publiczna, www.polona.pl)

Ruiny zamku w Trokach, 1932 rok (domena publiczna, www.polona.pl)

– Któż jeździ autobusem, panoczku, – powiadają. – Wczoraj jeszcze jeden trzy godziny na drodze stał i wszyscy na piechota chodzić musieli. Ja powiozę i taniej wezmę, za złotówkę od osoby tam i spowrotem. Ja dwa dorożka mam, sześcioosobowa. Powiozę. Dorożki wileńskie, to niebylejakie dorożki; takich niema nigdzie w kraju. Koła mają samochodowe, a malutkie koniki ciągną doskonale. Przednia ławeczka może rzeczywiście z łatwością pomieścić trzy osoby. To też po chwili, zachęceni pozatem ceną, istotnie dwukrotnie niższą od autobusu, jedziemy szosą do grodu Kiejstuta. Szosa, to rzadkość w tych stronach, rozkoszujemy się więc gładką, płynną jazdą, jak w powozie. Jedziemy śliczną okolicą wzdłuż jezior, czas się nie dłuży i ani się obejrzeliśmy, jak zdaleka na wzgórzu dostrzegamy ruiny. To Troki.

MIASTO RUIN

Troki, to miasto ruin. Od wcale nie reprezentacyjnych, a przecież dopasowanych do otoczenia resztek murów rosyjskiego więzienia, aż do zamku na wyspie z drugiej strony, pełno tam zwalisk, kawałków baszt, murów nowszych i starszych. Przez zupełnie zwyczajną ulicę wiejską, czy miasteczkową dojeżdżamy do słupa na rozdrożu, na którym istnieje napis: Miasto Troki założone w r. 1321. I od razu wszystko nabiera innego kolorytu. Kościół za nami i domki naokoło i ulica, wszystko nabiera dalszej, rozległej perspektywy: średniowiecze.

Przed nami wejście do parku, założonego wśród ruin dawnego zamku lądowego, który strzegł dostępu do wyspy. Wśród drzew dobrze nam znajoma sylwetka fotografa à la minute. Można nawet sfotografować się w aucie, usiadłszy na krzesełku za efektownym, tekturowym płaskim modelem, zupełnie jak w parku Traugutta w Warszawie. Różnica skali jednakże się zaznacza. Tu model ma zboku wyrysowane kółko z cyfrą 212. A więc taksówka.

– Jechawszy z Marysią taksówką – może się pochwalić trocczanin przed swym krewniakiem z sąsiedniej wioski. Gdyby się sfotografował w limuzynie, prawdopodobnieby mu nie uwierzono.

Przez park zdążamy do łodzi i dosiadłszy jakiegoś „Orła”, czy „Świtezianki”, płyniemy do wyspy, na której spośród zieleni wysterczają baszty zamkowe. Kiejstut przebudował sobie warownię, niezdobytą, chyba jedną z najbardziej obronnych w Europie. Wielki zamek na lądzie strzegł dostępu do drewnianego mostu na palach, wiodącego do wyspy, otoczonej wysokim, potężnym murem z czterema basztami. W środku stał dopiero sam zamek książęcy, również mocno obwarowany. Tu władca mógł spać spokojnie z piękną kapłanką, Birutą, porwaną od świętego ognia. Choćby wróg cały kraj wziął w posiadanie, wyspa była niezdobyta. Na sąsiednich wysepkach (jest ich na jeziorze Trockiem 14), były kuchnie, łaźnie, czeladnie i rakarnia, dokąd wywożono więźniów na stracenie.

Obecnego stróża wyspy spotykamy zaraz u wstępu. Siwobrody starzec w mundurowej czapie na głowie i płóciennych pantoflach na opuchłych, obolałych nogach, niechętnie daje się wyciągnąć na oprowadzanie i rozmowę. Trud namowy opłaca się całkowicie. „Robinzon”, jak go tu przezwano, szanuje się i jest przyzwyczajony do względów. Ustawia się z wprawą przed obiektywem i zaczyna recytować swoje personalja, gdzie to o nim pisano i jak go przedstawiano.

