Stanisław Rembek

W epoce Nikodema Dyzmy

Zwykłą rzeczy koleją przyszłe pokolenia inaczej będą patrzały na naszą epokę, niż my sami. Co innego w niej dostrzegą, zapamiętają i zapiszą. Poświęcą nam na pewno jedną z najwspanialszych kart w historii nie tylko własnego kraju, ale i w powszechnej. Będzie na niej wypisane, że po pięćdziesięciu dwóch miesiącach największej w dziejach wojny, w czasie której dwadzieścia sześć milionów wrogów przewaliło się kilkakrotnie przez nasze ziemie, zniszczywszy cały nasz kraj z wyjątkiem Pomorza i zachodniej części województwa krakowskiego, gdy inne narody dyszały całkowicie wyczerpane – my zdołaliśmy wydobyć z samego dna ludzkiej wytrzymałości dość energii na to, żeby jeszcze przez trzydzieści miesięcy prowadzić wojny o nasze granice, o nasz honor, o nasze miejsce pod słońcem i o cywilizację chrześcijańską. Będzie na niej wypisane, że wojny te doprowadziliśmy do zwycięskiego końca mimo paroksyzmu wściekłości, skierowanej przeciwko nam propagandy masońskiej, żydowskiej i socjalistycznej. Będzie na niej wypisane, że jeśli nawet ulegliśmy chwilowo, jak w walce o Zaolzie w 1919 r. czy w sprawie traktatu o mniejszościach narodowych, to po to tylko, żeby przygotować zwycięski odwet. Nasi potomni odziedziczą więc po nas wspaniałą tarczę w ugruntowanym u naszych sąsiadów przekonaniu, że nie opłaca się Polaków krzywdzić, trzeba bowiem wtedy czekać na nieuchronną odpłatę. Toteż nasi synowie i nasze wnuki zapamiętają nam niewątpliwie, żeśmy wywalczyli tak wspaniałą Polskę, nie mając butów, mundurów, amunicji i chleba; żeśmy zawsze w ważnych chwilach potrafili zewrzeć ramię do ramienia i skupić się wokół wodzów, zapominając o dzielących nas poglądach i uprzedzeniach; żeśmy na ogół nie zmarnowali tego jedynego kapitału, jaki w tych ciężkich czasach zesłała nam Opatrzność w postaci naszych wielkich: Piłsudskiego i Dmowskiego; żeśmy potrafili odbudować nasz kraj, zniszczony jak żaden inny w świecie, przy tak niesłychanie nędznej stopie życiowej, iż byliśmy przez pewien czas pośmiewiskiem z tego powodu u najbardziej „proletariacko” nastrojonych „przyjaciół” z zachodu, którzy wkazywali, że nasz budżet ustępuje budżetom niektórych ich prywatnych przedsiębiorstw. Mimo to kiedyś u wszystkich chrześcijańskich narodów w podręcznikach historii data bitwy pod Radzyminem będzie wymieniana obok dat zwycięstwa nad Hunnami na Polach Katalauńskich, pogromu Arabów między Tours i Poitiers tudzież odsieczy wiedeńskiej, a już na pewno przed najsławniejszą bitwą pod Verdun.

Nie ma wątpliwości, że okres, w którym żyjemy, będzie przez długie wieki jaśniał blaskiem bohaterstwa, poświęcenia i pracy. Będziemy czczeni, kochani i podziwiani. Nasze groby nie będą zapomniane i opuszczone. Wzniosą się na nich wspaniałe grobowce i pomniki. Ale gdy będą nam ryli wzniosłe epitafia – my sami, leżąc w zetlałych trumnach, będziemy szczerzyli w szyderczym uśmiechu nagie i pożółkłe szczęki, bo w swych spróchniałych sercach zamkniemy całkiem inną prawdę o latach, któreśmy przeżyli.

Może nie będziemy mieli racji. Może będą ją mieli ci, którzy spojrzą na nas z odległości wieków. Bo prawdziwe może być tylko to, co jest wzniosłe i piękne. Wszystko inne jest przeczeniem i kłamstwem i musi być zapomniane. Ale historia zarejestruje tylko nasze czyny, nie wspomni jednak – miejmy nadzieję – o nikczemności, którą się codzień karmimy i którą nieledwie oddychamy.

Gdyby urządzić ankietę, która z książek powojennych najtrafniej i w najbardziej syntetycznym skrócie ujmuje naszą epokę powinna ona wskazać „Karierę Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi – Mostowicza. Pokazano nam w niej najbardziej tragiczną pomyłkę pokolenia.

