Tadeusz Kotarbiński

Barjery wyznaniowe

Obecne stosunki polsko-żydowskie godne są nazwy czyśćca. Nacjonalizm stron obu pragnie je zamienić na istne piekło, a wyznaniowość dopomaga mu w tem dziele. Jeśli ta koalicja zwycięży, walczyć będą zażarcie na wspólnej ziemi splecione ze sobą w bolesnym uścisku dwa nienawidzące się wzajem narody. My ponoć oczywiście zwyciężymy, Żydzi wywędrują do Palestyny lub gdzieindziej, a Polska będzie znowu rdzenna i lechicka… kiedyś, w dalekiej, dalekiej przyszłości, równie bajecznej i równie odległej, jak bajeczne i odległe są dzieje lechickiej przeszłości. Temu fantastycznemu programowi przeciwstawiają realniejsze plany adherenci klasowej orjentacji, którzy radziby sprzymierzyć polski i żydowski proletarjat do walki z polską i żydowską burżuazją. Zrobi się (wedle tego programu), i to niedługo, rewolucję wspólnemi siłami i po przykrym lecz krótkim okresie likwidowania burżuazji będzie się żyło po bratersku, w rozumnej trosce o ważniejsze sprawy niż pielęgnowanie odrębności plemiennych. Rzecz osobliwa: głosiciele walki klas ściągają na się ze strony narodowców zarzut, że są siewcami waśni; tej przeciwstawia się organiczną solidarność stanów, której ma patronować chrześcijaństwo, jako religja miłości. I otóż ci właśnie podżegacze klasowi znajdują lek na waśń narodową, działają pojednawczo w tym względzie. Natomiast strona przeciwna, z hasłem pokoju społecznego na ustach, rozpala do białości pasje etniczne. Program klasowców byłby ponętniejszy. Po tej drodze szłoby się z czyśćca do raju w przyspieszonem tempie. Szkoda tylko, że droga znowu prowadzi przez piekło. Od tego piekła tak groźnie bije czerwona łuna, że może (o, zawiłości dziejów!) różnonarodowe sfery nieproletarjackie pohamują się wreszcie i jednać się zaczną pod wpływem grozy: z obawy, by czasem lud nie obrał sobie tej niewygodnej dla nich drogi. Nie życzymy zwolennikom klasowości, by im się udało metodą południowo-zachodnią puścić czerwonego koguta w taniec po murach starych kościołów, ani też nie życzymy im sukcesów w załatwianiu się z kupcami i włókowymi gospodarzami metodą północno-wschodnią (czytelnik słyszał już dawniej bardzo dużo o egzekucjach, teraz zaś słyszał też napewno o „liszeńcach” . . .). Ale musimy klasowcom przyznać dowcip niepośledni w programie narodowościowym. To jednak, co w nim pociąga, nie wymaga koniecznie uzasadnienia na gruncie walki klas.

Wystarczy przyjrzeć się mrówkom. „Forel wytwarza związki, umieszczając i potrząsając w worku pewną ilość… mrówek dwóch rodzajów… (zwalczających się na wolności, m. przyp.); po kilku godzinach pozwala przemieszanym stworzonkom udać się do sztucznego mrowiska; następuje zrazu kilka utarczek, lecz wkrótce ustala się pokój, związek jest zawarty… Konieczność stwarza prawo; ono to zobojętnia wrogą reakcję”. (Bouvier. Le communisme chez les Insectes, 1926, str. 248-a). I my i Żydzi z perspektywy księżyca jesteśmy jak mrówki, które los pomieszał w worku i wysypał na dolinę Wisły. Traktat wersalski stworzył nam tutaj odrębne a wspólne mrowisko. Pozostaje się zagospodarować razem mimo przyniesionej do mrowiska niechęci. Bo cóż mamy przed sobą lepszego? Polacy chcieliby ojczyzny bez Żydów. Żydzi chcieliby mieć gdzieś ojczyznę własną. Ale rozsądek radzi Polakom pokochać ojczyznę z Żydami, a Żydom polskim przyjąć Polskę za ojczyznę, chociaż jest nie własna, lecz… przeważnie cudza. Wychowujmy swoje dzieci w tym kierunku szczerze, nie marząc o izolacjach ani o krajach zamorskich. Ta perspektywa przemawia do przekonania ludziom, którzy gotowi są iść raczej za głosem żywych potrzeb, niźli za głosem tradycji. Współczują jej i ci, co inne wartości wyżej stawiają nad czystość odziedziczonej rasy i stylowość przekazanego obyczaju… Sprawiedliwość i opieka społeczna, zwycięska walka z nędza, bezpieczeństwo życia, zdrowia i owoców pracy, urządzenia, pozwalające wychowywać dzieci wedle miłości rodziców, rozkosze ukształconego intelektu, czyniące żywot tak bardzo zajmującym, zdobycze wynalazczości i piśmiennictwa coraz bujniejszej kultury międzynarodowej, zmaganie się wspaniałe z siłami przyrody, poznawanie w tym celu, lub nawet bez tego celu – jej dziejów i praw… Czemże są wobec tego wszystkiego tradycje lokalne i grupowe? Czem odrębności języków, w których różnemi dźwiękami ludzkość mówi najrdzenniej to samo, różnice obrzędów: sobota czy niedziela, głowy odkryte w kościele, zakryte w synagodze!… Odmiany ras – w obrębie ludów białych, z których każdy stanowi notabene pstrokatą mieszaninę ras!

