Polskie czy spolszczone?

Wileński numer warszawskiego „Świata” dał powód „Gazecie Warszawskiej” do zabrania głosu o Wilnie. Mamy na myśli notatkę p. J. Hł. w pewnym numerze „specjalnym” (Nr 250), gdzie publicysta endecki z aplauzem przyjmuje wywody p. Jana Obsta, a monitum udziela p. Czesławowi Jankowskiemu za to, że rzekomo nie dostrzegł, obok Wilna „ziemiańskiego”, „drugiego Wilna polskiego-ludowego, składającego się z rzemieślników, sklepikarzy, robotników, służby domowej i włościan podmiejskich”. Czy to jednak niedopatrzenie, czy też zlekceważenie, jak chce endecja? Ależ nie! Jest to tylko większy objektywizm w ujmowaniu rzeczy oczywistych, większa wrażliwość w odczuciu podłoża etnicznego miasta i kraju, powiedzmy krótko, większa uczciwość publicysty, który nie dał się jeszcze porwać całkiem nacjonalizmowi i imperjalizmowi prącemu za Bug i Niemen.

Panorama Wilna ok. 1914 roku (pocztówka)

Panorama Wilna ok. 1914 roku (pocztówka)

Zarzucić mu jednak można, że Wilno uważa za „najbardziej na północ wysunięte miasto polskie”, wtedy gdy bezstronność nakazuje, bynajmniej nie zamykając oczu na polski spółczynnik w życiu i rozwoju Wilna, uważać je tylko za najbardziej na północ wysuniętą placówkę polską. Jakaż w tem różnica? Owszem, nawet znaczna. Ściśle polskiem jest i można nazwać to miasto, gdzie Polacy nie tylko w pewnych okresach odegrywali rolę jakby dominującą, lecz też byli jedynymi założycielami powstającego grodu lub osiedla. Nie było tego z Wilnem. Więc można o niem mówić najwyżej jako o placówce polskiej, powstałej dzięki działaniu w pewnem miejscu i pewnym czasie czynników historycznych i politycznych, a nie geograficznych i etnicznych, jak w tamtym wypadku. Ze zmianą tedy słowa „miasto” na „placówka”, moglibyśmy mniej więcej podpisać się pod niewątpliwie barwną i naogół zgodną z prawdą charakterystyką Wilna przedwojennego, które brzmi z naszemi podkreśleniami tak: „Przez dziesiątki lat podstawowe kolory tej najbardziej na północ wysuniętej placówki polskiej stanowiły potrójny kontrast. U dołu masy żydowskie, zwarte, ruchliwe a ciche (?), zalęknione, kłębiące się jakby w jakiem ghetto, po labiryntach prastarego śródmieścia; w środku nieugięta, nieustraszona, o pańskim zawsze geście, głęboko nawarstwawiona, wciąż podsycana nieustanną sił przemianą – polskość; u góry jak cienki werniks „kazionny”, jak cienka od parady pozłota na kopule cerkwi, przerobionej z kościoła – rosyjskość”.

„Istotnie, przez dziesiątki lat przed wojną Wilno było takiem, polskość jego, jakoże ziemiańska, o pańskim zawsze geście była. Po dzień dzisiejszy ten pański zawsze gest stanowi cechę charakterystyczną polskości Wilna, gdzie każdy chcący przynajmniej nazywać panem, określa się Polakiem, a każdy, mianujący się Polakiem, ma znowu nieprzepartą chęć do honorowania się pańskiego. Dajmy na to, że ziemiańska polskość Wilna była „głęboko nawarstwiona”, jednak wzrastała ona w ilość i siłę widocznie nie tylko przez wydawanie nowych generacyj. Wnosić to można stąd, iż drugą cechę tej swoistej polskości stanowiło, że była „wciąż podsycana nieustanną sił przemianą”. Każde tu słowo ma niemałe znaczenie, a treść cudzysłowu powyższego da się rozwinąć w zdanie następujące: nie było chwili w życiu Wilna, kiedyby ziemiańska polskość jego nie wzmacniała się ustawicznem asymilowaniem miejscowej ludności litewsko-białoruskiej. To przetwarzanie się narodowościowe autochtonów Wilna na Polaków mogło się rozpocząć jeszcze za Gedymina, jeśli jest prawdą, że już wówczas istniała tu kolonja polska. Na większą skalę przetwórnią narodowościową Wilno się stało, oczywiście, od czasów Jagiełły i nie przestało być nią jeszcze dzisiaj.