Uświadomiliśmy sobie odrazu, że przeżywana przez nas epoka odbudowy państwa wymaga wyhodowania i wysunięcia na czoło specjalnego typu socjologicznego, że potrzeba nam ludzi dzielnych, energicznych, trzeźwych, realnie myślących, obdarzonych zmysłem organizacyjnym i zdolnością decyzji. Zaczęliśmy więc ich wyszukiwać, obdarzać zaszczytami, orderami, wpływami, przywilejami i wysokimi – o ile nas było stać -uposażeniami. Niestety, w większości wypadków pobłądziliśmy. Braliśmy intryganctwo za dzielność, chamstwo – za energię, nikczemność – za trzeźwość postępowania, sobkostwo – za realizm myślenia, biurokratyzm – za zmysł organizacyjny i lekkomyślność – za umiejętność powzięcia decyzji.

Nikodem Dyzma, mały czynowniczek prowincjonalny, o słabej inteligencji, bez wykształcenia, bez kultury towarzyskiej i bez żadnych zasad moralnych, dostawszy się przypadkowo do zaczarowanego świata elity, gdzie ręka rękę myje, a noga nogę wspiera, przechodzi wszystkie szczeble drabiny państwowej aż do fotelu premiera. Powodzenie swoje zawdzięczał dwom tylko cechom swego charakteru: chamstwu i temu żałosnemu sprycikowi, jaki zwykle posiadają ludzie głupi; że nigdy nie próbował myśleć samodzielnie, tylko zawsze powtarzał myśli cudze. Sprycik ten rodzina Dyzmów ochrzciła pięknym mianem „mądrości życiowej”.

Powieść Mostowicza jest satyryczna, i nie ma na pewno czytelnika, który by się nie zaśmiewał, czytając ją, ale był to zły śmiech, bo – ręczę za to – że nie było też takiego czytelnika, który by nie znał osobiście prawdziwego, z krwi i kości, Nikodema Dyzmę, w mniejszym czy większym wydaniu.

Dyzma Mostowicza nie przyjął misji utworzenia rządu. Zląkł się. Nie sumienia, nie opinii, nie odpowiedzialności – takich rzeczy Dyzma się nie obawia. Zląkł się wariata. Bo wariatowi już nigdzie nie można „zaszkodzić”, więc jakże z nim walczyć. Ale… gdyby tak ktoś ustosunkowany porozmawiał ze swoimi znajomymi ze „sfer rządzących”, czy to tylko na pewno prawda. Czy to czasem nie Nikodem Dyzma ogołocił Polskę z lasów w czasie, kiedy każdy rekrut i każda pensjonarka wiedziała, że na wypadek wojny lasy będą jedyną zasłoną przed lotnictwem nieprzyjacielskim? Czy to czasem nie pan Nikodem – przepraszam, nie chciałem popełnić przestępstwa obrazy majestatu – jego ekscelencja pan Nikodem Dyzma nie zrujnował swego czasu naszych dróg, „żeby uniemożliwić pancernym dywizjom nieprzyjaciela posuwanie się wgłąb naszego kraju”? Czy to nie on przy pomocy dowcipnego systemu podatkowego zdemotoryzował Polskę? Czy to nie on w czasie kryzysu wymyślił dowcipny paradoks o klęsce urodzaju? Czy to nie on radził dla zwalczenia kryzysu nie oszczędzać, tylko jak najwięcej wydawać? Czy to nie on dla zwalczania bezrobocia zaśmieca całą Polskę milionami butelek monopolowych? Czy to nie on wyśrubował ceny zapałek, powodując tym powódź przemycanych zapalniczek niemieckich? Czy to nie on wymyślił ordynację wyborczą, na podstawie której o składzie sejmu nie decydował ani naród, ani rząd, tylko – pani starościna? (A „Wielki Trzynasty” z kobietami łatwo daje sobie radę. No, i z przystojnymi chłopcami też).

Czy to był on, czy nie on – trzeba przyznać – że w ostatnich czasach zaczęło mu się niepowodzić. Wszyscyśmy widzieli, bez najlżejszego cienia wpółczucia, jak fruwał z najidealniejszej dla siebie, wymarzonej w najbardziej tęczowych snach biurokratycznych – posady: szefa biura personalnego. Ale Nikodem Dyzma nie zginął. Zdążył już sobie przecie wyrobić stosunki u dziesięciu tysięcy innych Dyzmów. Przytaił się więc tymczasem na jakiejś posadżinie z grubymi dietami wyjazdowymi i prowadzi działalność społeczną. Gdy mu za bardzo dokuczą, wyjeżdża na prowincję. Ale i tam nie zginie. Nawet gdyby… Żeby w złą godzinę nie wymówić. No, wszyscy przecie jesteśmy śmiertelni. Tak, ale duch Nikodema Dyzmy będzie żył w następnym pokoleniu. Duch bezczelności, chamstwa, wojującej głupoty, niebotycznej pychy wobec słabszych i psiego służalstwa wobec wyższych rangą czy znaczeniem.

Nikodem Dyzma uczy nasze dzieci.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Close