(Z cyklu: Widły Sanu i Wisły)
Nerwy i tętnice

Łatwo popełnić błąd, sądząc pewną krainę po jej głównym mieście. Łuck to nie Wołyń, Warszawa – nie Mazowsze, Brześć – nie Polesie. Żeby odnaleźć duszę kraju trzeba pokornie pielgrzymować po drogach i bezdrożach.

Pierwsze zapoznanie odbywa się przez bilet wizytowy terenu: mapę.

Od pierwszych oznak wiosny, leżą całe ich stosy na stołach, tapczanach, a nawet na podłodze. Podróż, którą się tutaj odbywa, nie jest wcale mniej ciekawa od prawdziwej. Kto czuje mapę, może w niej dojrzeć wszystkie uroki krajobrazowe, a przy tym – wszystko tu jest – blisko i łatwo. Jednym ruchem palca przenosimy się z Rzeszowa do Kolbuszowej, dawnego ośrodka najpiękniejszych mebli polskich. Potem, przez Ćmolas i Majdan, wjeżdżamy jak z samych nazw to widać, w puszczę Sandomierską. Z nazw wyczytać można wiele. Im bardziej wgryzamy się w mapę, tym więcej w nich widzimy. Z nazw uczymy się odgadywać twarz nieznanej jeszcze wsi, czy przysiółka. A na odwiecznym nieraz brzmieniu możemy studiować nieomylny instynkt polskiej mowy.

Najprzód oko błądzi jeszcze po mapie leniwie i wyławia tylko dziwolągi. Skąd naprzykład wzięło się takie cudactwo, jak Wola Gołego? Jaka może być wola gołego i kto tak nazwał Bogu ducha winną wieś?

Trudno też zrozumieć, od czego mogą pochodzić takie nazwy, jak: Kacaki, Knapy, Durdy i Pludy, albo nazwa podwójna: Hyki i Dębiaki. Dziwnie brzmi zwięzła, jakby z samego źródłosłowu złożona, nazwa Sple, mocno podejrzana jest Zyć, a zupełnie niejasne trzy Pogwizdowy i kilkakrotnie powtarzający się Cierpisz.

Przechodzi się potem do nazw, których sens i pochodzenie można już odgadnąć. Jasne więc, że koło starego grodu Sandomierskiego, będą: Szczytniki, Sokolniki, Skotniki, Szewce, Winiary i inne wsie służebne. Ze starym podziałem na dzielnice i opola łączy się widocznie nazwa Żupawa.

Wreszcie sypią się nazwy puszczańskie, świadczące, że w trójkącie Wisły i Sanu był tęgi bór. Jest więc Białybór, Ćmolas, Laski, Zalesie, Cisówka, Brzostowa Góra, Brzeźnica i Bukowiec. O ludzie wypalającym smołę w puszczy świadczą: Smolarzyny, Majdan, Kopcie i Maziarnia. Przychodzi potem okres wgryzania się człowieka w puszczę i znaczenia swojego pochodu nazwami: Poręby, Ciosy, Trzeboś lub Trzebowisko. Są też dowody obfitości zwierza w puszczy: Łowisko, Wilkowyja, Wydrza, Jaźwiny, Jeżowe, Dzikowiec, Lisia Góra i Niedźwiedzia Wólka. O pasiecznictwie mówią Barcie. O niebezpiecznych mokradłach w puszczy – Nisko, Pławo, Jamnica, Ostrowy, Mokra, Groble, Trzęsówka i Trzęśń, a także ostrzegawcze: Błędowa, Brnik i kilkakrotne Zabrnie. Zastanawiają wreszcie Huciska i Rudy, które trafiają się dość licznie. Czy nie są to ślady zaniedbanych bogactw?

