Aleksander Piskor

Życie w Perepence

SIELANKA W WIĘZIENIU

Przy głównej rówieńskiej ulicy 3-go Maja, w parku Lubomirskich, mieszczą się pawilony Targów Wołyńskich i siedziba sprawiedliwości – Sąd Okręgowy. Po drugiej stronie, na rogu ul. Więziennej, w ogródku, przedzielonym od chodnika tylko niskiemi, drewnianemi sztachetami, zostały wybudowanej mały parterowy domek i duża, dwupiętrowa – jedna z większych w mieście – kamienica, z okratowanemi oknami. Jest to miejscowe więzienie, będące zarazem wstępem do Północnego Wołynia, inaczej zwanego Wołyńskiem Polesiem.

Na przedmieściu znajduje się filja więzienia, zakład karny bowiem prosperuje znakomicie i od szeregu lat jego kierownicy skarżą się na stałe przepełnienie. Znaczna część więźniów składa się z niezamożnej ludności miasta i okolicy, odbywającej najprzeróżniejsze kary od kilku tygodni aresztu do paru lat paki. To przymusowe zamknięcie nie jest dla nich bynajmniej groźne. Traktują je raczej jako miły wypoczynek i pozbycie się, na pewien czas, trosk i walk w przepychaniu się przez życie.

Więzienie dla wołyńskiego chłopa jest często tem samem, czem było dla Indjanina z noweli Jacka Londona, za zabójstwo białego, wywiezionego na Południe, gdzie mieszkał „w pałacu”, nic nie robił i „stał się tłustym”. Dlatego w rówieńskiem więzieniu nie trzeba zbytnio pilnować więźniów. Pracują sami w ogródku, chociaż od wolności odgradza ich zupełnie niegroźny płotek. Załatwiają sprawunki lub wykonywują jakoweś prace w mieście. Można usłyszeć jak dozorca wymyśla aresztantowi:

– Iwan, ty leniu, znów świnie nie mają zielska?

Skazany na zamknięcie przestępca bierze wtedy worek, wędruje daleko za Równe, w przydrożnych rowach rwie trawę, poczem prędko wraca na ul. Więzienną, aby – broń Boże – nie spóźnić się na obiad lub kolację.

Gdy tłumaczyłem pewnemu dozorcy, że jednakowoż któryś z więźniów może wreszcie kiedyś uciec, w odpowiedzi ironicznie uśmiechał się z powodu mojej nieznajomości miejscowych stosunków. Owszem, mogliby próbować ucieczki polityczni lub zawodowi bandyci, lecz z nich nie spuszcza się oka. Reszta zbyt ceni państwowe utrzymanie, aby z niego dobrowolnie rezygnować. Na wsi bieda i ciężka praca. W więzieniu jedzenie i mieszkanie lepsze niż w domu,
pracuje tylko ten, kto chce i to za forsę. Mimo to, potrzebni są dozorcy, masywne drzwi, zamki i okienne kraty. Więzienie musi być pilnowane i zamykane, inaczej – zwłaszcza w zimie -przyszłyby tłumy z okolicznych wiosek i cele zapełniłyby się niepowołanymi, którzy, bez popełnienia przestępstwa, chcieliby otrzymać państwowe „mieszkanie, wikt i opierunek”.

Przekonałem się później, że podobne zobrazowanie sytuacji jest w wielu momentach słuszne. Szedłem obok więzienia, gdy nędznie ubrana, pięćdziesięcioletnia kobiecina targowała się z odźwiernym o wpuszczenie jej do więziennej kancelarji po pieniądze. Zapytałem:

– Jakie pieniądze chcecie tu otrzymać?

Nie wpuszczono jej narazie, dlatego chętnie – z ukraińska po polsku – zaczęła opowiadać o swoich zmartwieniach i kłopotach.

– Mąż mój panoczku już ósmy miesiąc siedzi. Zarabia w więzieniu, a zarobki swoje kazał mi wypłacać, ze 20 złotych będzie tego miesięcznie.

Nie martwi się przeto z powodu zamknięcia męża.

