Aleksander Piskor

Zjednoczone Cygara

HALIFAX MAIL

Po kilku dniach solidnego kołysania, na widok lądu każdego chyba ogarnia radość. M.S. „Piłsudski” jest bezsprzecznie jednym z najmilszych okrętów świata, ale zawsze trwały ląd wydaje bardziej od niego uroczy. Kiepska kawa i prymitywnie zrobione ciasto z jabłkami w małej holenderskiej kawiarence w Halifaxie smakują wyśmienicie, gdy tymczasem ogólnie znano ze swej dobroci potrawy z trudem można było przełknąć w kołyszącej się okrętowej jadalni. Ale już pierwszy port amerykański – należy zapomnieć o ciężkich morskich przeprawach – trzeba pamiętać jedynie o przyjemnościach podróży.

Nowy Jork, lata dwudzieste XX wieku - widok na Dolny Manhattan

Nowy Jork, lata dwudzieste XX wieku – widok na Dolny Manhattan

Ostatniego wieczoru przed przybyciem do lądu odbył się pożegnalny obiad kapitański i morze – jakby na rozkaz kapitana – przycichło, uspokoiło się, a właściwie się zaczaiło. Mocno niekompletna klasa turystyczna znalazła się przy stołach niemal w komplecie. Najpoważniejsi ludzie powkładali na głowy różnokolorowe, papierowe kaski i z wielkim namaszczeniem nadmuchiwali baloniki lub dęli w piszczałki i trąbki – bawili się głupio i dlatego rozkosznie. Najciekawsze jednak, że na wszystkich zabawkach widniał znak fabryczny „Made in Japan” – w ten sposób na Atlantyku przypomniał się łaskawej uwadze P. T. Publiczności japoński eksport. Początkowo mnie to dziwiło, dopóki nie dowiedziałem się, że wyroby papierowe, którymi bawią się biali ludzie, stanowią światowy monopol synów Nipponu.

Po obiedzie długo tańczono. Z kabin powychodziły „wampy” w wieczorowych sukniach – zapomniały o morskiej chorobie, piły cocktaile i uwodziły oficerów, należących do załogi. Wysoka blondynka z Filadelfii demonstrowała amerykański styl tańca: przytuliła swój policzek do twarzy partnera i wypinała okrągłości. Z daleka wyglądało to bardzo zabawnie – myślałem, że jest pijana – ale była tylko mocno wstawiona, tańczyła zaś zupełnie poprawnie i przyzwoicie – tak bowiem tańczą panie w jej kraju.

Halifax, port należący do dominium Kanady, jest wcale sporym miastem, po którego ulicach kursują tramwaje, co powinno – według naszych utartych pojęć – świadczyć o jego wielkomiejskim charakterze. Halifax jednak jest prowincjonalny – i nie ma w nim nic specjalnie ciekawego do oglądania: zwyczajne domy i zwyczajni ludzie. Byłem spragniony wieści ze świata, dlatego przede wszystkim zainteresowałem się miejscowy prasą – gdy okręt odbijał od brzegu zacząłem w mojej kabinie wertować duże arkusze „Halifax Mail’u”.

Niestety świat znikł i jego sprawy nie interesują ludzi, którzy mieszkają w kanadyjskim porcie. Interesują ich głównie miejscowe plotki, a zwłaszcza to, że p. Smith już rozwiódł się ze swoją małżonką. Poza tym umarł miejscowy wybitny listonosz, panna Mary Page przyjechała z Toronto i bezrobotni uchwalili nową rezolucję. W rezolucji zresztą nie prosili o pracę, tylko żądali zamknięcia wszystkich sklepów z wódkami w mieście, gdyż skąpe zasiłki rządowe nie pozwalają im na dostateczną konsumcję alkoholu, a oglądanie ponętnych wystaw stwarza niepotrzebny i niezaspokojony apetyt. Wreszcie ostatnia ważna wiadomość w wielkim dzienniku: przewidzane są większe kary za prowadzenie samochodu po pijanemu.

Gdy gazeta spoczęła w koszu, poszedłem na pokład, aby obejrzeć zatokę, z której wypływał okręt. Wzgórza, pokryte iglastym lasem – właściwie nic nadzwyczajnego, ale nastrój widoku, pewna surowość i obcość przyrody działały już pobudzająco na wyobraźnię. Zasadniczo każdy z nas ma pewien sentyment do Ameryki – echo lektury lat dziedzinnych o zachwycających przygodach w puszczach Nowego Świata i walkach z Indianami. Po środku zatoki jakby pomnik z dawnych, bohaterskich czasów: fort na małej wysepce, oględnie zmodernizowany za pomocą ogrodzenia z drutu kolczastego. Anglia nie spodziewa się tutaj żadnego ataku – do obrony tego dominium wystarczą symboliczne umocnienia.

