• Słowo
  • 19.02.1937
  • Wilno
  • Rok 16, Nr 49

Specjalny reportaż z Łodzi
Co chciałem zobaczyć w mieście ciężarowych koni? (cz. 1)

Padał gęsty, mokry śnieg i on niewątpliwie stał się przyczyna katastrofy. Pociąg idący z Zemgal zdruzgotał na przejeździe kolejowym furmankę. Wlókł ją potem przez pół kilometra, nim zdołał zahamować, a później stał pół godziny w polu. Lokomotywa, szprychy jej kół, bufory wszystko dosłownie oblepione było mięsem, z którego ściekała krew. Nie było tylko konia. Uciekł w pole z połamanemi hołoblami. Koło grudy mięsa ludzie deptali śnieg, paląc pochodnie, lokomytywa dyszała strasznie. Wiatr targał ogniem i wyglądało jak w piekle: noc, ogień, para, mięso i krew. Spoczątku przypuszczano, że ofiarą padło wielu ludzi. Dopiero później znaleziono tylko jedne – jedyne zwłoki. Człowiek ten, w ostatnim dniu swe go życia wiózł mięso. Mięsem tem naładowana była furmanka i mięsem tem oblepiło parowóz. Zabrano trupa i pojechaliśmy dalej. – To był nieszczęśliwy wypadek. – To była jednocześnie jedna z przyczyn dlaczego przyjechałem do Łodzi z opóźnieniem.

Łódź ul. Piotrkowska - lata trzydzieste XX wieku

Łódź ul. Piotrkowska – lata trzydzieste XX wieku

Drugą przyczyną był Szloma Hepner, biuralista, lat 27-miu, zamieszkały w Łodzi przy ul. Lipowej pod numerem 6tym. Otóż Szloma Hepner rzucił się, w zamiarze samobójczym, wprost pod koła luksusowej torpedy (M.T.E.) kursującej przez Koluszki, pomiędzy Warszawą i Łodzią. Poniósł oczywiście śmierć na miejscu. – To już była Łódź.

Śnieg topniał i tworzył ogromne kałuże, do których ściekała oliwa z pociągów i krew biednego Szlomy. W powietrzu panowała mgła. Gęsta, tłusta jakaś, oblepiająca latarnie, setki i tysiące latarni rozrzuconych het po równinie. Z mgłą mieszał się dym fabryczny, ale kominów nie można było dostrzec. Ten zaś kto patrzał pod nogi, widział tylko brudną wodę. Na peronie na schodach, na płytach chodnikowych, na (pożal się Boże!) ścieżkach skweru, pomiędzy drzewami. Tak, prócz tego pomiędzy niemi stały też latarnie, ale nie chciałbym zostać drzewem, żeby rosnąć – w Łodzi! Za żadne skarby najbogatszej manufaktury!

Byłem tak zmęczony podróżą, że zdołałem dotrzeć zaledwie do najbliższego hotelu, po drodze dwukrotnie zaczepiony przez prostytutki. Portjer zapytał mnie na progu:

– Pan sam, czy…
– Z walizką. – odparłem.

Uśmiechnął się ironicznie i zmierzył wzrokiem do stóp zabłoconych trzewików, bo w Łodzi chodzą wszyscy w kaloszach. – Zażądał dokumentu i zaprowadził do numeru.

* * *

Łódź jest miastem koni ciężarowych, jak Warszawa jest miastem taksówek, a Wilno rozdzwonionych saneczek i rosyjskiego typu ,,proliotek”. Ciężkie, nieharmonijne stąpanie tych koni obudziło mnie rano gdy myślałem, że dopiero świta, ale to była ta sama mgła z ubiegłego wieczoru. Olbrzymi blok po byłej fabryce przysłaniał niebo do połowy, tak że wolałem zapalić światło, żeby się ubrać.

Ciężki klekot kopyt końskich towarzyszył mi gdym szedł ulicą. Słyszałem go za oknami, gdym pił kawę, słyszałem nawet w chwili, gdym przyciskał do ucha słuchawkę telefoniczną. Konie, wielkie jak dromadery, ciężkie jak przemysł, opasłe jak handlarz żywym towarem. Ciągnęły fury, platformy, brezentem kryte wozy. – To jest Łódź.

Nad niem niebo jak pomyje.

Jest więc rzeczą naturalną, że pod takiem sklepieniem chodzą wszyscy w kaloszach. Już o godzinie dwunastej w południe, w jednej z rzędu najelegantszych, Cafe Grand Hotelu słyszałem jak Lodzermensz wymyślał szatniarza:

– Ja tego nie rozumiem, jak pan mógł podać moje kalosze komu innemu. Trzeba wiedzieć komu się podaje kalosze!

I to jest też Łódź. Przecięta jedną, wielką wstęgą niesamowitego harmideru, której na miano: ulica Piotrkowska. Łódź w kawiarni „Astoria”, gdzie podłoga wysypana jest trocinami jak w porządnym chlewie, a górą przykryta warstwą tającego błota i niedopałków papierosowych. W tej kawiarni zwróciłem odrazu na siebie uwagę i oczy wszystkich. Oto wchodząc zdjąłem machinalnie mokry kapelusz. Mogłem też zaraz wyjść bez żalu, że niema wolnego stolika. Wszystkie były zajęte, nad wszystkiemi chwiały się niezdjęte i mokre jak mój kapelusze, na wszystkich blatach leżały i obracały się w gorączkowej gestykulacji brudne, chwytne palce żydowskich kombinatorów handlu.