Skrupulatniej już i bardziej rzeczowo bada się drogi. Mapa Automobilklubu optymistycznie dzieli drogi na dobre, średnie i złe. W praktyce okażą się wszystkie złe lub conajmniej, jak dawny tytoń rosyjski: „niższe średnie”. Godzimy się jednak i na to: turystyczny Harley wszystko wytrzyma, jeśli się tylko nie żąda od niego, aby pływał i skakał. Gorzej jest z trasą. Kto chce zbadać całą rozpiętość blagi i frazesu w Polsce, niech porówna publiczne deklamacje z siecią dróg. Tu się nie da nic zagadać ani upiększyć. Mapa naszych dróg wygląda, jak ślady nóg pijanego chrabąszcza. Czerwone i czarne linie rozłażą się bezmyślnie lub zbliżają do siebie na parę kilometrów, aby nagle uciec w popłochu i wyciąć niezrozumiałego zakrętasa.

Zwłaszcza na granicy dawnych zaborów dzieją się horrenda. Co tu gadać o zjednoczeniu, zgojonych bliznach i żywym ciele kiedy między tak zwaną Galicją i tak zwanym Królestwem urywa się szosa na dwadzieścia parę kilometrów. I to nie w jednym miejscu: między Rozwadowem i Kraśnikiem, Niskiem a Janowem, Biłgorajem a Tarnogórą czy Sieniawą.

Wybieramy drogę Tarnobrzeg – Puławy, wzdłuż Wisły. Trasa, która mogłaby się stać reprezentacyjną atrakcją turystyczną. Trasa, obejmująca Sandomierz, Zawichost, Kazimierz nad Wisłą i piękne widoki z wysokiego wiślanego brzegu. Za ten pomysł jesteśmy surowo ukarani, bo i tu brak dwudziestu czterech kilometrów szosy.

Mapa głosi w tym miejscu: „gościniec możliwy do przejechania, zależnie od stanu pogody”. Decydujemy się jeszcze, w myśl dewizy wiszenia za obie nogi, na drugi podobny odcinek: od Opatowa do ruin zamku Krzyżtopór i trzeci – od Tarnogrodu do Sieniawy.

W pewnych punktach mapa wywołuje w nas niedowierzanie. Podejrzewamy pomyłkę. Bo chyba niemożliwe jest, żeby szosą wyczyniała takie dziwy: od Tarnobrzega do Sandomierza biegnie równolegle po obu brzegach Wisły, potem przerzuca się tylko na lewy brzeg i zbliża – pod Zawichostem – tuż do rzeki, aby potem zrobić wielki łuk do Ożarowa i wrócić dopiero pod Annopol. Z drugiej strony Wisły gościniec podchodzi do Janiszowa, staje naprzeciw Zawichostu i także zawraca w nagłej wolcie.

Nie można się uwolnić od przykrego uczucia nonsensu.

Na szczęście początek drogi jest jeszcze znośny. Z Rzeszowa jedziemy do Kolbuszowej na Głowów, niesłusznie zwany Głogowem, fundacji Krzysztofa Głowy z Nowosielec, herbu Jelita, sekretarza Zygmunta Augusta w roku 1570.

Równolegle do szosy ciągnie się prawidłowy nasyp na którym co kilka kilometrów butwieją resztki jakichś domeczków. Widać też mostki i przepusty wody. Zaczyna to nas intrygować. Niedaleko wsi Cierpisz zaczepiamy chłopa prowadzącego krowę. Dobrze trafiliśmy: jest to człowiek bywały i obeznany ze sprawami publicznymi. Krowa chętnie przegryza marsz trawą z rowu, a my zapalamy papierosy.

A więc jest tak, jak przypuszczaliśmy: ten nasyp to linia kolejowa. Linia, która już ma swoją historię. Budowę jej uchwalił sejm już w 1919 roku. W roku 1920 Ministerstwo Kolei wykupiło grunty, a w 1921 roku wykonano już większą część robót. Naraz w 1922 roku Ministerstwo rozwiązało umowy, zapłaciło odszkodowania i zostawiło niezabezpieczone budynki i przejazdy.