W trakcie oglądania i kontemplowania krajobrazu zapadła noc – M. S. „Piłsudski” wypłynął na otwarte morze i znów zaczęło kołysać. Kołysało bez przerwy – całą dobę – czyli do chwili przyjazdu do New Yorku.

PIERWSZE ROZCZAROWANIE

Po kilku większych podróżach łatwo się przekonać jak straszną i potworną rzeczą jest kino. Są tacy, którzy się nie gorszą scenami, jaskrawo kolidującymi z ogólnym poczuciem moralnym, ale wszyscy powinni zamykać oczy, gdy na ekranie ukazują się widoki nieznanych miast i krajów. Ogląda się je zresztą zawsze z przyjemnością – zrozumiały urok nowości -ale jakże ciężka następuje z czasem pokuta!

Przed wjazdem do portu w New Yorku podróżnych ogarnęło małe szaleństwo. Podchodzili do siebie, szeptali, mówili, niemal krzyczeli – powtarzali bez przerwy:

– To cudo! Niezapomniane wrażenie: wjazd do newyorskiego portu. Coś kapitalnego – zachęcali się wzajemnie do oglądania.

Nikt się nie oprze dobrze przeprowadzonej reklamie. Rano już tkwiłem na pokładzie, wypatrywałem, oczekiwałem na jakieś niezwykłe estetyczne i emocjonalne przeżycia. Jakie rozczarowanie! Oto widać nieco zamglony brzeg, najeżony bardzo wysokimi domami – wszystko dobrze znane i wielokrotnie widziane – niestety – w daleko lepszym ujęciu. Np. w obrazie „Flirt o świcie” brzeg był zalany światłem słonecznym i operator efektownie przedstawił pozorne zbliżanie się drapaczy chmur, obserwowane ze statku. Podobnie w „Niebezpiecznym flircie” pokazano najpierw most nad Hudsonem, potem bloki ogromnych budynków, a wreszcie okręt – parokrotnie i bardzo artystycznie. A „Jej jedyny flirt”, „Ostatni flirt” i tysiące innych obrazów, których bohaterowie odpływali z New Yorku lub przypływali do New Yorku?…

Te same uczucia i spostrzeżenia później powtarzały się jeszcze nieraz. W New Yorku, Chicago, San Francisco – nawet na wyspach Oceanu Wielkiego -i oczywiście na Dalekim Wschodzie. I gdyby nie dziwny fakt, że nadal lubię oglądać na ekranie dobrze sfotografowane krajobrazy, stałbym się zapewne nieprzejednanym wrogiem kina.

WSTĘP DO NEW YORKU

Polska linia „Gdynia – Ameryka” bezsprzecznie prowadzona jest po mistrzowsku. Na nowych, komfortowych okrętach pasażer otrzymuje coś więcej niż zwykłe, a nawet niezwykłe wygody – otrzymuje prawdziwie serdeczny nastrój. Pożegnanie z okrętem jest przeto nieco melacholijne – zwłaszcza „wampy” okazują się sentymentalnymi gąskami i jeszcze w ostatniej chwili miłośnie oglądają sale i kabiny, w których święciły swoje – często pyrrusowe – zwycięstwa. Następnie ich tęsknota przemienia się w wściekłość, gdy podejrzliwi celnicy amerykańscy zaczynają im robić szykany i każą płacić cło (oczywiście niesłusznie) za przewożone w nadmiernej ilości futra lub biżuterię. Celnicy mają dobre oczy – moje rzeczy otrzymują stempelek bez żadnej rewizji -i zamiast się cieszyć, jestem nieco zmartwiony. Zawsze przyjemnie wyglądać na człowieka, który może coś przemycać.

Niespodziewanie wyłania się poważny problem komunikacyjny. Na przystani w Hoboken istnieje trust taksówkowy, dlatego przejazd do miasta kosztuje 25 złotych. Natomiast w mieście jest wiele taksówek, które posiadają liczniki, wybijające za tę samą drogę w odwrotnym kierunku tylko złotych dziesięć. „Żółtodzioby” naturalnie o tym nie wiedzą – ale być żółtodziobem jest nieraz przyjemnie -a ponieważ przybywam pierwszy raz do New Yorku i nie znam innego sposobu przetransportowania moich waliz do hotelu z najbardziej obłudnym uśmiechem płacę haracz trustowi.