– Na wsi my panoczku mieszkamy, bez ziemi, lasu teraz nie rąbią i mąż bezrobotnym został. Kiepsko nam było, tylko – dał Bóg – męża tutaj zabrali i robotę dali. Sama parę groszy zapracuję, z więzienia dostanę, wystarczy dla mnie i dzieci. A on dla siebie wszystko ze skarbu dostaje.

Wzbudziłem w niej zaufanie, gdyż po chwili, przyciszonym głosem zaczęła się zwierzać:

– Tylko zmartwienie mamy teraz wielkie. Mężowi termin w więzieniu kończy się za dwa miesiące. Prosił naczelnika, aby go jeszcze zostawił, lecz ten się nie zgadza. Do adwokata chodziłam, prosiłam: „Poradźcie coś panie”, – człowiek to nieuczynny, słuchać nawet nie chciał. Znajomy żydek podanie do sądu napisał, ludzie tam jednak niedobrzy, mówią: „Takiego podania przyjąć nie możemy”. I rób co chcesz. Wiadomo z biednym nigdzie się nie liczą. Jak pieniądze się ma, wszystko można załatwić.

Zawołano ją wreszcie do kancelarji, poszedłem przeto dalej, do państwowego gimnazjum, które zapewne w celach pedagogicznych umieszczono obok więzienia. Myślałem o współczesnem przewartościowywaniu się wartości, które niweczy kryterja sprawiedliwości. Gdy prokurator głośno woła o najwyższy wymiar kary, a sędzia ogłasza wyrok, skazany nędzarz uśmiecha się radośnie i cieszy się perspektywą spokojnych, sytych dni najbliższej przyszłości…

WIEŚ PEREPENKA

Ze wsi Perepenki w więzieniu przebywa osiem osób. Omeljan Bondarczuk pokłócił się z bratem o miedzę – dwa metry kwadratowe ziemi – i kłonicą go zabił, za co musi „siedzieć” przez wiele lat. Piotr Sawickij i Gryszka Kostiuk ukradli wiosną u żyda kilka pudów zboża, przyczem w sądzie tłumaczyli się tem, że musieli przecie coś zasiać, gdyż niepodobna zostawiać gruntu odłogiem i narażać rodzinę na głodową zimę. Własnego zboża nie mieli, wszelkie zarobki zawiodły,
nie było przeto pieniędzy na kupno. Natalja Benediuk znowóż podrapała gajowego z „kniażeskogo” lasu. Zbieranie czarnych jagód jest zajęciem bardzo lukratywnem, za pud – 16 kilo – dostaje się bowiem całą złotówkę, niekiedy nawet jeden złoty groszy dwadzieścia. „Bilet” na zbieranie tego przysmaku w państwowym lesie kosztuje dwa złote, w książęcym – osiem. Do państwowego lasu trzeba iść piętnaście kilometrów, wielkopański jest znacznie bliżej. Oczywiście trudno jej było zapłacić kolosalną sumę ośmiu złociszów, zbierała przeto jagody „na gapę”. Inny nędzarz, gajowy, za parę srebrników pilnujący pańskiego dobytku, w przystępie złego humoru rozstawił jej po kątach rodzinę i podarł koszyk. Nie pozostała mu dłużną i po dłuższej konwersacji przeszło do rękoczynów. Potem rzeczy potoczyły się zwykłą koleją: posterunek, przesłuchanie, powrót do domu, oczekiwanie sądu, sąd i parę tygodni paki.

Inne kobiety: Głasza Ostapowa i Maryjka Zacharczuk dostały się do więzienia za nieco odmienne przestępstwa. Dwudziestopięcioletnia Głasza miała nieślubne dziecko – zjawisko na wsi częste i zbytnio niegorszące miejscowej społeczności. Drugie, po urodzeniu natychmiast udusiła, gdyż rodzice chcieli ją wyrzucić z domu, tłumacząc, że mogą żywić tylko jednego bachora. Maryjka zaś dotkliwie okaleczyła swego chłopca, pozbawiając go męskości, gdy zaszła w ciążę, a on zaczął „chodzić” z rywalką. Wreszcie przebywa w tym samym zakładzie młoda mężatka Wiera Szkwarka i „brat” Mikita Plewskij. Wiera przyjęła światło prawdziwej wiary, którą krzewił „brat” Mikita wędrując gdzieś z pod Kamień – Koszyrska do Perepenki, została „wierzącą” i zatrzymała na zimę u siebie duchowego przewodnika. Stara teściowa, nie zgadzała się na to, buntowała syna przeciw synowej i próbowała – co pewien czas – na własną rękę, wypędzić z chaty „brata”. Zdenerwowana Wiera schwyciła pewnego dnia staruchę z tyłu i zaczęła ją dusić. Na szczęście wszedł „brat” Mikita i zgorszył się sceną, którą zobaczył.

