Z podróży po Niemczech współczesnych (cz. 2)
„URDEUTSCH”

W Niemczech współczesnych pierwsze miejsce uzyskało zawołanie „Heil Hitler”. Ten zwrot powtarza się w Niemczech najczęściej. Wypełnia znaczną część ludzkich rozmów. Zjawia się wszędzie, w każdej okoliczności życia codziennego, dla cudzoziemca najbardziej nieoczekiwanej. W szczecińskiej restauracji, w miejscu, którego pożyteczna nazwa pozostaje w uczciwej książce niewyrażalna – młody S. A. Mann stanął na progu, wyprężył się i wyrzekł obowiązujące pozdrowienie.

Ciągłe używanie wpłynęło na wytarcie się kantów tych dwóch słów, które oszlifowały się, wygładziły na swych krańcach i zbiły w jedno wyrażenie, które w ustach dziewięćdziesięciu procent ludzi brzmi po prostu „Hei-hitla”.

Ale zaraz na drugim miejscu stoi inne słowo – słowo wielkie i wspaniałe: „urdeutsch”. Niekiedy przybiera ono odmienną postać: „urgermanisch”, ale to tylko w wypadkach wyjątkowych. „Urdeutsch” jest kształtem obowiązującym. Słyszy się to słowo sto, dwieście razy dziennie w różnych związkach znaczeniowych. Wszelkie dobro, każdą dzielność pakuje się w to słowo, jak w głęboki wór, który ma być wianem dla wielkiego narodu niemieckiego, który się teraz oto odradza i zmierza do wielkości.

W Kassel, podążając na północ, mamy na wyjezdnem rozmowę z hotelarzem panem Pritze. Bardzo to miły i jowialny człowiek. Jako właściciel hotelu prenumeruje wiele gazet, które czyta w chwilach wolnych od pilnowania służby i gości. Jest oczytany. Wie o przyjaźni polsko – niemieckiej. Więc rozmowa przepływa delikatnie. Ale od samego początku dysputy odczuwam, że gnębi go jakaś troska (ciążą mu jakieś niewypowiedziane słowa). Sprawa musi wreszcie wybuchnąć. Poruszyliśmy już wszystkie zagadnienia wielkiej i małej polityki, Rosję sowiecką i generała Franco, czas przejść do tematów bliższych.

– Widziałem na zameldowaniu – mówi powoli pan Pritze – że pan mieszka w Poznaniu, w Provinzmark Posen.

– Aha.

– Z tym właśnie będzie największy kłopot.

– Niby czemu?

– Z tymi ziemiami, któreście zabrali Niemcom.

– Zabrali…

Pan Pritze jest dobrym hotelarzem i ostrożnym obywatelem Trzeciej Rzeszy, więc natychmiast przerywa:

– To tylko kwestia nazwy i porozumienia. Nie chcemy waszej krzywdy, to się da uzgodnić, dostaniecie co innego.

Tu pan Pritze nachylił się ku mnie i zaczął wyliczać ziemie, które możemy dostać w zamian za Poznań, Pomorze i Śląsk. Nie jestem ciekaw.

– Niech pan poczeka, panie Pritze – mówię wściekle, bo to już nie pierwsza tego rodzaju rozmowa. – Pogadajmy spokojnie. Jak to pan rozumie „ziemie, zabrane Niemcom”?

– Pommern, Provinzmark Posen, Schlesien.

– Ale dlaczego „zabrane”.

– Bo do czasów Wersalu były one niemieckie. Korzystając z dobrej dla siebie koniunktury wyście je nam wzięli. – Pan Pritze waha się pomiędzy słowem „abgetrennt” a słowem „abgerissen”. Decyduje się na to pierwsze.

– No tak – odpowiadam ze znużeniem – ale przedtem to wyście je nie tylko wzięli, ale po prostu zrabowali. Więc odebraliśmy tylko swoje. Wasz Fryderyk razem z Katarzyną, rozebrali kraj, który należał do kogo innego.

Pan Pritze nie czuje się pewnie na płaszczyźnie dysertacyj historycznych. Poza tym jest miotany sprzecznymi uczuciami. Między przyjaźnią a nienawiścią, między postawą hotelarza, który ma za chwilę inkasować rachunek, a postawą Niemca, który doskonale wie, co mówi. Myśli przez chwilę, nad wyjściem z sytuacji. Po oczach i ucieszonym obliczu widzę, że znalazł je.

– A był pan na wystawie? – pyta chytrze.

– Na jakiej znowu wystawie?

– „Blut und Rasse”. Właśnie odbywa się w Kassel.

– Ale cóż to ma za związek z nami?

Pan Pritze jest już zupełnie opanowany i pewny siebie. Uśmiecha się tajemniczo, uchyla od odpowiedzi wprost. Powtarza tylko znacząco:

– No niech pan tylko idzie.

