Historja jednego cudu

14 sierpnia 1926 r., w wigilję Matki Boskiej Zielnej, kilkoro dzieci służby folwarcznej ze Słupi pod Środą (Wielkopolska) udało się w pole, aby nazbierać ziół i kwiatów do święcenia i przyozdobienia figury Matki Boskiej. Dzieci weszły na łąkę w celu wymienionym, lecz zabroniono im chodzić po niej, co oczywiście zasmuciło bardzo ich serca.

Gdy wracały do domu z próżnemi rękoma, najstarsze z nich, 12-letnia Janka, ujrzała przy drodze polnej Matkę Boską, która starała się ją pocieszyć, zapewniając, że jej kwiatów nie potrzeba. Janka, zachwycona tym widokiem, wskazała na miejsce, gdzie objawiła się jej Matka Boska, swym towarzyszkom: 11-letniej Józi, 10-letniej Stasi i małemu 6-letniemu Edziowi, poczem wszystkie dzieci zobaczyły zjawisko niebiańskie.

Dnia następnego dzieci udały się mniej więcej o tej samej porze na miejsce wymienione i Matka Boska znowu się im objawiła. Widzenia te występowały z początku codziennie, później z przerwami, przyczem Edzio przestał miewać wogóle objawienia.

Wieść o cudzie rozeszła się lotem błyskawicy nietylko w Słupi i Wielkopolsce, ale poniekąd po całej Rzeczypospolitej. Na miejsce objawień zaczęły wkrótce przybywać całe tłuimy „zrazu krytyczne i ciekawe, ale… kiedy wybrańcy Matki Boskiej nowe mieli widzenia, nieufność prysnęła, ustępując miejsca głębokiej wierze, iż dzieje się coś niepojętego, iż stał się prawdziwy cud.” (Pielgrzymka do Słupi. „Kurjer Poznański”, 9. XII. 1926).

„Kurjer Poznański” pisał w zacytowanym artykule, że do 4 listopada, a więc w ciągu dwóch i pół miesięcy przybyło ze wszystkich stron Polski na miejsce cudu około 130.000 pątników, 8-go zaś grudnia tegoż roku (Święto „niepokalanego poczęcia” Najśw. Marji Panny) zebrało się tam przeszło 40 tysięcy wiernych.

Fakt powyższy wskazuje, jak głęboka była wiara w cud objawienia się Matki Boskiej i jak bardzo łatwowierny jest nasz poczciwy ludek a nawet inteligent, gdyż przedstawicieli (szczególnie przedstawicielek) „lepszej” sfery przybywało na miejsce święte również bardzo dużo.

Należy zaznaczyć, że ilość wizjonerek (rów) z biegiem czasu też się zwiększyła, przyczem Matka Boska zaczęła się także ukazywać i osobom starszym prowadzenia wątpliwego.

Z początku duchowieństwo zachowywało się względem cudu rozmaicie, co zresztą jest rzeczą zwykłą.

Proboszcz w Środzie ks. M. wierzył w jego prawdziwość, ale zachorował (?) na czas dłuższy, powierzając całą sprawę in foro externo swemu wikarjuszowi. W celu zbadania prawdziwości objawienia zaczęli przybywać do Słupi (via probostwo w Środzie) różni dygnitarze umysłowi Kościoła wojującego. Jeden z nich, ks. prałat H., profesor seminarjum duchownego w Poznaniu, „uwierzył”, gdy zobaczył dziewczynki w ekstazie. Inny, ks. dr. K. M., także profesor tegoż seminarjum, nietylko sam przejął się wiarą w cudowność zjawiska, ale starał się innych o tem przekonać. Ks. dr. P., prałat kapituły kieleckiej napisał nawet całe dzieło o tym cudzie, ale na szczęście dla siebie nie opublikował go. Byli również i tacy księża, którzy podawali całkiem niesamowite motywy słuszności sprawy. W ten sposób jeden z proboszczów dyecezji poznańskiej dowodził, że Kongresówka ma swoją Matkę Boską Częstochowską, Litwa – Ostrobramską, Małopolska – Kalwaryjską. Tylko my poznańczycy, mówił, nie mamy… Czy jesteśmy gorsi od innych Polaków?… Matka Boska chce więc i nam okazać w Słupi swoją łaskę…

Należy jednak podkreślić, że niektórzy duchowni zachowywali się względem całej afery w Słupi obojętnie, a nawet wrogo (patrz artykuł ks. Mirka. Ostrzegamy przed wyjazdem do Słupi. „Postęp” 15.XII.1926).

Wierze w cud sprzyjały poniekąd takie wypadki, których zadaniem było ją unicestwić. Mam tutaj na myśli następującą okoliczność: dzieci, a także jedną ze starszych wizjonerek 28-letnią Franciszkę, wzięło pod obserwację do kliniki neurologicznej, w której przebyły od 14.IX do 4.X. 1926 r. W tym czasie prowadzono nad niemi badania systematyczne, ogłoszone później w „Roczniku psychjatrycznym” i oddzielnej broszurze (patrz S. Błachowski i S. Borowiecki „Epidemja psychiczna w Słupi pod Środą”, 1928).

