Jerzy Ostrowski

(Z cyklu: Widły Sanu i Wisły)
Miasto Spytka Ligenzy

Rzeszów jest podobny do Łańcuta, Łańcut do Jarosławia, a Jarosław do Tarnowa i Przemyśla. Wszystkie leżą na pierwszych falach Podgórza, tuż przy torze kolejowym. Podwójna linia szyn ostro przecina krajobraz: na północ ciągną się już nadwiślańskie płaszczyzny, na których jesienią zbierają się bociany, zanim postanowią przelot przez Karpaty…

Rzeszowski rynek, lata trzydzieste XX wieku (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Miasta te wyciągnięte są w linię, jakby były twierdzami przeciw grożącym najazdom. Ale nic tu nie grozi z południa ani z północy, i nie ma czego bronić, prócz chyba własnego bezruchu.

Znam na pamięć te miasta i rozkład ich dnia powszechnego, ale dlatego właśnie trudno mi je teraz zobaczyć ostro i plastycznie. Muszę sobie dopiero przypomnieć dzień przyjazdu, żeby je dostrzec nowymi oczami.

Było to zimowe rano, w niczym nie podobne do zimy. Domy owinięte były w żółtą mgłę, a nogi przylepiały się do płytkiego błota. Od strony dworca szli kolejarze po nocnej służbie. Szli spać do swoich domów i wyglądało na to, że całe miasto teraz dopiero ma zamiar zasnąć na dobre.

Ale o pół do ósmej wszyscy wyszli nagle na ulice. Z każdej bramy, z każdej uliczki wychodziły coraz to nowe ciemne sylwetki i szły szybko, drobno, jak szczury zwoływane fujarką zaklinacza.

O ósmej starzy i młodzi wsiąkli już w urzędowe gmachy, dziwnie liczne w tym niewielkim mieście.

Miałem sposobność zobaczyć je od wewnątrz. Były przesiąknięte do jądra murów stęchlizną zleżałego papieru i zimnym dymem tytoniu. Ich mieszkańcy czuli się tam jednak wygodnie i bezpiecznie.

Moją drobną sprawę załatwiał poważny urzędnik, którego doprawdy szkoda było na jakieś tam wypełnianie formularza. On jednak wcale się na to nie skarżył. Ze znawstwem ale bez pośpiechu zabrał się do rzeczy. Złożył papier na pół, przygładził kant trzonkiem wyleniałej szczoteczki do zębów i mistrzowskim ruchem przedarł go równiutko. Potem zaczął wywijać piórem dziwne zakrętasy, jakby bronił się magicznymi zaklęciami przed całym obcym i groźnym światem zewnętrznym. Podpisany formularz podał mi, jak talizman.

Właściciel cukierni nie był urzędnikiem i bolał nad tym bardzo. Jego brat stryjeczny i brat jego żony byli urzędnikami. Mieli swoje miejsce przy biurkach, wyszywaną poduszkę na krześle, cukier w szufladzie i równo zastrugane ołówki.

W swoim biurze żyli spokojnie, jak w arce podczas potopu. Nie groziła im konieczność ryzyka i inicjatywy, a ponadto mieli tytuły i ludzki szacunek.

– Czy ja kiedy myślałem, że będę kupcem! – westchnął cukiernik, wypisując mi starannie rachunek.

Później, kiedy poznałem lepiej te strony, przekonałem się, że miasta tutejsze są nieoczekiwanymi, niezrozumiałymi wyspami. Dokoła nich burzy się i grozi zalewem morze niespokojnych wsi, a one drzemią, zwinięte w kłębek.

Jest to tym dziwniejsze, że miasta te są dziećmi wsi. Nie mieszczaństwo je zapełnia, ani nie zubożali ziemianie, lecz synowie chłopscy – urzędnicy.

Urząd był i jest szczytowym pragnieniem rodziny chłopskiej. Nawet nie sutanna, jak na Śląsku; nie łokieć i waga, jak w Poznańskim; nie folwark, jak w Królestwie. Snobizm tutejszy jest urzędniczy i naukowy, ulubione tytuły: doktór i radca.