Z tego punktu widzenia jakże szkodliwą się okazuje wyznaniowość. jakże utrudnia ona dyfuzję mrówek ludzkich we wspólnem mrowisku, jakże opóźnia wychowanie Obywateli Kraju, miłośników wspólnego gospodarstwa na wspólnym obszarze… Wystawmy sobie, że przyszedł wreszcie rząd, który zniósł rubrykę wyznaniową w metrykach. Ustanowiono prawa, wedle których nie pyta się nikogo, czy i do jakiej należy religji – ani przy rejestracji noworodka, ani przy ślubie, ani przy wstępowaniu do instytucji publicznej. Jest to sprawa tak ściśle prywatna, jak to, czy i do jakiego kto należy klubu sportowego… Sądzimy, że wraz z zupełnem zobojętnieniem państwa na sprawy wyznaniowe zaczęłaby się natychmiast lepsza era w stosunkach polsko-żydowskich. Należenie lub nienależenie do grupy wyznaniowej przestałoby być czemś ważnem, od czego prawnie zależy los jednostki w społeczeństwie, co może być tytułem do przywilejów lub bojkotów. Pozostałyby różnice faktyczne odrębności religijnych oraz samopoczucia narodowościowego. Te nie wymagają jednak kasacji, tylko – względnego „unieważnienia”. Miejmy nadzieję, że w krótkim czasie zeszłyby do roli dyferencyj drugorzędnych: wyznania, bo taki już jest ich los w postępie świata, narodowości, bo takie już ich przeznaczenie w dziejach jednego kraju. Walijczyk i Anglik są kompletnymi Brytyjczykami z praw i ducha. Szwajcar z Zurichu i Szwajcar z Genewy są przedewszystkiem Szwajcarami. Żyd francuski czy włoski jest Żydem, lecz jest też Francuzem, Włochem. Musi powrócić hasło asymilacji, atoli, wobec ilości i zasobów duchowych naszego żydostwa – hasło asymilacji wzajemnej. Oto wynurzenie racjonalisty… Czy je kto przyjmie życzliwem uchem? Zapewne niewielu conajwyżej czytelników. Ale trzeba być wiernym zasadzie swojego rzemiosła. Prawo powiada: tres faciunt collegium… nawet jeżeli na tę trójkę składają się profesor, groch i ściana.

Miesięcznik ukazujący się w latach 1930 – 1935 wydawany w Warszawie przez Warszawskie Koło Intelektualistów Polskiego Związku Myśli Wolnej. Redaktorem i wydawcą był Józef Landau a publikowali w nim min. Tadeusz Kotarbiński oraz Henryk Ułaszyn. Czasopismo to podejmowało sprawy światopoglądowe, wyznaniowe a także problemy społeczne i edukacyjne, takie jak obecność religii w szkole i w życiu państwowym i etyce, stosunki polsko-żydowskie, nacjonalizm, hitleryzm. Mottem miesięcznika był cytat z „Deklaracji Myśli Wolnej” (F. Buisson): Myśl wolna nie jest doktryną, jest metodą swobodnego myślenia

Close