TADEUSZ JAROSZEWSKI

O klerykalizmie

Nie koniecznie trzeba zaraz sądzić, iż sprawy wyznaniowe są punktem centralnym życia kulturalnego, społecznego czy politycznego, aby jednak uświadomić sobie, jak dalece czynnik ten staje się ważki, pretendując we wszystkich tych dziedzinach do daleko idącej ingerencji.

Sądziło się do niedawna przecież, iż taka kwest ja np. niespełnienia jakichkolwiek czynności obrzędowo-religijnych nie może chyba być przeszkodą w uregulowaniu stosunku świeckiego obywatela do świeckiego państwa, nie stworzy w praktyce jakichś obywateli niższej kategorji, doznających w życiu publicznem całego szeregu praktycznych utrudnień. Sądzono tak, ponieważ nie doceniano wciąż jeszcze żywotnej agresywności kleru. Podczas gdy element kterykalny, przede wszystkiem kler rzymsko-katolicki, po restytucji Rzeczypospolitej przeszedł do życia publicznego w państwie już jako organizacja gotowa do obrony swych koncesyj i rozszerzania swych wpływów, wszystkie świeckie organizacje społeczne musiały ulec głębokim przemianom wewnętrznym. „Kościół nie zmarnował pierwszych dwunastu lat swobody ojczyzny. Nie wiem, czy który inny naród dokonał w tym czasie podobnejorganizacyjnej rozbudowy Kościoła i takiego pogłębienia swego życia religijnego.” Opinji tej, przynajmniej co do rozbudowy, niema najmniejszego powodu kwestjonować, – pochodzi od kardynała Hlonda, (z broszury, traktującej „o zadaniach katolicyzmu wobec walki z Bogiem”). Świeckie siły społeczne pochłonięte zostały w tym czasie bez reszty przez prace nad organizacją różnorodnych dziedzin życia publicznego. W zestawieniu z wielorakiemi zagadnieniami nowego życia państwowego, domagającemi się praktycznych rozwiązań, wolność sumienia, zagwarantowana przecież w konstytucji, wydawała się sprawą tak zrozumiałą, i tak osobistą zarazem, iż absorbowanie sił społecznych na rozważanie tych elementarnych zagadnień uważano za zbędne. To zaniedbanie mści się dzisiaj, gdyż artykuł konstytucji, traktujący o wolności sumienia, znalazł przemożnego eksploatatora w klerze wogóle, w klerze katolickim zaś w szczególności. Milczenie ogółu bezwyznaniowców zostało znakomicie zdyskontowane.

Próbowano nas zagłuszać krzykliwemi zarzutami budzenia antagonizmów wyznaniowych, zawsze, ilekroć wysuwaliśmy postulaty, mające na celu obronę laicystycznego charakteru naszego życia publicznego. Z powodów patriotycznych, bądź przez wzgląd na respekt, należny pewnym religijnym uczuciom, czem ponad wszelką miarę często pokrywano tylko obskurantyzm i interes ludzi, ciągnących zyski z religijnego kultu, żądano od nas, abyśmy nie wysuwali spraw, pod względem wyznaniowym „drażliwych”, chociaż ta drażliwość poczęła przybierać zgoła już karykaturalny charakter. Tedy poza garstką ludzi, bardziej odpornych na zakusy przedstawicieli wyznań oficjalnych, ogół bezwyznaniowców nie kwapił się z powyższych i podobnych względów do walki o tak elementarne prawa każdego cywilizowanego człowieka. A jakkolwiek wolnomyśliciele nie stawiali spraw wyznaniowych na ostrzu noża, nie omieszkali uczynić to inni. I oto dziś jesteśmy świadkami ofensywy katolickiej, hałaśliwie propagowanej przez kler w całym kraju, „kleroendeckiej” okupacji w b. zaborze pruskim oraz istnej gerylasówki katolicko-prawosławno-sekciarskiej we wszystkich województwach wschodnich. Okazało się, iż kraj bynajmniej nie uniknął waśni wyznaniowych, przedewszystkiem zaś walki wyznanowej o władzę dla rzeczników wyznania na bardziej uprzywilejowanego. Świecką, niezależną krytykę zjawisk wyznaniowych uważało się u nas doprawdy przez czas zbyt długi za shocking, potem za rzecz… niewygodną; maluczko, a stałaby się może nieco niebezpieczną? Z obawy przed jakąś odmianą Kulturkampfu (w Polsce!) krok za krokiem ustępowali laicy przed podkomendnymi, powiedzmy… watykańskiej monarchji teokratycznej. Prymitywizm metod Kulturkampfu nie pociąga już dzisiaj chyba nikogo, conajwyżej przydać się może elementom, pilnie potrzebującym aureoli „ucisku”, tym samym właśnie, które tymczasem usiłują wytworzyć w kraju atmosferę, dobrze znaną, z czasów wyznaniowych tumultów tłumów za panowania „króla Jezuitów”, „polskiego Filipa II”, – Zygmunta III.