I nie jest to wcale dziwaczne ani śmieszne. Urząd daje synowi chłopa najoczywistszą i najkorzystniejszą nobilitację. Wprowadza go do nowej klasy społecznej i stawia obok inteligenta – „pana”.

Droga do tego awansu bywa nieraz ciężka, ale dostępna i wyraźna: „Disce puer latine!” Tak było i tak jest do dziś, choć zmieniły się warunki. W urzędach jest ciasno, po wsiach błąkają się bezradni młodzieńcy -maturzyści, ale co roku płynie nowa fala do szkół.

W czerwcu widzę ich przed gimnazjum, tych osmyczonych do skóry chłopaczków w przydużych buciarach i z rulonem papieru w spoconej ręce. Matki poprawiają co chwila chustki na głowach i szturchają synów, żeby się przecie kłaniali jak najgęściej panom profesorom.

Kiwają się potem te osmyczone łepetyny nad łaciną i gryzą z uporem grekę.

Dają z siebie dużo. Żyją przecie na samych prawie ziemniakach, do szkoły brną w błocie po osiem i dziesięć kilometrów. Nawet w suchych aktach szkolnych zastaję ślad ich pracy: wysuwają się na pierwsze miejsca. Mam w ręku listę „prymusów” z jednego tylko roku, w jednym tylko gimnazjum. Nazwiska te pachną rolą i razowym chlebem: Jopek, Czyż, Czarnek, Dłużeń, Malec, Rybka, Szela, Potyra, Kocór, Niedzocha, Nyzio, Bałda, Mazur, Żuława, Stanio, Stachura. Nazwisk niby szlacheckich, na „ski”, jest zaledwie parę.

Wieś daje swój najlepszy materiał, ale traci go bezpowrotnie. Na wieś wracają tylko outsidery, pechowcy, wykolejeńcy, bezrobotni. Reszta wsiąka w miasto. W zasadzie dzieje się rzecz dobra. Bez rewolucji i wstrząsów warstwa rządząca nasiąka żywiołami z dołu. W naszych oczach odbywa się tak wielka przemiana, jak gdyby zmieniano samurajowsko-szlachecką Japonię na uczone i urzędnicze Chiny. Kraj, gdzie gałka uczonego na kapeluszu jest indygenatem.

Ale nie odbywa się to bez szkód. Droga do wyższych warstw jest podobna do śluzy. Gdy łódź wypłynie do następnej komory, drzwi się za nią zamykają i woda wycieka. Nie ma drogi powrotu, nie ma łączności.

I jeszcze jedno. Ten świeży, młody społecznie żywioł więdnie zbyt szybko na bruku. Traci rozpęd i zuchwałość. Przyucza się do chodzenia w kółko po jednym chodniku, skwapliwego kłaniania się zwierzchnikom i składania drobnych oszczędności w Kasie Komunalnej.

Zaczyna się czasem podejrzewać, że w kulturze starych warstw są jakieś bakterie gnilne.

Z wielkiego gmachu narożnego, gdzie mieści się kilka urzędów wyszedłem szybko na powietrze. Nie chciałem jednak iść główną ulicą, z restauracją „Ziemiańską”, cukiernią „Tatrzańską” i sklepem „A la ville de Paris”. Skręcałem w coraz nowe bocznice wystające, jak groble ponad zapadłymi placami lub wchodziłem w złośliwie cuchnące zaułki, gdzie wystawały rozpaczliwe oficyny, żelazne ganki i drewniane komórki. Wreszcie – prawie wypadkiem – trafiłem na grupę drzew. Były to brzozy otaczające zamek Lubomirskich, broniony przez cztery niegroźne rokokowe baszteczki.

Z tego jedynie miejsca widziało się nieco szerszy krajobraz. Rozpoczynał się on nisko rudym pasem łąk nad Wisłokiem i wznosił ciemniejącą gamą aż do granatowej linii horyzontu na wschodzie. Tym wyłomem dolatywał nieśmiało – Wiatr od Ziemi…

Wracałem stamtąd okrężną drogą, ponad rzeką, gdzie dawniej można było podobno przejechać łodzią aż do klasztoru Bernardynów. Dziś między zamkiem a klasztorem są wszędzie ulice, smutne ulice biedy i brudu. A sam klasztor obsiadł i zapadł się w bagnistym gruncie.