Przyjaciele w Warszawie polecili mi mnóstwo różnych hoteli – dołączyli się również z poleceniami znajomi ze statku. Wszystkie rady potraktowałem jako ankietę, w której wyniku uznałem pewien lokal niedaleko Centralnego Parku za najodpowiedniejszy do zamieszkania. Nie był to przyjazd klasyczny -nie tyle bowiem ludzie wybitni, ile udający wybitnych zatrzymują się w snobistycznym, zaszczyconym ongiś przez samego brata cesarza Japonii hotelu „Piere” albo luksusowej „Waldorf Astorii”, ewentualnie w „Ritz-Carltonie”, który ostatnio przestaje być modny. Nazwiska ich wtedy wymieniane są w gazetach – i po paru dniach, i po paru prasowych wywiadach, wybitni ludzie, jeśli nie mają pod dostatkiem pieniędzy przenoszą się do tańszych mieszkań realizując, a zwykle próbując realizować zyski dobrze wyreżyserowanego przyjazdu. Możliwe, że postąpiłem nieopatrznie – pojechałem od razu do upatrzonego hotelu.

Cóż jednak robią ci dżentelmeni? Spacerują miarowym krokiem przed wejściem do hotelu, obwieszeni od przodu i tyłu ogromnymi plakatami. Moje walizy już pochwycił szwajcar, a ja jeszcze stoję i przyglądam się napisom.

„Nie mieszkajcie w tym hotelu. Ten hotel krzywdzi pracowników. Dziękujemy za pomoc. Unia Pracowników Hotelowych, oddział nr. 137”.

Rzeczywiście – wybrałem piękny hotel. Jestem skłonny solidaryzować się z akcją pikieciarzy, gdy nagle oni spoglądają na uliczny zegar i zdejmują z siebie plakaty. We drzwiach zjawia się jakiś urzędnik hotelowy i przyjaźnie ich się pyta:

– Okej?

– Okej – odpowiadają i odchodzą.

Co się stało? Okazuje się, że przyjechałem w historycznej chwili – trzytygodniowe pikietowanie o godzinie dziewiątej rano zostało przerwane, ponieważ zarząd hotelu skapitulował i przyjął do pracy dodatkowo trzech nowych boy’ów.

MANHATTAN

New York można oglądać z zachwytem lub bez zachwytu. Zasadniczo zaleca się oglądać z wyraźnymi objawami entuzjazmu – inaczej przybysz będzie posądzony przez tubylców o lokalny patriotyzm, jeśli nie wymyśli jakiejś okoliczności łagodzącej. Dla mnie to miasto było ogromną niespodzianką – okazało się, że znałem tylko jego kinematograficzne i literackie ujęcia, natomiast prawie nic nie wiedziałem o jego t. zw. prawdziwym obliczu.

Z hotelowego pokoju na trzydziestym drugim piętrze codziennie oglądam Centralny Park, na którego północnym krańcu zaczyna się murzyńska dzielnica Harlem. Gdy wychodzę na taras widzę również południową cześć miasta, nieco przesłoniętą przez kompleks olbrzymich zabudowań Radio City. Wyspę Manhattan, serce New Yorku, przed laty kupiono od Indian za towary wartości 24 dolarów – obecnie centymetr kwadratowy w jej centrum jest niewiele tańszy. Ulice pocięły ją na niemal idealne kwadraty -wśród tylu wielkich domów trudno zabłądzić, chyba że się wkroczy na stare, nienumerowane ulice Dolnego Miasta.

Na wstępie małe sprostowanie. Nieprawdą jest, że Broadway należy uważać za najwspanialszą ulicę New Yorku, natomiast prawdą jest, że ta arteria przedstawia się zupełnie niereprezentacyjnie. Co prawda zaczyna się wspaniale wśród drapaczy chmur Dolnego Miasta, ale już po kilometrze marnieje, jeszcze fascynuje nocnym blaskiem w okolicy Times Square’u, następnie zaś tylko ciągnie się bardzo długo, i pod krzywym kątem przecina inne, idealnie proste ulice. Gdzie indziej już uprzątnięto tramwaje – na Broadway’u ich pełno – a w samym śródmieściu śródmieścia tkwią jeszcze obok wielopiętrowych gmachów jedno i dwupiętrowe domy. Natomiast o Piątej Avenue opowiada się zwykle bez żadnej przesady, z tym zastrzeżeniem, że tradycyjne określenie „ulica milionerów” trafne może było w przeszłości – obecnie wygląda na sporą przesadę.

Na statku wśród wielu miłych ludzi poznałem Henryka Czernego, znakomitego architekta, który jechał urządzać wnętrze polskiego pawilonu restauracyjnego na światowej wystawie w New Yorku. Był świetnym kompanem w wędrówkach po mieście – i pierwsze dni chodziliśmy rzeczywiście zaciekawieni i zemocjonowani. Imponująca prostota konstrukcji drapaczy chmur istotnie jest zdumiewająca, a ulice, które stały się ogromnymi korytarzami, przytłaczają swoim przeładowaniem. Ale reakcja nastąpiła bardzo prędko. Bodaj po trzech dniach Henryk Czerny, entuzjasta stylu amerykańskiego, wyraźnie posmutniał.