Wzruszam ramionami. Ale zapłaciwszy rachunek i załadowawszy żywy i nieruchomy inwentarz do auta – zatrzymuję wóz zaraz na następnej ulicy.

Nie trafić na wystawę nie można. Po całym mieście porozwieszane są transparenty z krwawym napisem „Blut und Rasse”. Gdyby ktoś jednak przeoczył przypadkiem te trzydzieści pisanych wrzasków, jeszcze by napewno trafił po omacku do tej kamienicy, która opływa cała chorągwiami w kolorze czerwonym z czarnym znakiem swastyki.

Miasto Kassel położone jest nad rzeką Fuldą. Rzeka ta nazywała się po słowiańsku Włtawa i ważna jest dlatego, że do niej właśnie sięgał najdalszy znany zasięg osad słowiańskich. Dziś oczywiście nie ma po tym ani śladu, ani wspomnienia. Jest natomiast co innego, wiele różnych atrakcyj do zwiedzania, które przygotowano dla turysty. Cały poprzedni dzień poświęciliśmy na przeżywanie tych różnorodnych wzruszeń: oglądanie zakładu im. ks. Kneippa, wzgórza z posągiem Herkulesa, oraz zamku, w którym przebywał jako więzień Napoleon III.

Włożono wiele trudu i wiele pieniędzy w parki i ogrody podmiejskie w Kassel. Dopomagała sama przyroda. Nad miastem panuje wysokie, rozłożyste wzniesienie z kilku szczytami. Na pierwszej kondygnacji wzniesienia, gdzie znajduje się dawny zamek cesarski, urządzono park i ogród z prawdziwym smakiem i poczuciem estetycznym. Młody chłopak z Hitler – Jugend, który podczas wakacji zarabia oprowadzaniem turystów – opowiada ze śmiesznym przejęciem, że Napoleon, kiedy po roku zdjęto zeń areszt, nie chciał zupełnie wracać do ojczyzny, tak mu tu było dobrze i pięknie w tym Kassel. Patrząc z tarasu zamkowego, tonącego w kwiatach na dalekie perspektywy miasta, jestem skłonny uwierzyć
w tę powieść o obywatelu Ludwiku Napoleonie.

Gorliwość w stwarzaniu atrakcji poszła w Kassel jednak za daleko. Ponad zamkiem wznosi się wysoki szczyt ochrzczony nazwą Herkulesa. Ani odległe pokolenia, ani łaskawa przyroda nie stworzyły tu żadnych specjalnych atrakcyj. A góra aż się prosi o jakąś romantyczną budowlę. Nie stworzyła historia, zaniedbała przyroda – więc musieli pomóc ludzie. Na samym szczycie postawiono kilkadziesiąt lat temu z olbrzymich głazów imitację starego teutońskiego zamczyska. Ażeby zaś wszystko było jeszcze niezwyklejsze, jeszcze bardziej kolosalne – na samym szczycie głazów ustawiono wielką, brązową figurę Herkulesa. Wszystko razem jest bardzo gigantyczne, bardzo masywne, bardzo imponujące i bardzo w złym smaku. Efekt zbyt słaby jak na to, że budulec trzeba było zwlekać ze znacznych odległości, w samą zaś budowę wepchnąć moc pieniędzy.

A na zakończenie tych wszystkich turystycznych wrażeń – teraz wystawa „Blut und Rasse”.

Ulegamy przeznaczeniu. Kiedyś i tak trzeba było to obejrzeć. Po drodze, w kilku już miastach kokietowały nas reklamy takich wystaw. Takich i innych. Bo wystawy są dziś w Niemczech jedynym z potężnych narzędzi wewnętrznej propagandy. A trzeba przyznać, że technikę wystawową postawiono bardzo wysoko. Wystawa urządzana jest sposobem elementarzowym – jasno, logicznie, zwięźle i przekonywająco. Najgłupszy człowiek musi zrozumieć myśl przewodnią. Świetnie zestawiony materiał zasypuje zwiedzającego swą obfitością, zarazem nie zostawia miejsca na najdrobniejszy sceptycyzm. Na opornych czatuje sto zręcznych środków i pułapek.

Przede wszystkim nastrój. Żadna wystawa nie może się obejść bez wytwórni nastrojów. Te wytwórnie wyglądają w ten sposób: zazwyczaj poświęca się na nie większe sale wystawy. Pierwszy warunek – zasłonić okna. Może tu panować tylko sztuczne światło. A i tego jest skąpo. Skryte zostaje za draperjami albo w niszach. Stamtąd rozsiewa tajemnicze strugi światła w rozmaitych odcieniach barw.