Od tej pory zaczyna się epopeja walki społeczeństwa z biurokracją. O kontynuowanie robót starają się posłowie ludowi i miejscy, wszelkiego rodzaju instytucje wysyłają memoriały, wywodzą czarno na białym, że strata w niszczeniu obiektów, w kapitale martwym i spadku produkcji rolnej wynosi 400.000 złotych rocznie. Napróżno.

Gospodarz mówi o tym spokojnie, niemal epicko. Przesuwa kolejno zdarzenia, jak starodawny kronikarz i nie komentuje ich. Wydaje mi się jednak, że podłożem tej beznamiętności jest głęboka nieufność wsi do wszelkich „panów”.

A ja znowu niepotrzebnie przyznaję się do solidarności z tymi jakimiś panami z Ministerstwa Kolei i bąkam niepewnie, że widać kredyty… kryzys… kalkulacja..

Mądry gospodarz udaje niedbale powagę i szacunek. Kiwa z uznaniem głową i nie słuchając wcale, powtarza:

– No, ma się wiedzieć! Słuszna racja!

I naraz, podnosząc się z murawy, wskazuje na niszczejący tor: „Piętnaście lat już tak stoi” – mówi.

Pożegnaliśmy się niezręcznie, kłopotliwie, czując wyrzuty sumienia, że nie wypowiedzieliśmy się do końca. A na pierwszym zaraz postoju w lesie za Majdanem, rozłożyłem mapę na trawie i przyjrzałem się liniom kolejowym. W trójkącie rzek, do którego wierzchołka zbliżaliśmy się obecnie, nie było ani jednej linii środkowej, przecinającej tę przestrzeń. Tor kolejowy widać było tylko przy krawędziach trójkąta, wzdłuż rzek: z Dębicy przez Mielec do Sandomierza i z Przeworska do Rozwadowa. Wielki trójkąt mający około 80 klm. podstawy i około 100 klm. wysokości był zupełnie pozbawiony kolei. Kraj pomiędzy gęsto zaludnioną Małopolską środkową, przemysłową Kielecczyzną i bogatą w dobre grunta Lubelszczyzną!

* * *

„Świat deskami zabity” spotyka się często w podróży po Polsce. Wpada się do niego z pióropuszem kurzu nad głową, wjeżdża na krzywy rynek i zatrzymuje bezradnie: nie widać stąd drogi wyjścia.

Domy dokoła rynku przykucnęły i podały sobie płoty, żeby zagrodzić drogę, a podłoga rynku przybita jest mocno do ziemi łbami kamiennych gwoździ. Nawet wiatry, które wypadkiem wpadną na rynek, kręcą się bezmyślnie w kółko, opadają na kupkę śmieci i zostają tu na zawsze.

Jest coś w atmosferze tych rynków, co mi przypomina ulubionego „konika” mojego nauczyciela historii: t. zw. „zgniłe miasteczka”. Opowiadał nam o nich z zamiłowaniem co drugą lekcję. Chodziło o wybrzeże Anglii, jeśli się nie mylę. Były tam miasteczka, które z czasem pochłonęło morze, ale które nie straciły prawa wyboru swoich reprezentantów. Wyjeżdżało więc kilku ludzi w łodzi na miejsce, gdzie było ongiś miasteczko i glosowało w jego imieniu.

Nad miasteczkiem do którego właśnie wjeżdżamy (o nazwę mniejsza) też musiały się zamknąć jakieś fale. Wygląda na zalane od dawna gorzką, nieruchomą wodą. A jeżeli nawet wysyłało kiedy posłów czy innych przedstawicieli, to robiło się to na pewno gdzieś w górze ponad nim, w imieniu jego milczącej, przypuszczalnej woli.