– Nie tak trzeba dusić siostro – łagodnie powiedział. – Na szyi tej wiedźmy ślady twoich palców zostaną. Weź siostro poduszkę i przez poduszkę duś to ścierwo. Policja wtedy nie pozna.

Zadusili ją potem sprawnie na spółkę, przez okno patrzyli jednak sąsiedzi i wszystko widzieli. Czekają teraz na wyrok, ona na kobiecym, on na męskim oddziele, obydwoje skupieni, poważni i zadowoleni, gdyż udało się im zgładzić z tego świata według określeń „brata” u sędziego śledczego, „wcielenie Belzebuba czwartego rozmiaru”.

Ci obywatele Perepenki, przebywający w więzieniu rówieńskim, nie są ludźmi zupełnie rzeczywistymi. Za przykładem Liona Feuchtwangera można ich raczej nazwać postaciami historycznemi, wierniej bowiem reprezentują przejawy życia pewnego środowiska społecznego w pewnej epoce. Sama zaś wioska: osiedle składające się z 60 chat, umieszczonych po obydwóch stronach nigdy nie brukowanej drogi, urzędowo nazywa się zupełnie inaczej. Leży na północ od Równego, odległa parędziesiąt kilometrów od tego miasta, tylko dwadzieścia – od kolei i poczty. Dojazd do Perepenki jest dosyć trudny, fatalne, słynne drogi polesko-wołyńskie utrudniają komunikację. Wieś leży zdała od świata i nie dzieje się w niej nic wybitnie nowego. Życie od lat płynie tam jednakowo, z roku na rok powtarzają się te same zmartwienia i radoście.

ZIEMIA I DZIECI

Mieszkańcy Perepenki – to są ludzie „tutejsi”, tak bowiem określają swoją narodowość, przeważnie małorolni, analfabeci i półanalfabeci, wyznania prawosławnego i sekciarze. Niezbyt urodzajna ziemia, uprawiana według zasad tradycyjnego prymitywizmu, przynosi im nikłe dochody. Odcięcie od świata i kryzys powodują na miejscu niesłychaną taniznę plonów rolnictwa. Na jesieni gospodarze sprzedają żyto po 6 złotych za metr, aby zapłacić podatki i coś kupić, w zimie niektórzy zaczynają już głodować i niecierpliwie oczekiwać na nowe żniwa. O zarobek w okolicy trudno, chyba przy rąbaniu i przewożeniu lasu. Dawniej można było emigrować do Ameryki lub wędrować po pracę na Południe. Obecnie – wiadomo – wszędzie bezrobocie. Trzeba więc siedzieć w domu. między swoimi zawsze łatwiej biedować.

Ta jednak ziemia – nieurodzajna, za której plony nic prawie nie można nabyć, ma wielką wartość dla mieszkańca Perepenki i wielu innych wiosek. Dziesięcina – jest celem chłopskiego życia, dla dopięcia którego używa się wszelkich sposobów. Na tym sentymencie i chciwości zarabiają w okolicznych miasteczkach adwokaci, różni sądowi obrońcy i właściciele świetnie prosperujących, licznych „biur pisania podań do władz administracyjnych i sądowych”. O ziemię bowiem procesują się wszyscy, zgrubsza biorąc, jedna połowa wsi z drugą. Ostap Petrynczuk po długim, czteroletnim procesie, z apelacjami i kasacjami, na którego pokrycie kosztów sprzedał sześć dziesięcin gruntu, odebrał wreszcie dwie dziesięciny od ciotecznego brata. Podobne wypadki trafiają się dość często, lecz wszelkie wkłady uważa wieśniak z Perepenki za nikłe, gdy może triumfować: wygrać sprawę o ziemię.