– Trochę tego za dużo – wreszcie powiedział. – Już nie tylko jako widz, ale również jako malarz i architekt zaczynam się nudzić. Gdy mieszkałem w Paryżu, w ciągu paru miesięcy codziennie zwiedzałem jakąś część tego miasta – i zawsze coś ciekawego mogłem zobaczyć: pałace, kościoły, domy w różnych dawnych i współczesnych stylach. Tu wszystko jednakowe – na wszystkich ulicach widzi się to samo.

Musiałem się z tym zgodzić – New Yorku nie należy zwiedzać, wystarczy obejść kilka reprezentacyjnych i najwyższych gmachów, inne będą tylko skromniejsze i mniejsze, a poza tym zupełnie podobne. New York jest nowoczesny i dlatego standartowy – jest imponujący, ale nie atrakcyjny. Widoki budynków i ulic są monotonne – i to co początkowo zdumiewało, niebawem zaczyna przeszkadzać i irytować. Trzeba w tym mieście długo mieszkać, aby go polubić – z czasem bowiem do wszystkiego można się przyzwyczaić.

APTEKI I ZJEDNOCZONE CYGARA

Inne dzielnice: Bronx, Brooklyn, Queens i Richmond są wielkie, niektóre o wiele większe pod względem obszaru i ludności od Manhattanu, ale schodzą do roli przedmieść w porównaniu z centralną wyspą. Ogromne odległości wytworzyły specjalne zagadnienia komunikacyjne, które zostały na ogół pomyślnie rozwiązane za pomocą kolejek podziemnych. Miejski ruch samochodowy bowiem – z powodu olbrzymiej ilości wozów – stał się właściwie przeżytkiem i często graniczy z nonsensem. Pewnego wieczoru pojechałem ze znajomymi na obiad do restauracji w śródmieściu – niestety, nie było tam miejsca do pozostawienia samochodu. Przeszło pół godziny krążyliśmy po sąsiednich ulicach – daremny trud – wszędzie stały szeregi aut wzdłuż chodników. Dopiero w odległości dobrego kilometra przypadkowo znaleźliśmy wolne miejsce – ostatecznie na obiad i z powrotem do naszego „Buicka” musieliśmy jechać taksówką.

Te wielkie odległości powodują również, że życie rodzinne w New Yorku – według twierdzeń amerykańskich socjologów – jest zupełnie inne niż gdzie indziej na świecie. Członkowie rodziny spotykają się w domu tylko wieczorem – stąd też pochodzi rozluźnienie kontaktów między osobami sobie najbliższymi. Południowy posiłek, t. zw. lunch wszyscy – nie wyłączając dzieci w wieku szkolnym – spożywają w rozmaitych barach i restauracjach. Rzeczywiście – większą ilością lokali gastronomicznych od New Yorku może poszczycić się tylko Tokio. Zwłaszcza na ulicach Manhattanu w żaden sposób nie można umrzeć z głodu jeśli się posiada choć trochę pieniędzy.

Większość lekarstw spożywa się tak jak jedzenie – a jedzenie zasadniczo jest również pewnego rodzaju lekarstwem. Niemal na każdym rogu ulicy widnieją napisy „Drugs” – „zioła” – które wskazują na jeszcze jedno miejsce zaspokajania apetytu. Amerykańska apteka, dragstore, czyli sklep z ziołami, o której tak wiele wszyscy piszą, z nieznanych bliżej powodów stała się przedmiotem licznych drwin w całej Europie. Tymczasem jest to bardzo przyjemny zakład gastronomiczny, połączony z uniwersalnym magazynem. Trudno nawet wszystko wyliczyć, co tam można dostać – łatwiej wymienić, czego tam nie sprzedają. I tak np. gotowych ubrań i samochodów jeszcze nie widziałem w żadnej aptece, natomiast w większych urzęduje notariusz, który za skromną opłatą chętnie poświadczy każdą transakcję.

Pewnego dnia w towarzystwie Henryka Czernego wstąpiłem do wielkiej apteki na rogu 51 ulicy i 7 Avenue, aby zjeść drugie śniadanie. Befsztyk smakował nam doskonale, następnie zaś mieliśmy do wyboru różne desery i „witaminowe napoje”: kawę, herbatę lub kakao. Jedząc, kazałem zapakować kilka książek, które poprzednio wybrałem z półek obok bufetu -znalazłem tam doskonałe angielskie wydanie dzieł Platona, pomieszane z kryminalnymi powieściami. Następnie kupiłem parasol, budzik i wieczne pióro – nadaremnie namawiał mnie mój towarzysz do kupna nowoczesnego młynka do kawy, o pięknych liniach aerodynamicznych, i roweru. Natomiast sam wybrał dla siebie kilka walizek, podróżny kufer, nocne pantofle, a tylko dlatego nie kupił maszyny do pisania, ponieważ nie miała polskich znaków. Nie mogliśmy jednak w newyorskiej aptece ogolić się – to jest możliwe dopiero w San Francisco.