Jednakże tam właśnie, we wnętrzu klasztornego kościoła napotkałem cień dumniejszej przeszłości.

Przed ołtarzem klęczał zakonny braciszek w grubym habicie, a kiedy podniosłem oczy wyżej, zobaczyłem kamiennego rycerza w tej samej prawie postawie. Był to – jak głosił łaciński napis – Mikołaj Spytek Ligenza, herbu Półkozic, kasztelan sandomierski, starosta ropczycki i biecki, syn kasztelana Wiślickiego, dziedzic Głowowa, Sędziszowa i Rzeszowa.

– Dobroczyńca klasztoru i całego miasta – powiedział mi głośnym szeptem Bernardyn, pokazując brodą rycerza.

Istotnie Pan Sandomierski – jak się dowiedziałem – był jedynym może z dziedziców Rzeszowa, który chciał i umiał dźwignąć miasto.

Po wielkim pożarze 1599 roku, nadał Rzeszowowi najszersze może wolności, jak na miasto prywatne. Z tej okazji dał pan Mikołaj folgę swoim skłonnościom literackim, pisząc w „przywileju”:

„Widząc wasze utrapienie y nieszczęsny opłakany żal, którym poddanych swoich miłych Pan Bóg, za wystempki iakieś y taiemne sądy swe pokarać raczył, nie łzami samymi, jedno serdecznym żalem będąc zdięty, do ostatniey koszule z każdey miary przy was stać, ani was, dziatek swoich miłych opuszczać, ale pod skrzydłami swymi zachowywać (obiecuję)”…

I dalej, w kaznodziejskim prawie tonie:

„Naprzód tedy proszę, abyście się nie frasowali, a rozumieycie, że to od Pana Boga szczęście y nieszczęście, ubóstwo y bogactwo pochodzi”…

Wreszcie „chcąc miłość przeciwko Poddanym swym pokazać”, owe „prawa i wolności doczesne y wieczne”, ogłasza.

Ale nie tylko piórem władał zgrabnie pan Mikołaj. Jak mnie objaśnił (nie bez nagłego rozbłysku w oczach) brunatny braciszek, pan na Rzeszowie zwyciężył w pięcioletniej wojnie – Diabła.

Nie zrozumiałem w pierwszej chwili. Nagle jednak przypomniałem sobie najbliższe sąsiedztwo Rzeszowa: Łańcut. Ach, więc wojna z panem Stadnickim? Tak. I to o jarmark. To znaczy o ważny przywilej miasta, zgwałcony przez Diabła łańcuckiego. Z podwójnym uznaniem patrzę na pokornie złożone ręce sandomierskiego kasztelana.

Od klasztoru Bernardynów ciągnie się ku zachodowi ulica, a potem szosa Krakowska. Za miastem wspina się ona na wzgórze, które nazywają tu Baranówką. Stamtąd zobaczyłem cały Rzeszów dzisiejszy. Od śródmieścia rozpełzały się szeroko uliczki i osobne plamki domów, ustawionych do siebie bokiem, tyłami, na ukos, byle jak. Wzdłuż szos biegły nierównym dwurzędem, bliżej zaś środka miasta gmatwały się już zupełnie bez planu i potrzeby.

Szosa krakowsko – lwowska grzęźnie w mieście beznadziejnie, plącze się w konwulsyjnych skrętach i gubi w gąszczu ulic, zaś koło dzwonnicy farnej zawiązuje się w niebezpieczny, sękaty węzeł i wreszcie ucieka między pola, podpierając się słupami telegrafu. Nie łatwo przyjdzie miastu rozplatać te węzły, zanim postawi krok w przyszłość.