– Byli tu państwo, co mieli przewodnik, a tak ja dużo więcej wiem i takie rzeczy pokażę, o których w przewodniku nic. Zamek zbudowany w 1338 roku i to był zamek Kiejstutu, a w 1658 zburzył go Aleksiej Michajłowicz Romanow. To zamek był obronny na wyspie, najpiękniejszy na Litwie. Inne nie takie; i Jagiełło w Krewie swój miał – co jemu za gust na błotach było budować. Tu okno my zrobili nowe według , stylu romańskiego. U góry nie było, tak my nie mogli zrobić, żeby charakteru nie psuć. Tu czcili ogień, po litewsku Perkunas, po naszemu Znicz.

– A pan co, Polak? – pytamy.

– Ja Litwin, z ojca Litwina, prawosławnego. A moja babunia i mama Polki i katoliczki, tak po wojnie ja przepisał sie. W tym roku ja książka czytał, jak Polaki za Litwinów pod Pskowem bili się. Tak dlaczego teraz nie pojednać się. Dla Litwinów niedobrze i dla nas niedobrze, jak nam Niemcy styłu zajdą. Teraz baszty obronne i lochy więźniowe pójdziem zobaczyć. Tu cięższe było więzienie, stąd nie wychodzili, a tylko na druga wyspa, do rakarni wywożono. A ot tu walerjanka, ona lubi przy murach. Ja sam sercowy, a to dobrze robi.

Stary „Robinson” od kilkunastu lat już siedzi na wyspie. Od kilkunastu lat nie przeprawiał się nawet te paręset metrów do Trok, nawet do spowiedzi ksiądz do niego nie przyjeżdżał. Zżył się z wyspą i z ruinami, widział je w zupełnem opuszczeniu, a teraz widzi, jak coraz więcej okruchów przeszłości na jego oczach spod ziemi wydobywają. Ma sam swój malutki zbiorek kawałków zbroi, kul, naczyń, dumny jest, że asystując przy odkopywaniu nowej komnaty pierwszy zrozumiał, że to nie kuchnia, tylko „wędzalnia” była. Nie jest to jeden z tych wystrojonych w mundury przewodników w muzeach i pałacach w wielkich miastach, bezmyślnych funkcjonarjuszy, recytujących na pamięć wyuczone szeregi nazw i dat. Stał się prawdziwym mieszkańcem książęcego zamku, starym sługą, pilnującym wiernie powierzonego mu mienia, jak swego. Żyjąc wśród resztek średniowiecznego życia, przejął się niemi i wiele zrozumiał. Jest jakby mostem, rzuconym między dawnemi i nowemi laty.

Łódź odbija od wyspy i okrąża ją powoli. W pochmurny dzień na jeziorze podnoszą się fale i szumią trzciny przy brzegu. Na ciemnem tle nieba baszty wznoszą się groźnie, a zamek wśród nich stoi zda się niewzruszony mimo swej ruiny. Tak właśnie musiał wyglądać przed paruset laty, gdy światła pogaszono, a on stał ogromny, cichy i spokojny, a przecież straszny. Naprzeciw lekkiego, klasycznego, malowniczego pałacyku Tyszkiewiczów na drugim brzegu jeziora kontrastuje swą średniowieczną surowością, powagą, a przedewszystkiem ogromem – wieku i znaczenia.

KIENESSA

Przybijamy do brzegu, bo noc zapada, a chcemy jeszcze zobaczyć Kienessę, świątynię karaimów. Mamy szczęście, bo okna płoną jasnem, równem elektrycznem światłem. Dziś piątek, dzień modlitwy; wchodzimy do środka.

Kienessa w Trokach

Kienessa w Trokach

Sala jest obszerna i aż błyszczy od jasności i czystości. Przy długich ławach przed hebrajskiemi modlitewnikami stoją mężczyźni z nakrytemi głowami, o twarzach wschodnich, ale nie żydowskich. Doskonale utrzymane dywany perskie prowadzą do czegoś w rodzaju ołtarza, czy stołu, przed którym stoi kapłan, tyłem odwrócony od modlących się i zawodzący monotonny wschodni śpiew modlitewny. Każdy werset kończy się śpiewnym refrenem. Kapłan ma bardzo wschodnie nakrycie głowy w kształcie czarnego, zwężającego się ku górze szkopka z białym paskiem u góry i białem denkiem. Ubrany jest w rodzaj czarnej sutanny. Z obu stron ołtarza, na ścianie, widnieją dwie duże hebraiskiemi literami pisane tablice z dekalogiem. Styłu za duchownym rodzaj sześcianu, przykrytego ciemnym suknem.