Jeśli do tego dodać, że wydział ściśle lekarski zwykle jest schowany tak doskonale, że nikomu nie psuje apetytu – należy uznać aptekę amerykańską za jeden z najwspanialszych wynalazków. Już jej nazwa niejako gwarantuje pożyteczność i wartość leczniczą towaru, który się w niej sprzedaje. Poza tym w aptece można nienajgorzej się ubawić oglądając nonsensowy dobór różnych przedmiotów – i to właśnie jest jedną z głównych zalet tej instytucji.

Niektóre apteki weszły w kontakt z „Zjednoczonymi Cygarami” – w rezultacie ten napis opanował dosłownie wszystkie rogi ulic w New Yorku. Nie palę -nie mogę więc wydać opinii o wyrobach tytoniowych trustu o tak zachęcającej i frapującej nazwie. W tym nie ma żadnej przesady, ale gdy chodzę po mieście – chcę czy nie chcę – muszę co chwila oglądać neony i szyldy trustu, który wyprzedził i zaćmił inne konkurencyjne firmy. I oto „United Cigars” stało się niemal symbolem największego amerykańskiego miasta.

OCHI CHERNYA COCKTAIL

3 parts French and Italian Vermouth, 3 parts Vodka, Twist of Lemon, 2 Black Olives.

Kto pije ten cocktail? Młodzieńcy w marynarkach i dziewczyny w skromnych sukienkach, mężczyźni w smokingach i kobiety w wieczorowych tupetach, panowie we frakach i panie w pelerynach ze srebrnych lisów, gronostajów i innych zwierząt. To nie jest lokal milionerów – zwyczajna, a raczej pretensjonalna, pseudoegzotyczna rosyjska restauracja na 57 ulicy obok koncertowej sali Carnegiego. Godzina jedenasta w nocy – koncert przed chwilą się skończył. Słuchacze opuścili salę – jedni pojechali do domu, drudzy do restauracyj lub nocnych klubów, część – dla wygody, wrażeń i prorosyjskich sympatyj – zaszła do „Russian Restaurant”.

Wreszcie karta cocktail’ów leży przed nami na stole. Przejrzyjmy ją dobrze: jakże znajome w Polsce, a egzotyczne i tajemnicze dla Amerykanów nazwy! Główna atrakcja oczywiście „Vodka” – potem może cocktail „Boyar” może ,,Volga”, a może „Katinka”? Okazuje się że nic nie chcemy co by przypominało carską Rosję – wobec tego z pewnością zgodzimy się na napój „Moscow” lub „Towarishch”? Też nie? Zgoda – przecież w spisie jest jeszcze jeden cocktail o nazwie, którą zna każdy – coś dobrego, a zarazem apolitycznego. Czyżby? Naturalnie: „Ochi Chernya Cocktail”!

Gdy kieliszek już stoi na stole, powoli i ostrożnie próbuję smak tajemniczego napoju. Coś znajomego: nie ulega żadnej wątpliwości, że to zwykły cocktail „Dry Martini”, który podają w każdej knajpie. Tylko zamiast jednej czarnej oliwki – dwie – jako symbol czarnych oczu. Wszyscy jednak piją i są zadowoleni. Obywatele Stanów Zjednoczonych wychowali się na prohibicji, toteż na ogół lubią pić i przyzwyczaili się do solidnego pijaństwa.

Któż jednak są ci wszyscy wytworni i niewytworni panowie, piękne i brzydkie dziewczyny, dystyngowane i proste starsze panie, którzy w tej, w innej, w setnej i dwóchsetnej restauracji siedzą, coś piją i coś jedzą? Należy przysłuchać się ich rozmowie – i oto rewelacja: jak specyficznie wymawiają angielskie wyrazy! Czyżby to był język Szekspira? Zapewne: bardzo podobny, a zarazem inny. Nie ulega więc wątpliwości -to są mieszańcy New Yorku.