Skoro tedy nie zbudowało się w swoim czasie dostatecznej tamy agresywnym tendencjom formalno-wyznaniowym, więc trzeba teraz cierpliwie rozplątywać sieć, jaką narzucono na utrwalające się już formy naszego bytu.

W sensie społecznym antytezą, laicyzmu nie jest religja, ale klerykalizm, ten produkt pewnych organizacyj religijnych, tkwiący przynajmniej potencjalnie we wszystkich tych organizacjach, którym przewodzi zawodowy duchowny. To nie demagogiczny straszak – z tych, których nie można wyraźnie wskazać, które natomiast można szerokim masom zasugerować; to nie jakiś fantastyczny rząd masonerji, której wszechwładność można wydąć do dowolnie wielkich rozmiarów, jak wszystko, co zakonspirowane, niewidzialne, tajemnicze. To aż nadto konkretne objawy aż nadto realnej wszechświatowej korporacji, jakiś „kratotropizm” kleru, odchylający organy hierarchji duchownych w kierunku „pola władania”.

Samo pojęcie klerykalizmu kształtowało się w ogniu walki, będąc częściej hasłem bojowem, niż przedmiotem akademickiej dysputy. Sprawa klerykalizmu, to przedewszystkiem sprawa władzy, do której kler pretenduje w imię rzekomych postulatów religji. W szczególności – jest to sprawa władzy, do której rości sobie prawo kler rzymsko-katolicki. Sprawa ta ciągnie się oddawna i ciągnąć się zapewne będzie jeszcze długo, jeśli sądzić z wielowiekowej tradycji politycznej, jaką posiada hierarchja katolicka. Instytucja, która kiedyś trzęsła światem cywilizowanym, a dziś liczy sobie trzysta kilkadziesiąt miljonów wyznawców, w lwiej części coprawda jedynie paszportowych, jest wystarczająco silnie zrośnięta z polityką, by być właśnie polityczną instytucją wyznaniową. Gdyby nią nie była, nie restytuowanoby dziś państwa kościelnego, nie wdawałoby się ono w grę polityczno-dyplomatyczną zapomocą swych nuncjatur, nie patronowanoby partiom politycznym, używającym katolicyzmu do politycznych rozgrywek.

Zdoławszy, dzięki precyzyjnej, racjonalnej organizacji i wielkim środkom pieniężnym, przy pomocy własnej politycznej dyplomacji oraz irracjonalnej propagandy w szerokich masach utrzymać się na powierzchni fali wojennego i powojennego zamętu, kler zgłasza się dziś tu i owdzie do współrządów, korzystając zarówno z poparcia prawicowych (nie koniecznie: umiarkowanych) stronnictw politycznych, jak i depresji gospodarczej mas i z dezorjentacji „światopoglądowej” inteligencji; „Mobiles sunt ad superstitionem percussae semel mentes”.

Kler, przyznając władzy świeckiej, iż „pochodzi od boga”, zarazem uzależnia ją od siebie w sposób specyficzny, pouczając wiernych, iż „Jeden jest tylko powód, uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie, gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu lub bożemu, tam bowem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli bożej, zarówno sam zakaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią”. Sęk w tem. iż wykładnię „prawa bożego” kler oczywiście rezerwuje sobie.

