• Słowo
  • 19.02.1939
  • Wilno
  • Rok 18, Nr 49

JÓZEF MACKIEWICZ

Kara chłosty

Z PAPIEROSEM W USTACH…

Mijamy wszystkie stacje za Baranowiczami w dół, coraz głębiej pogrążając się w lasy. Nie potrzebuję się wychylać do zamokłej szyby. I tak na pamięć znam kolejność: za Honczarami będą Budy, za Hancewiczami Lusino, za Malkowiczami – Luszcza… Wiem, że po obu stronach stać będą sosny i świerki, a w miejscach bagiennych gołe olchny. Bywa, że człowiekowi obrzydnie, raz przecie, wypatrywać obumarłe w zimie oczerety, suche trawy, nieskończone pola omszałych kęp, wiecznie nieruchomą wodę bagienną i deszcz, deszcz. Tyle rzeczy zna się już z tego życia napamięć i równie dobrze mógłbym nie słuchać jedynego w przedziale kolejowym towarzysza podróży, który powtarza odwieczne historje, gdyby nie nagła jego konkluzja:

– Kara chłosty!

Puszczamy jednocześnie dym z papierosów, obydwaj milkniemy, obydwaj się zastanawiamy.

Towarzyszem tym jest lekarz powiatowy, czy też tylko asystent powiatowego szpitala – okoliczność, która nie wpływa na zmianę sprawy. Błąkał się po miasteczkach, „służył” w jednym, drugim i trzecim powiecie, z Oszmiany zdaje się, przenosi na Polesie i to też nie wpłynie na zmianę charakteru pracy. Dwie drogi mniej, parę tysięcy hektarów lasu więcej, czyż nie wszysko jedno! Mimo regjonalne parcelacje – ludzie ci sami, a to stwarza grunt, na którym pracuje. Wszędzie te same choroby „z przelęknienia”, wszędzie też rany zadane tępem lub ostrem narzędziem. Tu i tam są kosy i koły, siekiery i „świńcówki”, noże, „obrezy”, polana i inna broń ręczna. Jak kraj dług i szeroki, biały od kory brzozowej, podmokły, strzechą kryty, za jedyną rozrywkę mający wieczorynki, wesela i chrzciny, samogonem i krwią zalewane.

Lekarz powtarza smutne prawdy. Pijaństwo i chuligaństwo szerzy się, a nie maleje. To, co czytamy w kronikach kryminalnych, to są odpryski, zdziesiątkowane relacje strasznej rzeczywistości. – Wiem o tem. – Na marginesie przypomina się idylla, ujęta w książce Łopalewskiego „Między Niemnem i Dźwiną”. Jego opisy zwyczajów i obyczajów, obchodów ludowych i ceremonij, z których opuścił rzecz najistotniejszą: krew. Poprostu fałszował prawdę. Zaczyna się bowiem weselem, a kończy bójką. Chrzci się wodą święconą dziecko w kościele, a później starsi w chacie piją samogon, a później kłują siebie nożami, zadają ciężkie rany („uszkodzenia ciała”) mordują nawzajem; i żeby choć była jaka po temu przyczyna! – Pisze „Szlach Moładzi”:

„…adny chacieli polki, a druhija kadryli. Paczali bieca za światłom, pasla światło zhasili, dziauczaty pauciekali, haspadar pad piecz, a jany rezalisia. Paśla znajszli adnaho z Widauskich zarezanaho, druhoha mocna parezanaha, a reszta, pabityja pauciekali. Ureszcie pryjszła palicja”…

Żadna „wieczorynka”, żadne weselisko nie obywa się bez dwóch zasadniczych elementów, bardziej charakterystycznych od tradycji ojców: samogonu i krwi.

– Pan wie co to jest świncówka?

– Wiem.

Najpierw tak sobie, dla zabawy, a później ktoś trzaśnie polanem po naftowej lampie, „dzieuczaty” uciekają z piskiem, wiadomo baby. Gospodarz jest nawet bezsilny we własnej chacie, dzieci uciekają pod łóżka, a dobrze jeżeli na przednówku jest pod niem parę worków nasiennego zboża, za które się można schować! Zbóje, chuligany, nazywają się: „chłopcy”. – A. aaaa! zabili człowieka! – Oczuchają się na minut pięć. czasem nawet pomodlą i piją dalej i biją się dalej. Bez awantury być nie może. Chuligan – to pan. On rządzi, jego to pijana fantazja rozkazuje we wsi, jego krwią nabiegłe oczy wskazują nowe ofiary.

I znów mówi lekarz:

– Pan nie ma pojęcia do jakiego zdziczenia doszło do wsi!

– Ależ mam pojęcie.

– Wiele opatrunków, wiele pomocy trzeba w ciągu tygodnia udzielić rannym!

– No?

Ale lekarz zamiast przytoczyć statystykę, macha ręką. – Zapalamy nowe papierosy. – Co to było? – Pewnie Bostyń. -Droga rozmoknie, psia krew, ani saniami, ani w kołach… – A pan ma daleko od stacji?

– Uhum.

Jedziemy dalej.

– Policja jest najczęściej bezsilna – ględzi lekarz. – Zresztą czy zawsze i czy wszędzie może dotrzeć? Oczywiście nie. Z reguły zaś już po niewczasie. Prawo karne w tych wypadkach zbyt łagodne. A chuligaństwo się szerzy. Plaga. Szarańcza. Jak go wytrzebić? Jeżeli obecne normy kodeksu okazały się nie dostosowane do tej specyficznej przestępczości, trzeba szukać nowych. Naturalnie, że szubienica za zabójstwo na weselu, po pijanemu, a najczęściej „przypadkowo” nie jest miarą równorzędną zbrodni. Raczej poprostu: nahajka! – Oto dlaczego – konkluduje lekarz:

– Ja bym wprowadził karę chłosty.