Z miejsca, na którym stałem, widać było wyraźnie niekształtne, amebie wyrostki miasta. Wysuwają się one po linii najmniejszego oporu, po niższych, mokrych miejscach. Ani jeden nie spróbował wspiąć się tutaj, na Baranówkę, gdzie – przymknąwszy tylko oczy – można ujrzeć tarasy całej nowej, słonecznej dzielnicy, Z niezrozumiałym uporem przepycha się miasto na wschód i grzęźnie w bagnistych łąkach,

* * *

Życie w małym mieście, niczym nie przypomina dramatu. Nie ma postępującej naprzód akcji, konfliktu i punktu kulminacyjnego, nie ma w ogóle fabuły. Przypomina ono raczej powieści typu „roman-fleuve”, które można ciągnąć bez przerwy, tom za tomem i można w każdym miejscu przerwać. Dlatego jedni się przestraszyli, inni tylko zdziwili, gdy z Rzeszowem zaczęło się coś – dziać.

Pewnego dnia na ulicach zjawiły się nasypy, rowy i okopy, jakby Spytek Ligenza znowu „miasto ku tem Iepszey obronie sposobiąc, murem i wałami przystoynie obwiódł”.

Okopy te nie były jednak znakiem przeszłości, lecz przyszłości. Może zapowiedzią drugiego okresu tak świetnego, jak za Pana Mikołaja.

Tak przynajmniej twierdzą dzisiejsi gospodarze miasta. Opowiedziano mi, co ma w Rzeszowie powstać i jak będzie miasto wyglądać za parę lat. Z rozmów tych wytworzyłem sobie obraz całkiem nowego miasta. Coś pośredniego między Łodzią a Katowicami. Nie mogłem jednak w żaden sposób znaleźć w tym obrazie miejsca dla dzisiejszego Rzeszowa. Czy nie trzeba go będzie zburzyć do dna, aby można było stworzyć na jego miejscu coś tak bardzo odmiennego?

Jak się zmieszczą wśród domków emerytów trzy wielkie fabryki metalurgiczne, drugi dworzec, większy podobno od starego, bloki domów robotniczych, wielkie składy i lotniska? Jak wykroi się z krętych uliczek -autostrady dla ruchu motorowego? Ławnik miasta (zresztą geograf z wykształcenia), którego obarczam tymi pytaniami, nie ma żadnych wątpliwości: zna się przecież z mapami poufale. Na planie miasta przerąbuje czerwonym ołówkiem ulicę, omijającą prowincjonalne grymasy uliczek. Krwawa linia ołówka idzie przez żydowski cmentarz, grunty bernardyńskie i wojskowe baraki, przecinając po drodze dwie kamienice.

– A więc nawet niewielkim kosztem – kończy spokojnie mój rozmówca.

Widzę, że opętał go już demon przemysłu i postępu, najniecierpliwszy ze wszystkich demonów. Plan miasta w rękach tego człowieka skręca się i trzeszczy. Tu wyciął olbrzymią połać na wielkie hale fabryczne, tam postawił potworny sześcian mieszkalny, tędy przeprowadził nowe ulice i usiał je białymi plamkami will… Utknął dopiero przy fabryce, która położyła swoje żelbetonowe veto na drodze do niedawno założonego parku.

– To także jakoś się rozwiąże – mruknął bez przekonania.

Może. Ale obawiam się, bardzo się obawiam o los drzew w Rzeszowie. Nigdy ich nie przyjmowano gościnnie w tym mieście. Dawniej szkodził im zaduch papierów i wiedeńska arogancja kamienic; teraz grożą im matematyczne bryły przemysłu. Naprzeciw moich okien odbył się niedawno pogrom kwitnącego ogrodu. Drzewa uśmiechnięte różowo i biało wykopywano z z korzeniami, spod zieleni wydobyto cmentarną, żółtą glinkę i zalano dół cementem. Słychać tam teraz zgrzyt bloków i jęczący okrzyk nowej wiary: „hej -rrrupl”.

Wiem, rozumiem, uznaję: Rzeszów spotkał nieoczekiwany, korzystny awans. Miasto rośnie, przekształca się, cywilizuje. Ale nikt mnie nie przekona, żeby wyrywanie kwitnących drzew nie było grzechem. Za lat kilkanaście czy kilkadziesiąt będziemy – żałośni i śmieszni pokutnicy – burzyć w śródmieściu domy, żeby zakładać biedne dziecinne ogródki, jak się już dzieje w New-Yorku.