Rynek jest pusty, ale w sekundę po zatrzymaniu motoru stoi już dokoła nas gęsty tłum widzów. Patrzą osłupiałym spojrzeniem na każdy nasz ruch, jak murzyni na golącego się europejczyka. Dopiero jakieś praktyczne pytanie zdejmuje z nich czar. Zaczynają wierzyć, że jesteśmy zwykłymi ludźmi.

Pompa? Owszem jest. Ale jest sobota i Ajzyk poszedł z kluczami na spacer. Czy wróci? Może wróci, ale kiedy – nie wiadomo. Restauracja także jest. Jedni mówią że najlepiej pójść do Kolasińskiego, inni że do Benrata. Zwolennicy Kolasińskiego godzą się jednak po chwili, że Kolasiński to nie dla nas: u Benrata jadali nawet panowie oficerowie, jak się bawili w udawaną wojnę.

Idziemy do Benrata. Przyjmuje nas surowy kelner – pan Leon, nudzący się wśród pustych półek. Jest takim samym zabytkiem „dobrych czasów”, jak wiaderko do szampana i niklowany samowar na szafie. Zaczynamy z nim rozmowę, za co z początku pogardza nami, ale wreszcie znajduje jakiś poziom demokratyczny, na którym może prowadzić z nami gawędę. Jeżeli chcieliśmy poznać życie miasteczka, to nie mogliśmy lepiej trafić! Pan Leon reprezentuje je w całej pełni, bo główną cechą miasteczka jest nuda, a nikt nie nudzi się tu bardziej, niż pan Leon.

Trzy lata temu były tu manewry – przypomina sobie leniwie. – A raz, zdaje się rok temu, przejeżdżał wojewoda. Nic więcej się nie działo ciekawego…

Zasypujemy go pytaniami, jakby i nam groziło rozpłynięcie się w tej pustce. Czy są jakie organizacje, naprzykład Towarzystwo Krajoznawcze? Przecież są tu ciekawe zabytki w mieście i okolicy: kolegiata, ruiny zamku… Czy uprawia się jakie sporty? A może jest towarzystwo śpiewacze lub muzyczne? Czytelnia? Teatr amatorski lub Kino?

– Niczego takiego tu nie ma – mówi pan Leon z niechęcią. Wygląda nie jak męczennik, ale jak bohater nudy. Uważałby sobie, za ujmę gdyby chciał się ratować przed niebezpieczeństwem niegodnymi półśrodkami.

Po chwilowym namyśle stara się jednak wniknąć w nasze zainteresowania i przypomina sobie wszystko, co ma związek z kulturą w mieście. Mówi pozornie bez związku, ale my się już rozumiemy.

Mówi, że o piątej po południu przychodzi tu trzech panów z magistratu na bilard. Czytają też „Express” i „Kino”. Do pana burmistrza przychodzi „Gazeta Polska”. Na poczcie jest urzędnik, który gra na okarynie i na skrzypcach. Na okarynie lepiej, ale tylko dwie melodie: „Po rannej rosie płyń dźwięczny głosie” i „Hej, po łące, po zielonej”. Gra przeważnie wieczorem. Nawet – nie można powiedzieć!… W grudniu ochotnicza straż pożarna wystawia zwykle „Jasełka” razem z dziećmi ze szkoły. Spłacają sikawkę. Bo był tu jeden fotograf…

I naraz pan Leon się ożywia. Z gorzkim tryumfem opowiada o fotografie Kozubskim. Kozubski się nazywał. Wacław Kozubski – wbija nam nie wiadomo dlaczego w pamięć. Otóż ten Kozubski przyjechał strasznie mądry i ważny. Chciał uczyć ludzi, kręcił się, robił szum. Założył swoją „atelję” na rynku i myślał, że zrobi kokosy. Tymczasem kto tu się miał fotografować? Chyba żydki. A żydki miały swojego fotografa. – Przy tym Kozubski ustawiał ludzi przy jakichś drewnianych paczkach i kółkach, a fotografie robił na zielono. Fotografował też kolegiatę i wypuścił widokówki. Jednym słowem – co tu gadać – zarżnął się. Uciekł w nocy, na piechotę, z aparatem na grzbiecie.