Zawodzenia modlitewne przeciągają się w nieskończoność.

Czekamy cierpliwie w drzwiach. Co pewien czas kapłan, a z nim wszyscy obecni padają na kolana i na twarz, pochylając się kilkakrotnie w głębokim ukłonie. Co chwila drzwi się uchylają i wsuwa się ktoś z wiernych, obmywając ręce przy wejściu przed wejściem na salę. Kobiety śpieszą po schodach na górę, gdzie są zgromadzone na galerji, za gęstemi kratkami z drzewa.

Po skończonych modłach zbliżamy się do zakrystjana, p. Szpakowskiego, przybranego również w strój podobny, ale skromniejszy, niż u kapłana i prosimy o chwilę rozmowy. Duchowny tymczasem, włożywszy ręce w rękawy, posuwistym, poważnym krokiem opuszcza świątynię. Twarz ma śniadą z bródką przystrzyżoną na sposób turecki, rysy b. regularne, oczy wielkie, ogniste. Wierni żegnają go, przykładając rękę do piersi w niskim ukłonie. To Wschód.

Karaimowie zostali sprowadzeni do Litwy poraz pierwszy w r. 1338, a w r. 1398 było ich już czterysta osiemdziesiąt kilka rodzin i otrzymali ziemię i nadanie szlacheckie.

– My wszyscy szlachta polska – mówi z dumą p. Szpakowski. – I polskie nazwiska mamy: Mickiewicz, Szpakowski, Urbanowicz, Szymański. My karaimy bitny naród. Pułkownik Eljasz Karaimowicz osiem razy wyprawiał się na Chmielnickiego i dopiero podstępem zabity był, bo był wielki wódz, bogadyr i niezwyciężony. Karaimy są chazarowie i mojżeszową religję mamy, ale talmuda nie uznajemy, a język nasz turecko – tatarski. Niewielu nas już zostało i trzy kienessy, w Trokach, w Łucku i w Wilnie, ale tylko pierwsze dwie w starym, karaimskim stylu, a w Wilnie nowa, bizantyjska. My tu dywany mieli perskie i świecznik kryształowy i złoty, co Rosjanie wywieźli, a teraz bolszewicy oddać nie chcą. Nas tu było pierwej więcej i cała ziemia od słupa na rynku do nas należała i tu tylko my mieszkali, nazywała się karaimszczyzna, a za słupem Polacy, Żydzi i Litwini. Ale na Litwie wielka dżuma była, siedem miljonów ludzi wyginęło, a karaimów też dużo. Nasza ziemia wszystkim nadana i żaden karaim sprzedać, wydzierżawić, podzielić nie wolno, a tylko gmina daje po śmierci dzieciom, a jak niema, to innym karaimom. I ten przywilej my polskiem nowem prawem zatwierdzony mamy.

– A czy są małżeństwa z Żydami? – pytamy.

Na twarzy zakrystjana pojawia się wyraz oburzenia i pogardy.

– Nigdy z żadnym Żydem karaim nie ożeni się. Żydzi, to bydło, tchórze, a my karaimy stara szlachta polska: bitny naród. Karaim nigdy nie zdradził; wszędzie gdzie wróg był tam karaima na granicy osadzali, a on ogrodnik był i granic bronił od wroga.

P. Szpakowski przeprasza, że ma niewiele czasu i żegna nas wschodnim ukłonem, a my dziękujemy i wracamy. Jest późno, a trzeba zdążyć na pociąg w Landwarowie. Pijemy strzemiennego „krupnikiem karaimskim” w „Trocczance” i idziemy szukać naszej dorożki na samochodowych kołach. Mieliśmy okazję poznać spory kawał żywej historji.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Close