Dysonanse

Bardzo rozsądnie postąpił rząd angielski proponując zaniechanie zwyczaju składania wieńców na grobie Nieznanego Żołnierza. Zwyczaj ten bowiem podsyca ustawicznie w duszy tłumów wspomnienia o krwawych walkach ze wszystkiemi straszliwemi ich przeżyciami i utrudnia zasypanie przepaści, jaka się wytworzyła pomiędzy dwoma wrogiemi obozami: zwycięzców i zwyciężonych. Zdaniem rządu angielskiego nie należy jątrzyć ran, które już zaczęły się goić.

Takiem niepotrzebnem jątrzeniem był również obchód dziesięciolecia zajęcia Wilna przez gen. Żeligowskiego, w wyniku którego nastąpiło wcielenie Wileńszczyzny do państwa polskiego. Odświeżanie w pamięci pożałowania godnych ekscesów i nastrojów w dobie ówczesnej, jednostronne, z natury rzeczy, wytykanie win i błędów, popełnionych przez przeciwnika, podkreślanie momentów drażliwych – wszystko to oczywiście nie sprzyja próbom porozumienia polsko-litewskiego, o którem jednocześnie tyle się mówi i na którego potrzebę kładzie się taki nacisk.

Możnaby jeszcze zrozumieć triumfalne fanfary, dziękczynne nabożeństwa i parady wojskowe w tym wypadku, gdyby zbrojny czyn gen. Żeligowskiego osiągnął swój cel w zupełności, gdyby jego konsekwencje odpowiadały planom i zamierzeniom inicjatorów tej akcji. Gdyby chodziło tylko o przyłączenie Wileńszczyzny do swej „Macierzy” – jak się wyraził jeden z mówców na zjeździe obrońców Wilna – to radość uczestników obchodu byłaby całkiem usprawiedliwiona. Krótko mówiąc, gdyby obchód urządzała endecja, która pragnęła jedynie „wcielenia bez zastrzeżeń”, nie myśląc o żadnych szerszych widnokregach, nie troszcząc się o dalsze skutki wykonania swego ciasnego i krótkowzrocznego programu, – okrzyki triumfalne byłyby zupełnie na miejscu, a świętowanie rocznicy miałoby wszystkie cechy szczerej bezspośredniości.

Jednakże obchód odbywał się bynajmniej nie pod egidą endecką. Przeciwnie, endecja manifestacyjnie zachowywała postawę pełną rezerwy, a miejscowy jej organ naczelny uległ nawet właśnie w dniu obchodu konfiskacie. Obchód był organizowany przez piłsudczyków, przez tych, co tworzyli i realizowali Litwę Środkową, a ich dążeniem nie była bynajmniej inkorporacja Wileńszczyzny. Mieli oni aspiracje szersze, nosili się z zamiarem utworzenia wielkiej Litwy ze stolicą Wilnem. Takie wyznanie mianowicie złożył gen. Żeligowski na obecnym zjeździe, tak oświadczył w swem przemówieniu najbliższy jego współpracownik, pierwszy prezes T. Komisji Rządzącej, tak wreszcie pisze w „Kurjerze Wileńskim” dobrze poinformowany p. Testis.

Nie będziemy się wdawać w krytyczną analizę tych oświadczeń. Możnaby zakwestjonować ich ścisłość opierając się na wynurzeniach Marszałka Piłsudskiego, który w jednym ze swych odczytów, wygłoszonych w Wilnie w r. 1923, zaznaczył wyraźnie z jednej strony, że nie jest i nigdy nie był zwolennikiem koncepcji federalistycznej, a z drugiej strony, że gen. Żeligowski był tylko wykonawcą jego rozkazów i instrukcyj.

Możnaby również poddać w wątpliwość twierdzenie tychże autorytatywnych reprezentantów Litwy Środkowej, że realizacji tych rozległych planów stanęło na przeszkodzie niezrozumienie ich i niechętne stanowisko Warszawy i Kowna, bo przecież pamiętamy wszyscy dobrze, że sam rząd Litwy Środkowej nic nie uczynił w kierunku ich urzeczywistnienia, stosując surowe represje jedynie względem opozycji litewsko-białoruskiej, a tolerując jednocześnie zaciekłą kampanje przeciwko sobie ze strony aneksjonistów polskich.