– A cóż z tą sikawką? -pytamy.

– Ano właśnie z tą sikawką – nawraca zgodnie pan Leon. — Więc ten Kozubski namówił ludzi na wielką żelazną sikawkę i do tej pory ją straż spłaca. A trzeba do niej czterech koni, bo inaczej nie ruszy z miejsca.

Pan Leon tryumfuje, ale nie ma racji.

Cześć ci, nieznany panie Kozubski, z twoją za ciężką sikawką i zielonymi fotografiami. Szkoda, że musiałeś stąd uciekać, w nocy, z aparatem na grzbiecie. Szkoda, bo nie prędko dotrze ktoś na miejsce opróżniome przez ciebie do „świata zabitego deskami”…

Po długim milczeniu pytamy pana Leona o drogi. Nie wie dobrze, bo nie wyjeżdżał od dawna z miasteczka, ale zdaje mu się, że są złe. Gdyby chodził autobus, można by się lepiej dowiedzieć, ale już nie chodził od dawna. Rozklekotał się. To zresztą także wystarczy za informację.

Oglądamy starą kolegiatę i jedziemy do najpiękniejszych podobno w Polsce ruin: do zamku Krzyżtopór. To, po czym jedziemy, ma być szosą ale przypomina pole bitwy po bombardowaniu. Jedziemy na drugim biegu i jeszcze trudno wytrzymać.

Do zamku jedzie się dziwnie: przez teren prywatny dworu, potem z góry na łeb do lasu, potem przez rzeczkę (w bród!), potem przez gumno drugiego dworu i prawie prostopadle do góry. Harley zdał egzamin: jesteśmy na górze, ale podnosi się w nas głucha złość przeciw wszelkim „czynnikom miarodajnym”.

Drogi, które są nerwami i tętnicami kraju, nie odżywiają u nas należycie wszystkich komórek organizmu. Kto wie, jakie wartości ludzkie butwieją w odciętych od wszystkiego osiedlach polskich.

Musimy się zdobyć na wykorzystanie ich i przyciągnięcie do życia.

Do ludzi, którzy grają na okarynie jedną piosenkę i czytają o piątej po południu „Express”, muszą przyjechać koncerty i opery. Wacław Kozubski musi wystawić swoje zielone fotografie w stolicy. Straż pożarna musi zabrać dzieci z „Jasełek” w góry i nad morze. A do średniowiecznej kolegiaty muszą zjeżdżać codziennie samochody z wojewodą na przedzie.

Tymczasem my jedni korzystamy ze stanowiska pionierów motoryzacji. Mimo wczesną godzinę wyjazdu mamy poważną ilość publiczności. Chłopcy przykucają nabożnie przy motocyklu i szeptem objaśniają sobie jego działanie. Za chwilę wymykam się rynkowi i rozpoczynamy zwykłą pracę na szosie. Plany robione na mapie kurczą się coraz bardziej wobec wyglądu dróg. Skróciwszy trasę, jedziemy przez Kazimierz, Puławy, Lublin, Zamość, Sieniawę. Wypoczywamy potem przez miesiąc.

Na drugi raz – obiecujemy sobie – pojedziemy kajakiem.
Na wodzie nie ma kurzu, nie ma wybojów. Tak, stanowczo pojedziemy kajakiem. Na wszelki wypadek zasięgam języka w Urzędzie Dróg Wodnych. „O, kajakiem przyjedzie się wszędzie” – mówi mi z lekkim uśmiechem Kierownik Urzędu. A jak jest z żeglugą, z regulacją?