I to jest też Łódź, którą mi pokazano wieczorem w innej jeszcze kawiarni. Nie ma tu żydów, jak niema czystej w bywalcach rasy. Proszę: ten młody chłopiec nad pustą ,,pół-czarnej” wyczekuje… Na co? – Na tą niech pan spojrzy! – Idzie młoda, w zielonej sukni pani, troszeczkę tylko starawa i zwinnie omija stoliki. – Kto taka? – Handluje płcią siostrzaną. Może pan u niej zamówić każdą dziewczynkę. – A ten łysawy, który siedzi pośrodku, ten pan nad ciastkami bez herbaty. Typ! Sprzeda panu i wagon bawełny i skradziony (byle złoty) zegarek. Tu wytworny komisarz policji, tam znany z wileńskich występów aktor, ówdzie dwóch dziennikarzy i po lożach porozsadzane młode i ładne. – Zachwycające? Oho ho!

– A któż ci wszyscy starsi i młodzi, ci podobni sobie z nieokreślonego typu? – Lodzermensze!

Wiatr nie wyje za oknami. Dawno już sobie połamał skrzydła na fabrycznych kominach, zanim dohulał do ulicy Piotrkowskiej. Sączy się tylko drobny deszczyk i topnieje śnieg w podwórzach. U sufitu szumią wentylatory, snują się kelnerzy, ci zdaje się najczystszej rasy aryjskiej, z rzędu takich co głosowali na adwokata Kowalskiego do Rady Miejskiej. Nie podejdą do stolika, przy którym siedzi żyd.

– Ale tu i tam jedno – to samo.

Handel und Gewerbe. – Bo to jest Łódź.

Przyznam szczerze, że taką ją sobie wyobrażałem. Zdarzyło mi się po raz drugi, że jestem w mieście, o którem słyszałem wiele lat nie widząc go nigdy, a jedynie wyobrażając i oto wyobrażenia nie splatały mi figla. – Pierwszem był uniwersytecki Dorpat. Jakże mógł być inny od tamtego w parku, z wyciętemi na ławkach wizerunkami serc, studenckich marzeń wodotrysków, pomników, schludnych uliczek i śpieszących do Kirchy staruszek, gdy na niebie zjawiło się słońce.

Drugiem miastem – Łódź, tonące we mgle i dymie, błotne, zasklepione w sklepach, człapiące w kałużach, zażydzone od suteren do poddaszy śródmieścia, wynędzniałe robotniczemi peryferjami chrześcijan, aż do straszliwych nor, które cuchną i przejmują zgrozą.

Jeżeli mam koniecznie dopełnić obrazu Łodzi to bym go dla wileńskich czytelników uprościł działaniem matematycznem: weźmy ulicę Niemiecką i podnieśmy ją do potęgi sześciuset tysięcy mieszkańców. Równa się Łódź. Bo ani ogrom fabryczny, ani nędza bezrobotnych dzielnic nie jest tak charakterystyczną dla zewnętrznej, oczywiście, fizjognomji Łodzi, jak właśnie tysiące małych i zupełnie maleńkich sklepików, tudzież morze, bardziej handełesów niż handlarzy, pośredników, przekupniów bardziej brudnych niż niebieskich ptaków, żyjących nie wiadomo z czego i… nie wiadomo poco.

Ale oczywiście nie to mnie interesowało w mieście, co do którego wszyscy się zgadzają w Polsce, że czyni niesamowite wrażenie przez zesencjonizowanie „życia dla pieniądza”. Przedewszystkiem tak jak do Gdyni, wyjeżdżając z wileńskiego podwórka, chciałem spojrzeć z naszej perspektywy, a może z tego porównania wyciągnąć jakąś naukę na przyszłość, ostrzeżenie, wskazówkę, czy tylko uczucie trochę masochistycznego bólu, że my, tu, ze wszystkiemi sentymentami z nieodnalezionym grobem Witolda i niedobudowaną bindugą w Drui – ale jesteśmy na samym ostatku.

Pozatem kryzys. Otóż, powiedzmy, moda przychodzi do nas po rocznem spóźnieniu z Paryża. Przed nią tylko głucha wieść, że spódnice będą za kolana, czy do pół łydki kobiecej. Czy jednak aby napewno? – W ten sposób dochodzą nas pogłoski w materji nie mniej od mody ważnej, naprzykład: Kryzys się kończy! To byłoby i dla nas coś i dla nas wstrząs. Zdawało mi się, gdy jechałem po trupie Szlomy Hepnera do Łodzi, że znajdę w niej ten sejsmograf dla całej Polski na zbadanie tego rodzaju wstrząsu. Bo gdzież jeżeli nie w największem skupisku ludzi dla pieniędzy, handlu, przemysłu, kapitału, pracodawców i pracobiorców, wytwórców i konsumentów, gdzież indziej w Polsce mogliby wprzódy ujrzeć zaćmienie kryzysu – jak nie w Łodzi!

Po trzecie losy „polskiej Hiszpanji” wydają mi się w pewnej mierze zależne od Łodzi. Największe masy robotnicze, obok pierwawo sorta Lumpenproletariat’u Polski Manchester tylko, czy i polska Moskwa?

A jeżeli do rady miejskiej miasta – Łodzi przeszło aż 13-tu (trzynastu!) komunistów, to w jaki sposób się dzieje, że w tem samym mieście Łodzi kapiącem od żydów, wybuchają fajerwerki antysemityzmu, dotąd tu nie notowane, ani przez policję Imperjum Rosyjskiego, ani Republiki Polskiej?

Oto stawiając sobie te i tem podobne pytania, zaznałem trochę rozczarowań, trochę niespodzianek bardziej nieoczekiwanych, niż ta przytłaczająca ilość ciężarowych koni nad ciężarowemi samo chodami, której nie spodziewałem się ujrzeć na ulicach Łodzi.

J.M.

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close