Zbieranina narodów i ras, przekonań i wyznań – najdziwaczniejszy konglomerat ludzki, jeszcze jeden rodzaj cocktailu „Ochi Chernya”. Kto jest Amerykaninem? Na to pytanie trudno odpowiedzieć – wiadomo zresztą, że prawdziwi Amerykanie mieszkają w rezerwatach i są na wymarciu. W ciągu paruset lat znaczna większość emigrantów zatrzymywała się po przybyciu do Ameryki Północnej najpierw w New Yorku – i przez to, i przez obroty handlowe miasto ustawicznie rosło, a dzięki temu w coraz większej ilości osiedlali się w jego granicach przybysze z Europy. Później pokrył ich wszystkich specyficzny pokost „amerykański”, lecz wielu z nich zachowało swoje narodowe poczucie. Wprawdzie słabsi ulegli, ale mocniejsi i mieszkający w getcie swojej narodowości nie zasymilowali się – i jeszcze obecnie podkreślają swoje europejskie pochodzenie.

Nie jest to zresztą zjawisko wyłącznie newyorskie, lecz ogólno-amerykańskie. Jeśli jednak w głębi Stanów na mieszaninę narodowości przemożny wpływ wywarła ludność pochodzenia anglo-saskiego, która wytworzyła z czasem ów słynny typ „yankesa” – to w New Yorku na pierwotnych mieszkańców oddziałali emigranci, przybywający w drugiej połowie XIX i XX wieku. Ameryka w ogóle nie jest amerykańska tak, jak o niej myśli na podstawie lektury i kina wielu europejczyków – New York zaś nie jest amerykański we wszelkich znaczeniach tego określenia. To wielkie miasto stanowi osobne państwo, posiada odrębne cechy od miast i miasteczek w głębi kraju. Już język jego mieszkańców, specyficzny „slang” różni się od poprawnej angielskiej wymowy – np. słowo „yes” zostało niemal całkowicie zastąpione przez niemieckie „ja”, a wiele innych wyrazów uległo również zupełnej modyfikacji. Obywatele zaś przeważnie bardziej interesują się sprawami starego niż nowego kontynentu. Poza tym na wybitnie kosmopolityczne oblicze metropolii wpłynęli głównie Żydzi.

DZIEJE TUWII SOSZNIKA

Pismami brukowymi można pogardzać, ale nie można zaprzeczyć, że na t. zw. szerokie rzesze posiadają większy wpływ niż najpoważniejsze wydawnictwa. „Daily News” – to nieprawdopodobne wiadomości, sensacje i plotki, a zarazem dwa miliony nakładu dziennie. Pismo wychodzi późnym wieczorem, nie uznaje zastoju, samo fabrykuje ciekawe wypadki, jeśli w mieście i na świecie nie dzieje się nic interesującego. Co działo się interesującego w listopadzie 1938 roku? Niestety: nic. Sprawa sudecka już przebrzmiała, w New Yorku nikt się ostatnio nie rozwodził, gangsterów dawno nieopatrznie wytępiła policja – wobec tego na łamach „Daily News’u” zjawiła sie sensacja innego rodzaju: dzieje Tuwii Sosznika.

W parę miesięcy później, gdy przyjechałem do Stanów, przyjaciele ofiarowali mi kilka numerów „Daily News’u”, zawierających dzieje słynnego męża, o którym – przyznaję się ze wstydem – przed tym nigdy nic nie słyszałem. Tuwia Sosznik posiadał fabryczkę w Białymstoku – w mieście, leżącym w Polsce, która słynie – jak twierdzi anonimowy reporter -z pogromów, ucisku i prześladowań mniejszości żydowskiej. Zły los zaliczył tego fabrykanta do tej mniejszości – paradował przeto zawsze w długim chałacie i szczycił się swoją majestatyczną brodą. Wreszcie z powodu ponurych stosunków politycznych, panujących w Białymstoku, zbankrutował – i prawdopodobnie zginąłby marnie, gdyby nie pomoc brata, mieszkającego od lat w New Yorku.

Mr. Soshnik oczywiście nie nosi chałata i codziennie starannie się goli. Córki jego są „american girls”, synowie – „american boys”, jeśli rozmawiają żargonem, to tylko w ścisłym domowym gronie. Natomiast kłopot całej rodzinie sprawia Mrs. Soshnik – wciąż kiepsko wymawia angielskie wyrazy i nie umie odpowiednio się zachować w porządnym towarzystwie. Mr. Soshnik po obiedzie lubi wypalić cygaro, wyrazić współczucie niemieckim Żydom i nieco pomartwić się złą koniunkturą gospodarczą. Nie należy jednak mu wierzyć: ogromna, luksusowa restauracja w śródmieściu, która należy do niego, przynosi pokaźne dochody.

Bratu wypada pomóc – amerykański Sosznik działa – i oto polski przedstawiciel rodziny przyjeżdża do New Yorku. Dobry brat zna paru dziennikarzy – i z zwykłego przyjazdu robi się niezwykła sensacja. Reporterzy na przystani fotografują Tuwię w otoczeniu krewnych z New Yorku. Szczupły, mizerny Żyd, przestraszony dziwnym przyjęciem, w pewnej chwili odruchowo złapał się za brodę -natychmiast błysnęły lampy aparatów fotograficznych – w tej pozycji znalazł się na kliszy obok eleganckich, amerykańskich Soszników.