– Tymczasem robi się dla Wisły i Sanu bardzo mało. Prawie nic. Owszem umacnia się trochę brzegi, wyznacza nurt, mierzy się poziom wody… Normalna praca porządkowa. Ale są tam takie pułapki, jak np. jeden „korek” na Sanie, hamujący żeglugę, na przeciw dawnego brzegu rosyjskiego.

Zapytuję o zapory wodne. Obiło mi się o uszy, że i San nadawałby się do wykorzystania w kierunku elektryfikacji jak Soła i Dunajec. Kierownik uśmiecha się pobłażliwie: „pewnie, pewnie. San ma charakter rzeki górskiej”.

Dowiaduję się, że siłę wodną w Polsce obliczają na 3,7 miliona koni mechanicznych, z czego wykorzystane jest zaledwie …0,1 miliona. Oczywiście więc, że można by wykorzystać i San. Nie tylko San. Koło Uniżowa na Dniestrze jest pętla licząca 27 kilometrów, a do przekopania jest tylko kilometr. Idealny punkt.

Patrzę na mapę dróg wodnych. Odcinki żeglowne rzek namalowane są nieprawdopodobnie grubą kreską. Imponują, zatrzymują wzrok. Szkoda tylko, że jest ich tak niewiele.

Naraz dostrzegam linię kropkowaną, kształtu odwróconego „T”. Kierownik zapala się trochę. Ba! to jest projektowany kanał. Projektowany od wielu lat. Gdyby go zrealizowano, byłaby to praca na poziomie Gdyni i melioracji Polesia. Według projektu Wisłę przedłużono by niejako wprost ku południu, tak że zbieg i Wisły i Sanu wypadłby koło Rzeszowa. Prostopadłe ramię kanału przecięłoby cały „trójkąt bezpieczeństwa”, a poziome szłoby wzdłuż linii kolejowej Lwów – Kraków. Człowiek stworzyłby tu ciekawą poprawkę geograficzną i ożywił całą tę krainę. Ale… kiedy to się stanie?
Pan Kierownik rozkłada bezradnie ręce.

Z błękitnymi gościńcami nie jest więc o wiele lepiej.

* * *

Sporo wody upłynęło w Sanie i Wiśle nim znaleźliśmy się znowu na północy cichego powiatu kolbuszowskiego. Jedziemy samochodem, który nie jest tak sejsmograficznie czuły na wyboje. Ale też mniej się widzi i czuje. Trzeba dopiero jakiegoś niespodziewanego widoku, żeby…

– Zatrzymać maszynę – wołam nagle.

Co mogą robić ci ludzie? Wygląda to na obóz cygański, ale Cyganie nie potrafią tak pracować. Spod łopat wylatuje żółty piasek i glinka, a przez las widać już dużą szczerbę. Tor kolejowy!

Nie możemy prawie uwierzyć. Jednak ciągnie się przed nami tor, który ma się połączyć z zaniedbaną trasą między Rzeszowem i Kolbuszową. I to podobno w szybkim tempie. Mało tego; kilka kilometrów dalej widzimy grubą żyłę gazociągu, pieczołowicie kładzioną w ziemię. Połączy ona cały okręg ze źródłem energii w Jaśle.

Za powrotem, w Rzeszowie, witają nas nowiną o rozwoju sieci elektrycznej z Mościsk, o kredytach na regulację rzek i dróg oraz o rozszerzeniu stacyj telefonicznych. Słyszymy wreszcie o rozbudowie drugiego dworca rzeszowskiego: Rzeszów – Staroniwa i usprawnieniu linii Rzeszów – Krosno – Jasło.

Czyżby rzeczywiście?…

* * * * *

Pewnego dnia jesiennego okładam sięznowu mapami i siedzę nad nimi długo w kręgu lampy.

– Teraz je oglądasz? Po wycieczce? – pytają mnie w domu.

Odpowiadam coś niewyraźnie i rysuję sobie po mapie nieobowiązujące linie czerwonym i niebieskim ołówkiem.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Close