Parcelacja władzy nad człowiekiem dokonana została w encyklice Leona XIII „Immortale Dei”: „Bóg rozdzielił zawiadywanie ludzkością między dwie władze: kościelną i państwową. Jednej powierzył sprawy boskie, drugiej sprawy ludzkie. Każda jest w swoim rodzaju najwyższa. Jedna i druga ma zakreślone granice, których się winna trzymać. Granice te są wskazane bezpośrednio celem i naturą każdej z nich… Skoro jednak każdy człowiek podlega równocześnie jednei i drugiej władzy, może się zdarzyć, że ta sama sprawa wchodzi w zakres i kompetencję obydwóch władz, choć pod różnemi względami. Stąd Bóg, od którego obie władze są ustanowione, musiał w Opatrzności swojej i jednej i drugiej wytknąć odpowiedni kierunek działania, żeby się wszystko odbywało w porządku”. Jest to nieco spóźniony postęp w stosunku do do średniowiecznych teologów, którzy przypisywali „kościołowi bezpośrednią władze nad państwem i nad sprawami doczesnemi”. Doktrynę tę zlikwidował laicyzm, świeckie pojmowanie życia. Po złamaniu omnipotencji politycznej duchowieństwa forsuje ono obecnie koncepcję, oparta na bynajmniej nie równomiernem rozróżnianiu spraw czysto świeckich, czysto religijnych i mieszanych; nierównomiernem, gdyż wielki ciężar gatunkowy, jaki doktryna religijna, jako taka, przypisuje pierwiastkom religinym (w przeciwieństwie właśnie do świeckich), dość jasno chyba wskazuje na to, w która stronę i w jakim stopniu kler w istocie, przechyla wagę, którą, nota bene, chciałby trzymać w swoich rękach. „Jak cel, do którego zmierza Kościół jest najszlachetniejszy ze wszystkich, tak i jego władza przewyższa wszystkie inne. Nie może być wskutek tego uważana za niższą od władzy świeckiej, ani jej w niczem podległą”. Każda najwyższa w swoim zarazem uzależnia ją od siebie w sposób specyficzny, pouczając wiernych, iż „Jeden jest tylko powód, uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie, gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu lub bożemu, tam bowem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli bożej, zarówno sam zakaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią” 1). Sęk w tem, iż wykładnię „prawa bożego” kler oczywiście rezerwuje sobie.

Parcelacja władzy nad człowiekiem dokonana została w encyklice Leona XIII „Immortale Dei”: „Bóg rozdzielił zawiadywanie ludzkością między dwie władze: kościelną i państwową. Jednej powierzył sprawy boskie, drugiej sprawy ludzkie. Każda jest w swoim rodzaju najwyższa. Jedna i druga ma zakreślone granice, których się winna trzymać. Granice te są wskazane bezpośrednio celem i naturą każdej z nich… Skoro jednak każdy człowiek podlega równocześnie jednei i drugiej władzy, może się zdarzyć, że ta sama sprawa wchodzi w zakres i kompetencję obydwóch władz, choć pod różnemi względami. Stąd Bóg, od którego obie władze są ustanowione, musiał w Opatrzności swojej i jednej i drugiej wytknąć odpowiedni kierunek działania, żeby się wszystko odbywało w porządku” 2). Jest to nieco spóźniony postęp w stosunku do do średniowiecznych teologów, którzy przypisywali „kościołowi bezpośrednią władze nad państwem i nad sprawami doczesnemi” 3). Doktrynę tę zlikwidował laicyzm, świeckie pojmowanie życia. Po złamaniu omnipotencji politycznej duchowieństwa forsuje ono obecnie koncepcję, oparta na bynajmniej nie równomiernem rozróżnianiu spraw czysto świeckich, czysto religijnych i mieszanych; nierównomiernem, gdyż wielki ciężar gatunkowy, jaki doktryna religijna, jako taka, przypisuje pierwiastkom religinym (w przeciwieństwie właśnie do świeckich), dość jasno chyba wskazuje na to, w która stronę i w jakim stopniu kler w istocie, przechyla wagę, którą, nota bene, chciałby trzymać w swoich rękach. „Jak cel, do którego zmierza Kościół jest najszlachetniejszy ze wszystkich, tak i jego władza przewyższa wszystkie inne. Nie może być wskutek tego uważana za niższą od władzy świeckiej, ani jej w niczem podległą” 4). Każda najwyższa w swoim rodzaju, tyle tylko, że kościelna przewyższa wszystkie inne. Zresztą władza kleru, to władza przełożonych kościoła. A „Bóg ma upodobanie w ludziach, którzy z zaparciem się swoich osobistych zapatrywań we wszystkiem tak ochotnie słuchają Przełożonych Kościoła, jak Jego samego” 5). Oto w jednem zdaniu ujęty duch klerykalizmu.