Wnętrze jest obszerne i prawie puste. Strop wysoko. Wchodzący człowiek odczuwa tu swoją małość, znikomość i nędzę. Staje w obliczu tajemnicy. W pośrodku podium. I tu właściwy efekt: stylizowana swastyka, zakrwawiona czerwoną posoką światła. Albo wielki miecz, skrzyżowany z równie wielkim stylizowanym kłosem zboża. Albo ręce, związane uściskiem. Widziałem także plastyczną mapę Niemiec z zaznaczonymi granicami, które krwawią. Rzucone zręcznie światło sprawia wrażenie, że ziemia płacze kroplami krwi. A nad tym wszystkim krótkie napisy, jak okrzyki „Dein Volk ist alles”, „Rasse und Blut”. Sceptycyzm zostaje rozkruszony, wykpiony, starty na pył. Panuje nastrój odświętny, podniosły mistyczny, chciałoby się powiedzieć – histeryczny, gdyby i ciebie nie zagarniał na chwilę ten świetny preparat nastroju.

Takie dwa, trzy, pięć, dziesięć – w zależności od charakteru i wielkości wystawy – przystanki nastroju znajdują się na każdej tego typu imprezie. Przeplatają one sale z preparatami realistycznymi, co tym silniejsze w kontrastach sprawia wrażenie. Przy władzach partii funkcjonują osobni specjaliści od wystaw. Zostali przeszkoleni i działają według pedantycznie ułożonych wskazówek. Istnieje ściśle opracowany plan urządzania wystaw. Co miesiąc musi być w każdej miejscowości wystawa na jeden z tematów, który ma być popularyzowany. Inne wystawy, wymagające wielkich nakładów pieniężnych i rzadkich eksponatów mają wyznaczony system krążenia po większych miastach kraju.

Podczas mego pobytu w Niemczech aktualne były tematy: Żyd, komunizm, czystość rasy, higiena, wynalazki (chemiczne), wojsko i obrona przeciwlotnicza. Ale najpopularniejsze były wystawy rasowe. Przynajmniej w pięciu miastach, przez które przejeżdżaliśmy, odbywały się ściągając tłumy zwiedzających.

Frekwencja na wystawach, jak zresztą na wszystkich imprezach, urządzanych przez władze, olbrzymia. Ludzie przelewają się przez salę; niektórzy zwiedzają eksponaty w wyznaczonym porządku po kilka razy z rzędu. Obserwuje się ścisłe współżycie mas ludzkich z inicjatywą organów sprawujących rządy, wszystkie uroczystości, wszystkie obrony przeciwlotnicze, święta morza i pokazy propagandowe ściągają mieszkańców całego miasta.

Hotelarz miał rację, wyszedłem zdruzgotany. To nic, że przedstawiono tu z przeraźliwą wyrazistością wspaniałość i potęgę rasy germańskiej, to nic, że podniesiono mistykę krwi niemieckiej do rzędu spraw sakralnych. Mnie jako Słowianina, który uczestniczył w tym renesansie germańskiej wspaniałości – przytłoczył dział map i wykresów, których nie braknie na żadnej wystawie, a nie brakło również i przede wszystkim na tej.

Wielka karta Europy. Na niej linia rozsiedlenia ras: rasa germańska, której misterium przeżywaliśmy przed chwilą w „Stimmungsraum”, rozpościera się daleko na wschód od Wisły. My, Słowianie, zaznaczeni zostaliśmy nieśmiałym napisem na wschodzie Europy, za Bugiem.

Już rozumiem, co miał na myśli pan Pritze, gdy mnie wysyłał na wystawę „Blut und Rasse”. Rozmowa trwałaby dalej w ten sposób:

– Więc pan twierdzi, że Fryderyk zrabował w rozbiorach wasze ziemie?

– Tak twierdzę.

– Ależ, człowieku, przypatrz się wykresom. On tylko odebrał ziemie, które kiedyś dawniej do Niemiec należały. W historii czas liczy się nie na dziesiątki lat i nie na setki, znaczą coś dopiero tysiąclecia. Na ziemiach, o które taki wrzask podnosicie, Polacy siedzieli niecałe tysiąclecie. Od wieku X…

– Przepraszam…

– …no więc w najgorszym razie od wieku VIII. Ale aż do tego stulecia siedziały na tych ziemiach plemiona germańskie. Niech pan pomyśli, ile tysiącleci, jaki kawał czasu! Więc kto ma prawo? A jeśli się doda jeszcze, że nawet po zbójeckich najazdach słowiańskich i zdobyciu przez nich naszych ziem zostało na nich rycerstwo germańskie, i ono zorganizowało wszystkie wasze państwa…

Taka byłaby rozmowa dalsza, gdyby pan Pritze, hotelarz z Kassel był nam towarzyszył na wystawę „Blut und Rasse”. Nie ma jednak czego żałować. Zastąpili go później inni. Podobnych rozmów toczyło się później dziesiątki.