Zważywszy, że zadaniem tego rodzaju poszukiwań jest nietylko poznać strukturę i przyczyny zjawiska t. j. halucynacyj wzrokowych wizjonerek, lecz także usunąć samo zjawisko zapomocą odpowiednich metod, musimy zaznaczyć, że badania w klinice nie były całkiem udane, szczególnie ze względu na moment drugi. Stwierdzają to między innemi i sami badacze (patrz cyt. broszurę str. 9), gdy mówią: „Jak można było wnosić z nastroju, w jakim opuszczały one (t. j. dzieci, p. m.) dnia tego klinikę w Poznaniu, jakoteż z nastroju ich rodzin oraz szerokich warstw ludności, zainteresowanie się i przejęcie widzeniami i zachwytami w Słupi nie miało się bynajmniej ku końcowi, lecz okazywało raczej wyraźną tendencję do rozrostu”… Tak, tego samego dnia dzieci udały się na miejsce wymienione i miały objawienie w połączeniu z ekstazą. Po wyjściu wizjonerek z kliniki, mówią autorzy broszury, dało się „spostrzegać gwałtowne szerzenie się wiary w cudowność objawienia się dzieciom Matki Boskiej”…, czego można było uniknąć, gdyby badania dzieci były postawione nieco inaczej. Mojem zdaniem, należało je zahipnotyzować, co zresztą nie było rzeczą trudną, zlokalizować widzenia w klinice, podsuwając zręcznie sugestję w hipnozie, że Matka Boska jest taka dobra, iż nie chce ich opuścić nawet zdala od Słupi, a następnie stopniowo – także drogą sugestji hipnotycznej – usunąć możność realizowania się halucynacyj zarówno w szpitalu, jak i na terenie pierwotnym. Wszystko to można było zrobić bez wysiłku, gdyż dzieci, a szczególnie Franciszka, były niewątpliwie podatne na wpływy sugestji, przyczem badacze z jednej strony zapoznaliby się między innemi z bardzo ciekawym objawem katalepsji 1), z drugiej – uniemożliwiliby powtórzenie się cudu i tych śmiesznych następstw, które się z nim łączyły.

Cudowność zjawiska zachwiały względy uboczne. Spostrzeżono mianowicie, że opiekunowie wizjonerów zaczynają ciągnąć z objawienia duże korzyści…; że jeden z nawróconych parobków – także wizjoner łamał przykazanie postu, a Franciszka i Helena (lat 25, jej się też Matka Boska ukazała) prowadziły życie niemoralne; że dzieci wymienione kłamią celowo lub nieświadomie (np. jakaś osoba prosiła małą wizjonerkę o modlitwę za jej ociemniałą córeczkę. Wizjonerka odpowiedziała: „jutro ją Matka Boska uleczy”… Uzdrowienie nie nastąpiło) i w końcu, że znaleźli się ludzie, którzy chcieli wykorzystać widzenia dzieci przeciw prawowitej władzy kościelnej. Ten ostatni wzgląd był, zdaje się, najważniejszy…

Naskutek tych i podobnych okoliczności, ks. M. zarządził przeniesienie figury Matki Boskiej, postawionej w miejscu objawienia, do kościoła parafjalnego w Środzie. W procesji tej wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Figurę postawiono na ołtarzu. Na zakończenie uroczystości kapłani zaintonowali: „Święty Boże, Święty Mocny”…

Atoli w nocy tegoż samego dnia ukazała się Matka Boska wspomnianemu parobkowi (Stanisław), nakazując mu przenieść figurę na stare miejsce. Parobek zakradł się do kościoła, zabrał figurę przy pomocy Franciszki i Heleny i postawił ją w Słupi.

Kiedy ks. proboszcz dowiedział się o kradzieży, zawezwał Stanisława do siebie i pod groźbą, że go odda policji, jeżeli nie spełni rozkazu, kazał odnieść figurę z powrotem do kościoła. Wola ks. proboszcza została spełniona (także w procesji). W tym samym mniej więcej czasie aresztowano sub auspiciis ks. M. niejakiego Leonarda B. pod zarzutem, że hipnotyzował wizjonerki, co zresztą było nieprawdą.

Z chwilą, gdy figura znalazła się po raz wtóry na ołtarzu kościoła środzkiego, w Słupi postawiono policję, zabraniającą wszelkich zebrań na modlitwę: wolno było tylko uczęszczać do kościoła i to w godzinach oznaczonych…

Dzięki temu zabiegowi dzieci po pewnym czasie też przestały miewać widzenia.

W ten sposób przy pomocy policji zakończyła się jedna z wielu prób fabrykacji cudów.