– A cóż z tymi okopami? – przypominam sobie… Objaśniają mnie, że to pierwszy krok Rzeszowa w przemysłową przyszłość: wodociąg.

Cieszą się nim i są z niego dumni. Chcą w nim widzieć prawie symbol. Ale człowiek stojący z boku spostrzega dziwne sprawy dziejące się dokoła tego symbolu. Okopy zjawiają się i znikają, potem znowu zjawiają się w tym samym miejscu. Jezdnia, operowana raz po raz, robi się spierzchła i dziobata, odstaje wielkimi pęcherzami i zapada się pod nogą. Jakiś złośliwiec przysięga mi, że na jednej z ulic utopiło się cielę. Inna legenda mówi nawet o koniu.

Wpadają mi w ręce broszury, szereg broszur polemicznych, wydanych z racji tego właśnie wodociągu. Nie znam się na tym, ale mam żal do techników. Zwykle takie techniczne sprawy dzieją się sprawnie i niewidocznie. Za kulisami. Dyskretni maszyniści łączą jakieś skomplikowane druciki, przestawiają dźwignie i naraz na scenie robi się widno, ciepło i wygodnie. W Rzeszowie pokazano kulisy i zepsuto cały efekt.

Bardzo poci się Rzeszów przy egzaminie i nieraz może wyrzekłby się awansu.

Sprawa jednak zaszła za daleko. Padła nazwa Centralnego Okręgu Przemysłowego i padł komplement „Śródlądowej Gdyni”. Trzeba teraz dociągnąć rzeczywistość do tych nakazów.

Rzeszowianie nie chcą jeszcze temu wierzyć. Jeszcze się uśmiechają drwiąco, jeszcze narzekają na zamieszanie w spokojnym dotąd mieście. Ale już ich porywa rozpęd tego, co się staje w ich oczach. Na miejscu małej fabryki kuchni polowych rosną olbrzymie hale, w których mądre maszyny fryzują i ondulują żelazne bloki. Emulsja oleju wiertniczego, koloru śmietanki, oblewa równo operowany metal i precyzyjne dłuto. Praca idzie w niewykończonych i dopiero co wykończonych pawilonach. Młodzi ludzie o skupionych oczach kreślą i rysują jednocześnie na kilkunastu stalugach, niczym szkoła malarska. To fabryka Cegielskiego.

A w drugim końcu miasta rosną betonowe bloki, wydłuża się odnoga toru przemysłowego i roją furmanki wywożące ziemię. Uderza oko nietutejszy typ zaprzęgu wielu z nich. To „artiel” Poleszuków, specjalistów podobno od robót ziemnych, a potomków Holendrów, sprowadzonych przez Ogińskiego do budowy jego kanału. Takie to dalekie echa odzywają się, skoro tylko ruszyliśmy z miejsca leniwą bryłę naszej gospodarki.

W Rzeszowie rozwija się wielki ruch.

Przed maleńkim magistratem, kusym jak kurtka wyrosłego chłopaka, stoją czarne limuzyny z chorągiewkami na chłodnicy. Szoferzy patrzą przed siebie niewidzącym wzrokiem i bębnią palcami po kierownicy. Umieją oni wprawdzie pędzić w najdalszą przestrzeń, ale nie w czas. Myślą, że miną to miasto, jak tyle innych miast i nie zostanie za nimi nic, prócz kurzu.

Zmieniliby może zdanie, gdyby mieli chwilę czasu i porozmawiali z majstrami poznańskimi, którzy spajają wysoko nad ziemią ryzykowne, fantastyczne łuki żelazne. Ci wierzą w stworzycielską siłę słów, liter i cyfr. Patrzą w kawałek papieru i mówią: „to będzie”.

Czerwony kurz, który otacza ich czarodziejstwo nie opada bez śladu, jak pył drogi za samochodem.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close