Gdym po przyjeździe do kraju opowiadał o śmiesznych uroszczeniach niemieckich, które spór przenosiły w tak odległe czasy dostępne tylko dla prehistoryka – ziomkowie moi wzruszali ramionami. „A niech sobie gadają. Mało gadali przed wojną”.

Otóż teraz jest trochę inaczej. Przeglądałem gazety niemieckie, byłem na niemieckich zebraniach, czytałem niemieckie podręczniki szkolne – wszędzie ta prehistoria. Każdy Niemiec codziennie słyszy o tych sprawach: o odwiecznych, przeddziejowych prawach rasy germańskiej do ziemi polskiej. Utworzono z tej idei potężny motor, którego transmisje wyzwalają i poruszają olbrzymią energię w ludziach. Aluzje prehistoryczne nie są przypadkowe, nie są bajdurzeniem wspomnianym przez niedowarzone głowy, albo przez zwariowanych i fanatycznych uczonych – one zostały ujęte w system polityczny. O tym trzeba pamiętać. Dwie rzeczy, dwie sytuacje podobne do siebie nie muszą być takie same. Nie należy ulegać łatwości analogii: co innego było przed wojną, co innego jest dzisiaj.

Im bliżej morza, tym te sprawy bardziej się zaogniają.

Ta trasa z Kassel nad morze obfitowała w interesujące spotkania. W Hamburgu natknąłem się na jednego z dziennikarzy polskich, który wyjechał z kraju przede mną i siedział już w Niemczech od trzech miesięcy.

– Nie rozumie się zupełnie tego, co się dziś w Niemczech dzieje, o ile nie weźmie się pod uwagę faktu, że narodowy socjalizm chce rozpocząć nową epokę. W sensie jak najbardziej dosłownym. Istnieje zamiar radykalnej reformy świata, która ma się zacząć od Niemiec. Było kilka słupów granicznych w dziejach: dynastie egipskie, Mojżesz, Grecja, Rzym. Narodzenie Chrystusa. Nowym słupem granicznym dziejów ma być Hitler. W takiej skali planują! Jeżeli więc ktoś ocenia zamiary hitleryzmu jako jeszcze jedną próbę zmian w obrębie stulecia – musi popełnić pomyłkę. Zresztą wystarczy się głębiej zastanowić: zwalczają chrześcijaństwo, które trwało dwa tysiące lat, wypowiedzieli ze znacznymi stratami dla siebie walkę Żydom, którzy ciążyli na życiu państw Europy od całych stuleci, nawiązują do mitologii germańskiej. W ogóle w pociągnięciach hitleryzmu chętnie upatrują ludzie wyłącznie taktykę. Ale gorzko się myli ten, kto ma nadzieję na odwrót w walce religijnej. Dopóki utrzyma się dzisiejszy régime, religia, przede wszystkim religia katolicka, będzie zwalczana, krępowana, skazywana na zagładę. Chrystus jest wrogiem początku nowej epoki, ponieważ sam zaczął epokę. Oczywiście, nie należy przypisywać zbyt wielkiej wagi powrotowi do bóstw pogańskich. W to sekciarstwo starogermańskie pakuje się wiele pieniędzy, starań i wysiłku, pan Rosenberg zaczynia je drożdżami swojej mętnej umysłowości, ale nikt przecież w to nie wierzy, żeby Niemiec dwudziestego wieku modlił się do Wotana. Chodzi tylko o nawrócenie do tego punktu, w którym na ziemiach niemieckich nie było ani chrześcijaństwa, ani racjonalizmu, ani cywilizacji, ani Żydów: rozpoczynamy nową epokę, musimy mieć wolne, „niezapaskudzone” obszary!

Z początkiem nowej epoki łączy się również pamięć o ziemi. Zgłasza się do niej bardzo szerokie pretensje. Aby je mocno wkorzenić w umysłowość zbiorową rozwija się specjalną propagandę, a propaganda wydaje różne owoce. Niekiedy radykalne i pokraczne, jak to autentyczne zdarzenie:

Dwóch Niemców z głębi Rzeszy wybrało się na wiosnę zeszłego roku do krewnych w Wielkopolsce. Nie byli tu od lat dwudziestu. Jadą drogą przez Krzyż, przejeżdżają przez Toruń i Bydgoszcz do Poznania.

Gada się o tym i o owym. Porównuje. Z wysokości wysokich ideałów czyni się różne cierpkie uwagi. Ale jest i smętek. Jeden z Niemców, oglądając przez okno wagonu napis stacji „Mogilno”, powiada z melancholią:.

– Aus Thorn haben sie Toruń gemacht, aus Bromberg Bydgoszcz, nur den schönen, urdeutschen Namen Mogilno haben sie gelassen.

Propaganda prehistoryczna w Niemczech może być dumna ze swoich wychowanków.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close