Nazajutrz w piśmie nowe zdjęcie: „Tuwia goli brodę”. Wymowna scena w zakładzie fryzjerskim: szacowne włosy, przed chwilą ścięte, leżą na podłodze – i nikt nie rozpacza z tego powodu. W następnych dniach dalsze fotograficzne sensacje, m. in. reportaż z pracowni krawieckiej p. t. „Sosznika ubierają w ubranie kulturalnych ludzi”. Po tygodniu zaś wprost rewelacja. Dobry brat otworzył filię swojej restauracji, nad którą zarząd powierzył bratu, przybyłemu z Polski. A oto najnowsza podobizna przybysza: szczupły dżentelmen w doskonale dopasowanej (na zdjęciu) marynarce pali cygaro z taką miną, jak gdyby ono mu naprawdę smakowało. Na ten widok ogarnęła mnie prawdziwa zgroza. Coście z białostockiego Tuwii Sosznika zrobili?!

W podobny lub inny sposób – z różnych miast i krajów -przybywały w ciągu wielu lat do New Yorku liczne rzesze Żydów. Część ich osiadła w getcie, stworzyła t. zw. newyorską „Palestynę”, reszta podążyła do lepszych dzielnic. Polscy Żydzi starali się mieszkać wśród Polaków, niemieccy – wśród Niemców, a nawet tureccy szukali Turków. Większość, która jeszcze w Europie przestrzegała wszelkich rytualnych nakazów, bardzo prędko – przynajmniej pozornie i zewnętrznie – zamerykanizowała się i zaczęła się starać o jak najbliższy kontakt ze społeczeństwem anglo-saskim.

Podczas pobytu w New Yorku często spotykałem „rodaków”. Skąd rodak? Rodak z Piaseczna, handlował tam towarami łokciowymi, obecnie pracuje „w bawełnie”. Rozmawiałem z wieloma polskimi Żydami – często narzekali i wygadywali na kraj, z którego przybyli. Trudno zresztą po nich spodziewać się czego innego – zachowali jednak oryginalne poczucie lokalnego patriotyzmu. Co tam Polska, kogo ona obchodzi, ale wie pan: Jasło – to piękne i wspaniałe miasto – prawda? Kiedy indziej: Kołomyja, Łódź lub Baranowicze. A Równe? Nie -chyba nie ma na świecie takiego drugiego miasta. To ciekawe pomieszanie uczuć: urojonej krzywdy, nieraz nienawiści i osobliwego sentymentu wpłynęło na ukształtowanie się ogólnej postawy polskich Żydów wobec Polski. A trzeba dodać, że wraz z swoimi prawdziwymi rodakami z różnych krajów dotarli, weszli i przeniknęli tu wszędzie: do handlu, przemysłu, sztuki i dziennikarstwa. Na osiem milionów mieszkańców New Yorku – prawie trzy miliony Żydów! Miasto nie zmienia swego wyglądu podczas największych chrześcijańskich i narodowo – amerykańskich świąt: stale tętni ruchem i gwarem, natomiast pustoszeje i milknie raz do roku, gdy nadchodzi święto Sądnego Dnia. I nie należy uważać za wyłączny sukces partii demokratycznej, że stanowisko gubernatora stanu New York zajmuje Lehman, a burmistrza miasta – La Guardia. Pierwszy bowiem jest bogatym i religijnym Żydem amerykańskim, drugi – sprytnym i ruchliwym Żydem włoskim.

ZEMSTA MURZYNÓW

Ktoś słusznie zauważył, że jeśli do liczby Żydów dodać ogólną liczbę wszystkich emigrantów z europejskiego kontynentu, to anglo-sasi będą się w New Yorku przedstawiali jako wybitna mniejszość narodowa. Język angielski odgrywa rolę esperanta – aby móc się wzajemnie zrozumieć wszyscy muszą się nim posługiwać. Trudno ustalić dokładną liczbę Polaków – według różnych obliczeń jest ich od dwustu do trzystu tysięcy. Rozproszyli się po całym mieście, gdzieniegdzie stworzyli większe skupiska, zorganizowali własne parafie – najwięcej osiadło w Brooklinie. Inne narodowości również mają swoje dzielnice, ale na ogół wszyscy nikną w tłumie, różnice coraz bardziej zacierają się – można powiedzieć, że ludzie standaryzują się.