O ile mało jest ziemi – o tyle dużo jest dzieci. Na wsi produkowanie nowych pokoleń stanowi pewnego rodzaju rozrywkę, bez której życie byłoby nudne. Małe dzieciaki gromadami łażą po drogach i ogrodach, ubrane w łachmany, przerażające krzywemi nogami i wypiętemi brzuchami, po spożywaniu uniwersalnego pokarmu: kartofli. Na wiosnę i w lipcu padały deszcze, dużo malców potopiło się w rowach przy drodze. Nikt z tego powodu zbytnio nie rozpaczał. Gdy brak wszystkiego, dzieci jest poddostatkiem, przytem łatwo o nowe.

CAR, HITLER I KNIAŹ.

Od czasu do czasu mieszkańcy Prepenki lubią rozmawiać na tematy społeczne i polityczne.

– Czy będzie wojna? – przedewszystkiem pytają, gdy przyjeżdżam do nich.

–  A jaki ten nowy car w Warszawie? – interesuje się siedemdziesięcioletni staruszek.

– I gdzie ona jest ta Warszawa? – po chwili dorzuca.

Car dla niego to nie system polityczny, lecz przedstawiciel zwierzchniczej władzy w państwie. Odpowiadam jak umiem, w dalszej rozmowie okazuje się, że wreszcie do wsi dotarła majowa „kaczka” o zamachu na kanclerza Hitlera.

– Na jarmarku mówili, że go żydek zdołbunowski zastrzelił.

Potem omawiane są inne tematy. Stary Semen, weteran z wojny rosyjsko-japońskiej, narzeka na obecne czasy.

– Lepiej dawniej było panoczku. Często zjawiał się tyfus, szkarlatyna, w lecie dezynterja – moc dzieci umierało na te choroby. Sam miałem jedenaścioro, tylko czworo do wieku dojrzałego dorosło. A teraz? Pożal się Boże! Ostatnio jak jakaś choroba czy epidemja porządna się zacznie, z miasta doktora przysyłają, lekarstwa daje, zastrzyki robi – i mało dzieci umiera. Gdzież ziemi dla nich wziąć, gdy wyrosną? Co robić i jeść będą?

Smuci się o przyszłość, tymczasem inny zaczyna opowiadać o swoich sukcesach towarzyskich.

– Ja u kniazia był. Kniaź rękę podał i na herbatę poprosił. W pięknym ja pokoju panoczku siedział i z kniaziem – jak z równym – herbatę cukrem prawdziwym słodzoną pił.

Ten snobizm będzie kosztował wieśniaka większą sumę pieniędzy. Ongiś bogaty kniaź, obecnie jeszcze właściciel wielu pól i lasów, jest bankrutem. Komornicy i sekwestratorzy nie opuszczają jego rezydencji, banki i żydzi nie pożyczają ani grosza, wszystkie hipoteki dawno zostały zajęte do dziesiątego miejsca. Książęcy naganiacze polują przeto na chłopów, którzy po sprzedaży chaty lub gruntu, posiadają różne – od paru set złotych do paru tysięcy – sumy pieniędzy. Podczas uroczystej herbaty pożyczający dostaje książęcy weksel i po raz ostatni widzi księcia. Potem ma tylko do czynienia z administratorami, rządcami i fornalami, którzy go wyrzucają za drzwi, jeśli zbyt natarczywie domaga się zwrotu pożyczonej gotówki.

UROK ŻYCIA

Mieszkańcy Perepenki nie mogą zrozumieć nadzwyczajnych korzyści, wynikających dla organizmu ludzkiego ze spożywania drogiego cukru. Zdradzają tem oczywiście własną ciemnotę i brak zrozumienia chytrych posunięć ekonomicznych. Cukier w kraju musi być drogi, aby przysłowiowe angielskie świnie mogły go konsumować zabezcen i dostarczać Anglikom smacznych bekonów. Inaczej Anglicy musieliby z Polski sprowadzić więcej bekonów, rodzimi ekonomiście utrzymują jednak, że wygodniej – chociaż deficytowo – wysyłać cukier. W rezultacie, na wsi, wyeliminowany został z potraw smak słodki, tylko zamożniejsi chłopi używają sacharyny, po której czują się również dostatecznie krzepko.