Dla realizowania takich ambicyj kler musi zająć niebylejaką pozycję w państwie. Tworząc wewnątrz kościoła korporację zwartą, zdyscyplinowaną i całkowicie podporządkowującą sobie wiernych, kler żąda dla tak pojętego kościoła pozycji szczególnie uprzywilejowanej. Słowa, w jakich to czyni, są znamienne. „Kościół, poniżony do rzędu stowarzyszeń, istniejących na prawie cywilnem, byłby kościołem w ucisku” 6). Dezyderat sprecyzowany w terminach z dziedziny emocjonalnej, w trybie warunkowym. Na sprecyzowanie pozytywnego żądania wypadłoby użyć terminu: przywilej. Cały ustrój państw średniowiecznych budowany był na przywilejach. Korporacja, będąca najbardziej reprezentacyjnym tworem średniowiecza, której budowa w owych właśnie czasach została wykończona i zakończona, nie ma bynajmniej i obecnie ochoty rezygnować z domagania się takich podstaw dla swego działania, z jakiemi organicznie w średniowieczu się zrosła. Mówi się tu, iż przywilejów domaga się dla siebie korporacja, jaką stanowi kler, gdyż jego hierarchji wszystko w kościele, pojętym jako społeczność, jest podporządkowane. Co więcej, nie brak tendencyj, zmierzających ku temu, by państwo dawało czysto już świeckie sankcje postulatom scholastyczno-klerykalnym: „Ustawy bowiem świeckie w wielkiej mierze ułatwić mogą ważne zadanie Kościoła, jeżeli w przepisach swych uwzględnią, co prawo Boże i kościelne nakazuje, a nieposłusznych ukarzą” 7). Te to właśnie dążności kleru w kierunku uczynienia ze świeckiego aparatu państwowego chociażby częściowego narzędzia woli hierarchji kościelnej, do uzyskania sankcyj prawnych w celu wzmocnienia dyscypliny wyznaniowej, są klasycznemi objawami klerykalizmu.

Objawem klerykalizmu jest żądanie od świeckiego państwa uznania skutków cywilnych takich wyłącznie wyznaniowych aktów, jak kościelne małżeństwo lub chrzest; tem też będzie żądanie od takiego państwa, aby w szkołach państwowych szkołach świeckich, udzielało klerowi monopolu na naukę religii i taką naukę wprowadzało przymusowo. Konsekwencją klerykalizmu będzie brak dostępu do wyższych uczelni uprawiających naukę świecką, racjonalną, tym właśnie, których umysł nie był poddany w mierze, uznanej przez kler za dostateczną, irracjonalnym zabiegom umysłowym ze strony prefektów czy katechetów. Objawem klerykalizmu będzie domaganie się od władz państwowych, aby funkcjonariusze państwowi byli obowiązani do jakichkolwiek praktyk religijnych, np. do religijnego obowiązku uczestniczenia w nabożeństwach. Objawem takim jest istnienie w kraju sytuacji, stwarzającej jaskrawe pozory przymusowej przynależności wszystkich obywateli do jakiegokolwiek oficjalnego wyznania. To wszystko jest tylko jedną odmianę klerykalizmu, jest klerykalizmem polityczno-społecznym. Znamy też inne odmiany, gospodarczą, naukową, wychowawczą, sit venia verbo – religijną.

Jeśli kler zrzesza ludzi pod hasłami religijnemi, a zarazem poucza ich np. w encyklice, iż t. zw. demokracja chrześcijańska „przyznać ma nietykalność prawu nabywania i posiadania; musi zachować nierówność stanów, jako właściwość dobrze urządzonego społeczeństwa” 8), to jest to klerykalizm gospodarczo-społeczny.

Jeśli kler domaga się od świeckich instytucyj wychowawczych wprowadzenia do nich prefektów, kapelanów, duchownych-szefów, a w dodatku w ten sposób rozumie ich zadania w tych instytucjach, iż mają oni dążyć do podporządkowania tych instytucyj dyscyplinie kościelnej, uczynienia z nich „potężnego czynnika w akcyi katolickiej”, jak to się marzy klerykałom w harcerstwie, to jest to klerykalizm w wychowaniu.

Klerykalizmem w nauce jest m. in. sytuacja, istniejąca na naszych uniwersytetach, polegająca na tem, iż niektórzy z profesorów, mianowicie księża – profesorowie wydziału teologji katolickiej, składają wraz z innymi księżami przysięgę, iż w zakresie historji dogmatów z posłuszeństwem przyjmują orzeczenia, zawarte w encyklice Pascendi i w dekrecie Lamentabili, odrzucając zarazem taką metodę pojmowania i tłumaczenia „Pisma Św.”, która krytykę tekstu uważa za jedyne i najwyższe prawidło; czyli akurat przysięgają nie czynić tego, co jako profesorowie czynić ponoć powinni 9).