Wypadki w Słupi stwierdzają przedewszystkiem dwie rzeczy: primo niski poziom umysłowy duchowieństwa wielkopolskiego, gdyż nie da się zaprzeczyć, że wielu czołowych przedstawicieli tegoż duchowieństwa wierzyło przez długi czas w charakter nadprzyrodzony objawień dzieci. Secundo – niezwykłą łatwowierność ludu polskiego (a po części i tak zw. inteligencji). Lud ten jest wychowany niemal od pierwszych chwil życia we wszelkiego rodzaju „cudach”, to też nic dziwnego, że reaguje bardzo żywo na każdy pozór interwencji nadprzyrodzonej. I mniejsza o to, że nie powiodła się sprawa w jednym przypadku: można zawsze znaleźć drugi… Wizje dzieci ze Słupi zostały uznane za zjawisko patologiczne, a przynajmniej ekstrafizjologiczne 2), więc szuka się cudowności u Teresy Neumann z Konnersreuthu i t. d. i t. d. Niektórzy katecheci już nawet uświadamiają młodziez szkół średnich w tym kierunku… Nieskończenie mądry i wszechmocny Bóg stworzył świat bardzo niedoskonały, musi zatem ciągle poprawiać swe dzieło: raz naskutek modlitwy kapłana, oczywiście suto wynagrodzonej, drugim razem – samorzutnie, ale też koniec końców dla powiększenia dóbr materjalnych kasty duchownej. Można sobie wyobrazić, jaki to byłby dobry interes dla niektórych osób mieć cudowną figurkę w swej parafji…

Chorobliwa wprost skłonność społeczeństwa polskiego do wszelkiego rodzaju mistycyzmu, zasilana, jak powiedziałem, przez duchowieństwo naiwną wiarą w ciągłą interwencję Bóstwa nawet do spraw błahych, jest w dalszych konsekwencjach dla naszego Państwa niezmiernie szkodliwa. Otaczające nas bowiem wrogie narody wierzą w twardą, nieubłaganą rzeczywistość, którą przezwyciężyć można tylko wysiłkiem rozumu i woli. Nastawieniu takiemu odpowiada z naszej strony wiara, że, pomimo słabości, jeżeli tylko będziemy potrzebowali, Bóg nam przyjdzie z pomocą cudownym sposobem.

Ciekawem jest tylko, jakby wyglądał „cud” nad Wisłą, gdyby dowództwo nasze liczyło więcej na pomoc nadprzyrodzoną, niż na własne siły. Z pewnością kościoły polskie byłyby zamienione na kina, a jedni obrońcy porządku nadprzyrodzonego uciekliby zagranicę, inni – porzucili wiarę ojców.

Rozwój umysłowy narodów cechuje stałe zmniejszanie się wiary w siły nadnaturalne. Im kultura wyższa, tem mniej pozostawia miejsca dla cudowności.

Wypadki w Słupi nie świadczą korzystnie o poziomie intelektualnym szerszych mas i ich przywódców religijnych.

———-
1) U Janki np. (to samo zresztą dotyczy innych dzieci) katalepsja tetaniczna obejmowała kończyny górne, kark i głowę, nogi zaś były zupełnie wiotkie. Miało to związek wewnętrzny z treścią przeżyć podczas ekstazy, a mianowicie pokłonem, który dzieci oddawały Matce Boskiej, gdy się oddalała, czego nie mogłyby uczynić, gdyby katalepsja tetaniczna objęła cale ciało.
2) Omamy wzrokowe, o których była mowa, mogą mieć miejsce zarówno u inteligentnych, a nawet genjalnych, jak i niedorozwiniętych umysłowo osobników. Zachodzą one najczęściej u dzieci i zwykle posiadają charakter kompensacyjny. Kiedy dziewczynkom nie pozwolono wejść na łąkę po kwiaty dla Matki Boskiej, ich uczucie religijne zostało podrażnione, co ze szczególną siłą ujawniło się u najstarszej z nich, t. j. Janki. Zjawienie się Matki Boskiej ze słowami pociechy w smutku, było wyraźną kompensacją krzywdy, jaką im uczyniono. Oczywiście konkretną postać reakcji zastępczej wytworzyła podświadomość, która zarówno w tym, jak i wielu innych wypadkach jest jedynem źródłem „cudów”.

Miesięcznik ukazujący się w latach 1930 – 1935 wydawany w Warszawie przez Warszawskie Koło Intelektualistów Polskiego Związku Myśli Wolnej. Redaktorem i wydawcą był Józef Landau a publikowali w nim min. Tadeusz Kotarbiński oraz Henryk Ułaszyn. Czasopismo to podejmowało sprawy światopoglądowe, wyznaniowe a także problemy społeczne i edukacyjne, takie jak obecność religii w szkole i w życiu państwowym i etyce, stosunki polsko-żydowskie, nacjonalizm, hitleryzm. Mottem miesięcznika był cytat z „Deklaracji Myśli Wolnej” (F. Buisson): Myśl wolna nie jest doktryną, jest metodą swobodnego myślenia

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close