Wygląd „Palestyny” jest specyficzny – przypomina warszawskie Nalewki, w niektórych miejscach przytłacza brudem, zaniedbaniem i nędzą. Chińskie miasto, małe i nieoryginalne, oczywiście nie może rywalizować z podobną dzielnicą w San Francisco. Getta Włochów, których podobno więcej mieszka w New Yorku niż w Rzymie, nie odznaczają się również specjalnymi nadzwyczajnościami. Nieco egzotyczny – i to nie z powodu zwykłych, standartowych domów – jest jedynie Harlem.

W południowych stanach – jak wiadomo – nienawidzą Murzynów, w północnych tylko nimi pogardzają. Demokratyczne poglądy Amerykanów, to jest białych obywateli U. S. A., kończą się, gdy zaczyna się omawianie sprawy obywateli czarnych. To było dla mnie zawsze zagadkowe i intrygujące. Jacyż wreszcie są ci Murzyni? I wszyscy nowi amerykańscy znajomi w całych Stanach z najszczerszym przekonaniem tłumaczyli mi stale jedno – to są właściwie dzieci: lekkomyślne, nieobliczalne, niesforne, tępe, niezaradne i brudne. Akcentowano wyraz „brudne” – w nim tkwił cały wstręt i pogarda ludzi kąpiących się trzy razy dziennie. Naprędce nie można oczywiście zbadać jak jest naprawdę, ale wydaje mi się, że opinia o Murzynach ma wszelkie cechy słuszności. Jeśli bowiem w ciągu wielu lat ustawicznie i systematycznie wmawiano w czarnych wszelkie ujemne cechy – to byliby oni nadludźmi, gdyby zdolni byli oprzeć się podobnej propagandzie.

Czarnym obywatelom Stanów Zjednoczonych nikt nie wynajmie mieszkania w porządnej dzielnicy – czarni obywatele muszą mieszkać w Harlemie.

Harlem – to ogromna kolorowa wyspa wśród miejskiego białego morza – zaczyna się u północnego krańca Centralnego Parku i w pewnym miejscu dosięga brzegu Manhattanu. Błądziłem kiedyś po 124 ulicy szukając znajomego, który mieszkał gdzie indziej. Przez cały czas ani jednej białej twarzy.

Przed dwustu laty Francuzi dziwili się jak można być Persem, pod wpływem białych czarni się dziwią, że są Murzynami. Zapewne – jest to największa tragedia należeć do kasty pogardzanej i ciągle się męczyć z powodu kompleksu niższości. W murzyńskim społeczeństwie powstały już specjalne klasy, grupujące ludzi o jednakowej jasności skóry. Mulat pogardza ciemniejszym od siebie Mulatem, a ten z kolei czuje wstręt do osobnika o hebanowej twarzy. Młode mężatki – Murzynki często starają się zaraz po ślubie zdradzić męża z białym człowiekiem – co zresztą nie każdej się udaje. Bardzo poważni lekarze, którzy opowiadali mi o tym, słyszeli wyjaśnienia z ust niewiernych małżonek. One nawet kochały swoich mężów, ale również myślały o szczęściu swego przyszłego dziecka – pragnęły biologicznie rozjaśnić jego skórę.

Ludzie sprytni przy tej okazji porobili majątki. Kapitalne ogłoszenia ukazują się w murzyńskich dziennikach, które są wydawane w języku angielskim i niewiele się różnią od innej prasy amerykańskiej. Czy wiecie że krem X w ciągu tygodnia zupełnie wybieli waszą twarz? Że dr Y wynalazł promienie, które rozjaśniają skórę? To piękna rzecz mieć czarne kędzierzawe włosy, ale spróbujcie mydła Z. Wasze włosy bardzo prędko staną się cudownie proste, a z czasem nabiorą jasno-złocistego połysku. I niejedna czarna dziewczyna odmawia sobie wszystkiego, lecz stale kupuje drogie, niezbędne, specjalne kosmetyki.

Nie wiem jednak, którzy są okrutniejsi: biali czy czarni. Wprawdzie Amerykanie odnoszą się do Murzynów z pogardą, lecz Murzyni podbili całe Stany Zjednoczone swą muzyką – co jest gorsze od wszelkiej pogardy. W wytwornych nocnych klubach i na balach wytworni biali panowie i wytworne białe damy podskakują, zwijają się i przysiadają w rytm najdzikszych melodii. Ale prawdziwe szaleństwo panuje w dancingach Harlemu – czarni tancerze niemal biją i kopią swoje partnerki, przerzucają je przez siebie lub ciskają na posadzkę. To wszystko wygląda jak scena ze szpitala wariatów – i niebywale zachwyca Amerykanów, którzy starają się naśladować czarnych mistrzów. Nie można długo wytrzymać w najlepszych lokalach Manhattanu – przeraźliwy ryk jazz-bandów wypłoszy każdego nieprzyzwyczajonego europejczyka. Nie ulega już żadnej wątpliwości: zemsta Murzynów jest straszna.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close