Anna Kruczunowa, która kupiła u żydówki na jarmarku w Kostopolu deko sacharyny za dziewięćdziesiąt groszy, musiała później odsiedzieć tę tranzakcję w pace, gdyż przypadkowo złapała ją „na gorącym uczynku” kupowania policja. Akcjonarjusze cukrowni mają przecież swoje wydatki i nie można pozwolić aby ich dochody zmniejszały się przez to, że ktoś nabywa coś innego, miast cukru. Coprawda Anna utrzymywała w sądzie, iż nie działała na szkodę tych panów, nie miała bowiem wcale zamiaru kupować wyrabianego przez nich smakołyku, tylko sacharynę. Gdyby nie było tej słodyczy, piłaby kawę gorzką. Te tłumaczenia, wobec niskiego poziomu umysłowego oskarżonej, nie były jednak wzięte pod uwagę i swoją „zbrodnię” musiała odpokutować.

Jeśli wreszcie ktoś z wioski kupuje cukier – pięć, dziesięć deko – czyni to zgoła osobliwych pobudek. Chce mianowicie uraczyć się potajemnie sprzedawaną „sznyrką”, której „kriuczok” – pół szklanki kosztuje półtora złotego. Ten cudny napój składa się z eteru i niewielkiej domieszki alkoholu, w praktyce zastępowanego wcale sporemi ilościami benzyny. Niektórzy tylko wąchają „sznyrkę”, smakosze leją na cukier i jedzą niewielkiemi dawkami, smakując słodycz i czując jak w głowie coraz bardziej się kręci, a bezwład ogarnia ciało.

Podobne uczty ostatnio, niestety, stają się jedynie udziałem bogaczy. Na wódkę, którą, za dawnych, dobrych czasów „did” Łukasz i inni, przepijali całe gospodarstwa, obecnie nikogo nie stać. Kilku próbuje robić samogonkę, większość stanowczo przekłada denaturowany spirytus, ze względu na jego niską cenę. Spirytus, przepuszczony przez drewniany węgiel, więcej magicznie niż skutecznie oczyszczony, zmieszany następnie z chlebnym kwasem, jest napojem, którym można się upić. Wszyscy coprawda chorują potem, cel zostaje temniemniej osiągnięty: byli pijani.

Ta możność ucieczki przed rzeczywistością stanowi bodaj największy urok życia dla ludzi w Perepence. Jedni szukają tej ucieczki w religji, głównie w sekciarswie, drudzy – w eterze, denaturacie lub wódce.

– Grzeszne myśli przychodzą panoczku człowiekowi do głowy, gdy się nie pracuje – utrzymuje w rozmowie wspomniany Semen.

Dlatego w święta bardzo często pije, albo się modli. Podobnie postępują wszyscy.

Tygodnik literacko-artystyczny i polityczny o orientacji narodowo-katolickiej. Założony i redagowany przez Stanisława Piaseckiego, powstał w 1935 roku na bazie cotygodniowego dodatku literackiego do związanego z ONR dziennika „ABC”. Propagując hasła nacjonalistyczne i antysemickie, atakował kręgi liberalne i socjalistyczne oraz sanacyjne. Pismo było uważane za prawicową alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, a publikowali w nim min. Jan Mosdorf, Jan Dobraczyński, Józef Kisielewski, Alfred Łaszowski, Adolf Nowaczyński, Jerzy Zdziechowski, Karol Zbyszewski, Karol Irzykowski, Jerzy Andrzejewski czy Bolesław Miciński. Współpracownikami byli także Jerzy Waldorff oraz Tytus Czyżewski. Pismo było często cenzurowane i konfiskowane. Ostatni numer ukazał się 3 września 1939 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close