Klerykalizmem w religji jest całkowite podporządkowanie klerowi organizacji religijnej, przypisywanie nieomylności w jakiejkolwiek kwestji religijnej jakiemukolwiek duchownemu, jest niem też dążenie kleru, jak się to mówi, do utożsamiania religji z kościołem. W ten sposób sklerykalizowane zostało pierwotne chrześcijaństwo. Opinja Piusa X, iż „nie może być akcji katolickiej w prawdziwem znaczeniu tego słowa, nie podlegającej bezpośrednio Biskupom” 10) ilustruje również taki klerykalizm w religji. Jeśli dziś ogół często nie może pomyśleć religji bez takich klerykalnych jej przesłanek, to jest to właśnie rezultatem daleko posuniętego jej sklerykalizowania, oraz objawem słabej jej żywotności, nie tyle czerpiącej swe siły z głębi dusz wierzących, ile aplikowanej przypisanym do niej wyznawcom zapomocą niebywale intensywnej zorganizowanej propagandy zawodowych duchownych. Religja staje się coraz bardziej funkcją klerykalnej organizacji wyznaniowej.

Granicy zasięgu klerykalizmu w praktyce zakreślić nie sposób. Rzekomo nadprzyrodzone posłannictwo religijne dyskontuje się z wielką pewnością siebie we wszystkich innych sprawach. Nigdy nie wiadomo, do czego ci rzecznicy świętych sprzeczności zechcą się wtrącić, wkraczając wszędzie uzbrojeni w „prawdę absolutną” i „nietykalną”, w pojęcia – tabu obwarowane nie tylko sankcją religijną, ale gdzieniegdzie jeszcze i świeckim kodeksem karnym. Jakkolwiek potrafią niekiedy bronić dóbr, nieopatrznie porzuconych przez wielkie nowoczesne prądy kulturalne czy społeczne, ciągną uparcie za sobą w teraźniejszość smutną tradycję stawania wpoprzek niezależnej myśli badawczej. Wcześniej czy później zmuszeni do poddania się, zdobywają się na mistrzowskie nieraz sposoby zachowania pozorów zwycięstwa, jakby na potwierdzenie zasady, iż najkunsztowniejsze ponoć konstrukcje myślowe budowano dla uzasadnienia błędnych przekonań.

—————————
1) Encyklika Leona XIII o pochodzeniu władzy państwowej. W-wa 1926. Imprim. card. A. Kakowski.
2) Wg. broszury A. Hlonda: „O chrześcijańskie zasady życia Państwowego. List pasterski Jego Eminencji Ks. Kardynała Prymasa Polski”, str. 19 i 20 Płock (1932) Dobra Prasa.
3) Zobacz: Köpler, Leopold „Kościół a polityka” spolszczył ks. Jan Korzonkiewicz, str. 12 Kraków 1929. Księgarnia Krakowska.
4) Enc. Leona XIII Immortale Dei. Wg. Guerry, ks. „Kodeks Akcji Katolickiej” str. 39. Poznań (1929) „Księg. Św. Wojciecha”. Książnica Akcji Katolickiej. 2
5) Encyklika Leona XIII o demokracji chrześcijańskiej z 1901 r. Kraków 1908. Pozw. druk. kardynał Puzyna.
6) Hlond, August, j. wyżej. str. 25.
7) Encyklika Piusa XI o małżeństwie chrześcijańskiem. Przekład bp. S. Okoniewskiego W-wa 1931. „Kronika Rodzinna”, str. 74.
8) Encyklika Leona XII o demokracji chrześcijańskiej. W-wa 1901. Nakł. „Przegl. Katol.” Imprimatur Archp. Vars. Vicentius.
9) Zob. artykuł prof. Kotarbińskiego „Obowiązek nienaukowości”, „Racjonalista” Nr. 1 z 1931 r.
10) List Piusa X do kard. Svampy, wg. Guerry, jak wyż. strona 22.

Miesięcznik ukazujący się w latach 1930 – 1935 wydawany w Warszawie przez Warszawskie Koło Intelektualistów Polskiego Związku Myśli Wolnej. Redaktorem i wydawcą był Józef Landau a publikowali w nim min. Tadeusz Kotarbiński oraz Henryk Ułaszyn. Czasopismo to podejmowało sprawy światopoglądowe, wyznaniowe a także problemy społeczne i edukacyjne, takie jak obecność religii w szkole i w życiu państwowym i etyce, stosunki polsko-żydowskie, nacjonalizm, hitleryzm. Mottem miesięcznika był cytat z „Deklaracji Myśli Wolnej” (F. Buisson): Myśl wolna nie jest doktryną, jest metodą swobodnego myślenia

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close