Ma zupełną słuszność p. Cz. J., gdy mówi o cienkiej powłoce rosyjskiej, jaką Rosja przykryła stolicę „siewiero-zapadnego kraju”, a jaką wypadki począwszy od r. 1905 spłukały. Przeoczył jednak nasz publicysta, że w Wilnie, od zarania jego dziejów, stanął w roli czynnej obok innych pierwiastek etniczny ruski, którego tu nie można utożsamiać z rosyjskością. Kto w Wilnie przymyka oczy na istnienie do dnia dzisiejszego tu spółczynnika ruskiego, nie zapowiadającego jakoś swego rychłego „zapadnięcia się” ze sceny dziejowej nawet w przyszłości, postępuje nierozsądnie. Błąd ten zaciąży i odbije się przynajmniej na wyniku ostatecznym takiego rozumowania z lukami. Nawet ci, co dostrzegają ruskość w Wilnie dawnem, nie chcą jej tu odróżniać od rosyjskości na przestrzeni wieku XIX, jakby ona zczezła zupełnie lub zlała się w jedno z rosyjskością. Tymczasem cały czas istniały obie, chociaż nie myślimy przeczyć, że istotnie były próby i fakty wyzyskiwania ruskości miejscowej przez obcą rosyjskość na niekorzyść innych autochtonów kraju. Nawet pod rządem carskim ruskość krajowa zaczynała powoli odnajdywać właściwe sobie oblicze – w białoruskości. Dlatego ostrożniej należy używać znanego polemicznego argumentu o rzekomo masowem nadsyłaniu urzędników Rosjan do naszego kraju. Było tak rzeczywiście zaraz po zaborze kraju przez Rosję i po powstaniach, ale nie przy końcu w. XIX i przed wojną, kiedy i duchowieństwo prawosławne, i nauczycielstwo, i klasa urzędnicza i t. d. rekrutowały się z Białorusinów prawosławnych, których miljonowe zastępy jeszcze dziś zamieszkują „kresy”, chociaż nie wszyscy ewakuowani wrócili dotąd z tułaczki po obszarach Rosji. I ta samowystarczalność pierwiastku ruskiego na „kresach” w ostatnich latach panowania tu rosyjskiego, stawała się coraz większą i zbliżała się do 100%. Stąd widać, jak niesłusznem jest zupełne zignorowanie przez p. Cz. J. pierwiastku ruskiego prawosławnego, który acz srodze przetrzebiony przez wojnę i rewolucję – pozostał; mimo że rosyjskość, „jak cienki werniks kazionny”, istotnie spłowiała do reszty.

Ale dajmy znowu głos p. Cz. J.: „Dawne stare wolne zawody wymierają powoli. Zalewa te gruzy dawnego, czysto ziemiańskiego, krajowego Wilna centralizacja i niwelująca fala przybyszów z najróżniejszych prowincyj i dzielnic Polski”. Słów tych niewątpliwie słusznych, nie mógł jednak pozostawić bez odpowiedzi endek publicysta. On to wystąpił z teorją równoległego istnienia „Wilna polskiego-ludowego”. Takiego Wilna nie było, natomiast wszyscy znamy Wilno ludowe litewsko-białoruskie, przetykane gdzieniegdzie nazwiskami mieszczańskiemi. Rzemieślnik, Litwin lub Białorusin, polszczył się w Wilnie, będąc zależnym ekonomicznie od pracodawcy Polaka. Temuż procesowi ulegał sklepikarz, mający klientelę polską, wiedziony instynktem zysku. Robotnik wileński, Litwin lub Białorusin, w braku organizacji swoich, rychło trafiał na gruncie miejscowym czy to do kół P. P. S., czy to do polonizatorskich związków chadeckich. Służba domowa, męska i żeńska, przybywająca w pogoni za chlebem na bruk wileński z wiosek litewskich lub białoruskich, nie umiała zgoła bronić się przed koncentrycznym atakiem chlebodawców na swą narodowość i wraz z otrzymaniem nazwy o polskiem brzmieniu, przeistaczała się w Polaków, o fenomenalnie ciemnej ideologji, niezdolnej i niedostępnej dla wszelkich rozumnych dowodzeń. Wreszcie włościanie podmiejscy, jako lokaje, furmani, dozorcy domowi, woźni i in. w przedpokojach, szatniach, wozowniach i suterenach po domach ziemiańsko-polskich podlegali oksydacji polskiej. Wszyscy ci jednak bez wyjątku są takimi Polakami, że wystarczy tylko poskrobać kogoś z nich, by pod cieniutką powłoką polską, ukazała się zaraz litewskość lub białoruskość, okryta listkiem figowym.

Znakomitą, wprost niezrównaną pomoc ziemiaństwu polskiemu w polszczeniu kraju niósł, choć napewno bez porozumienia, Kościół, podając, dla braku misjonarzy ludowych, naukę wiary i obyczajów wszystkim w tym samym języku polskim. Nic więc dziwnego, że dziś słychać z ust mniejszości „Kościele, służyłeś dotąd interesom polskości, służże teraz litewskości, białoruskości!…” Jak świat stoi światem, nie było większego bałamuctwa i zręczniejszej spekulacji na uczuciu religijnem ludu, jak wszelkie głosowania i wybory, zaszłe w Wilnie od r. 1919. Dlatego trudno mówić o polskości ludu wileńskiego w tym sensie, w jakim się to mówi o ludności Warszawy, Krakowa, Poznania… Ta ludowa polskość Wilna jest specyficzną, i pozwala dziś Wilnu uchodzić najwyżej za miasto spolszczone, ale nie polskie!

Latovicus.

Tygodnik polityczny, społeczny i literacki wychodzący w Wilnie w latach 1912 – 1938. Wydawcą i wieloletnim redaktorem „Przeglądu Wileńskiego” był Ludwik Abramowicz – główny ideolog i współtwórca idei krajowej.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close