Lecz mniejsza o przeszłość. Kto zawinił w tem, że pomysł Litwy Środkowej stał się całkiem chybionym i zbytecznym, czy Warszawa, która po krótkich wahaniach zdecydowała się zdyskontować „bunt” gen. Żeligowskiego na swoją korzyść, czy Kowno, które nie potrafiło wyzyskać doskonałej sposobności, by za pomocą formalnego uznania Litwy Środkowej pozorną jej odrębność i samodzielność zamienić w rzeczywistą, czy też najbardziej sam gen. Żeligowski, który znalazł się w niezmiernie trudnej i odpowiedzialnej roli, nie mając do niej żadnego przygotowania – o tem wszystkiem zawyrokuje kiedyś historja. Zbyt to niedawne jeszcze dzieje, by można było o nich wydać sąd bezstronny.

Nas tu interesuje w danej chwili przyznanie się inicjatorów środkowo-litewskiej imprezy do aspiracyj wielkolitewskich. Przyjmujemy je z dobrą wiarą, nie wchodząc w jego pobudki i pytamy tedy: czegóż się cieszycie i bijecie w tam-tamy, gdy rzeczywistość tak okrutnie zadrwiła z waszych pięknych zamiarów? Cóż osiągnęliście? Czy zbliżyliście się choć o krok do wytkniętego przez siebie celu, czy przeciwnie zwaliliście własnemi rękami na drodze doń tak ciężki głaz, że dziś już żadne wysiłki ruszyć go z miejsca nie są w stanie? Cóż zyskała idea federacyjna, co zyskała Wileńszczyzna, co zyskała wreszcie Polska przez ten akt wcielenia, do którego wyście się przecie najbardziej przyczynili?

Stało się zadość odruchowi uczuciowemu mieszczaństwa wileńskiego, stało się zadość ambicji narodowej, stało się zadość popularnym hasłom. Ale czy wygrały na tem interesy całej ludności i całego kraju, czy wygrał interes państwowy Polski?

I interes naszego kraju i interesy państwowe Polski wymagają porozumienia z Litwą. Jest to prawda, której już dziś nie potrzeba dowodzić, która jest powszechnie uznawana i której wartości nie obniża okoliczność, że porozumienie leży również w interesie Litwy.

Porozumienia tego pragną i wierzą w nie również organizatorzy obchodu. Co więcej nawet, gen. Żeligowski oświadczył, że idea, która przyświecała rządom Litwy Środkowej, a więc idea wielkiej Litwy nie została pogrzebana nazawsze i że z czasem zostanie zrealizowana.

Czyż sądzą oni, że wcielenie Wileńszczyzny do Polski jest momentem ułatwiającym i zbliżającym rozwiązanie kwestji stosunków polsko-litewskich wogóle, a wileńskiej w szczególności? I czyż przypuszczają oni, że uroczystości upamiętniające ten akt przyczynić się mogą do wytworzenia atmosfery sprzyjającej podobnym nadziejom?

Fakt się stał i cofnąć go niepodobna. Nie może on jednak w żadnym razie służyć za punkt wyjścia do podjęcia na nowo zarzuconych już koncepcyj federalistycznych, a tembardziej do wszczynania kroków pojednawczych. Zbyt rażącym dysonansem dźwięczą nuty wielko-litewskie we wszechpolskich kantatach, najzupełniej zresztą stosownych i odpowiednich przy obchodzie „święta wyzwolenia Wilna z pod obcej przemocy”.

Tygodnik polityczny, społeczny i literacki wychodzący w Wilnie w latach 1912 – 1938. Wydawcą i wieloletnim redaktorem „Przeglądu Wileńskiego” był Ludwik Abramowicz – główny ideolog i współtwórca idei krajowej.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close