Specjalnie dla pewnej kategorji przestępstw, specjalnie dla tych, podpadających pod popularną nazwę „chuligaństwa”, niezależnie od definicji, jaką dla tej nazwy wynajdą później prawnicy w słownictwie karnem.

Publiczna chłosta. Oto środek! – Gdzieś pośrodku wsi, albo na rynku miasteczka! – zaperza się własną myślą lekarz i zaciera nerwowo ręce, tylekroś zbrukane krwią chuligańskich ofiar. – Wsypywałbym, wsypałbym bez litości i bez miłosierdzia, za te wszystkie awantury, bójki, zaczepki, za każdy siniec!…

Niezgrabnie wciąga burkę i wysiada w Dziatłowiczach. Czyjaś głowa w baraniej czapie kłania mu się uniżenie na peronie i chłop odebrawszy z rąk walizkę, pomlaskując buciskami w kałużach, ugrzecznionym truchcikiem prowadzi do furmanki.

W Łunińcu przesiadam się; jadę do Pińska.

Ma rację lekarz! Ma ją – niestety. Trzeba się dobrać do skóry chuliganów, trzeba poprostu łoić batogiem, pokazać ową osławioną „silną rękę”, gdzie jej życie wymaga.

Wyrudziała trawa. Środkiem Jasiołda płynie, czy też stoi na miejscu? Ani jest płytka, ani rozlana. Czy to lód, woda, czy śnieg? Ot, nieuchwytna pogoda zimowej odwilży. Ale na upartego możnaby ją definjować naukowo. – Na upartego, można różne przejawy potocznego chuligaństwa ująć w surowe karby i specjalnie za tego rodzaju przestępstwa wprowadzić – karę chłosty, jak tego chce lekarz. Zapewne ułatwiłaby mu pracę w szpitalu sejmikowym…

Zapewne utrudniłaby ją stokrotnie prokuratorowi…

Bo…

UCIEKAMY DOROŻKĄ!

Że też człowiek może wypalić tyle papierosów na trasie Baranowicze – Pińsk, tyle razy potakująco kiwnąć głową nad oczywistą słusznością cudzych wywodów, znać kolejność stacyj, patrzeć na brzozy i rojsty, znać po imieniu i nazwisku kraj rodzony, a zapomnieć o jego rzeczywistości! Kara chłosty… Pierwsze
pytanie: obejmować ma kategorje przestępstw, czy kategorje ludzi?

Ot i ciemna uliczka! – Pociąg odchodzi w nocy. Dorożkę z trudem znalazłem. Od Piny i Prypeci dmie wicher, zły, niewyspany za dnia wicher. Wehikuł rzęzi każdą śrubką, a naprzeciw biegną mu tylko kocie łby jezdni, z prostych i bocznych uliczek zlewających rzeki całe kocich łbów, ujęte w brzegi zamkniętych na głucho okiennic. Pasażer, ponad nim buda, wiatr, chmury, atmosfera, stratosfera… czy wyżej jest – li wogóle niebo w taką noc?

W samem śródmieściu, z eleganckiego lokalu, z którego dochodzi spóźniony jazz, wypada banda gentlemanów. Bandą nazywam ich ze względu na specyficzny sposób zachowania, gestykulowania, zapowietrzania ulicy odorem alkoholu. Natomiast określenie „gentlemani” odnosi się wyłącznie do kroju strojów, w jakie byli ubrani. Tylko jeden z panów zachowuje się spokojnie: stoi pod słupem, a jego melonik leży w rynsztoku. Reszta wydziera się ku woźnicy:

– Stoj, stoj!!! Zawracaj!

– Ja pasażera na stancja wiozą.

– Won, wooon, pppasssażera! Podawaj!

I bandą całą biegną ku mojej dorożce. Zląkł się żydek na koźle, zląkłem się sam pod budą (pociąg nie czeka).

Na szczęście sprzyjała nam noc i rzadkie latarnie. Dorożkarz zaciął szkapę; rozdyndała się drynda, blaszanym klekotem odpowiedziało jej echo powiatowego miasteczka. Uszliśmy.

– Kto to był? – pytam woźnicę.

Czy pan myśli, panie lekarzu, że ów może machnął biczyskiem i powiedział wprost: „chuligani”?… O nie! On zna mores i zna się na współczesnym podziale kategorji ludzi.

– To byli… – odpowiada i choć nie powtórzę jego słów, nie mogę pominąć intonacji, w której dopatrzyłbym się raczej szacunku, może strachu, ale nie oburzenia i odrazy.

A przecież: chuligaństwo, czystej wody chuligaństwo! I jakże pan, zapytam skolei, panie prokuratorze, wystawi tych panów, wypnie ich na rynku pod karę chłosty, żeby dostali za swoje? Niemożebne! W naszych stosunkach niemożebne.

Więc cóż pozostaje? Znów dyskrecjonalny dualizm prawny, który prostą drogą wiedzie do – bezprawia.

Chłopów z Douhaha Łohu, czy Dziatława, czy Bierieziec, za jedne, drugie wesele w ciągu roku – batogiem, batogiem! ich mać… żeb wiedzieli (ich mać!), że nie wolno nachlewać się samohonu, a paśla – robić awantury! A panów, którzy dzień w dzień w „palais de danse’ach” i innych, z wyszynkiem do 3-ej w nocy…

Człowiek siedzi w restauracji. Wwala się taki „gentleman”, zaczepia o cudze stoliki, zaczepia obcych ludzi przy stolikach, a jeżeli w końcu wyniknie mordobicie, telefony do komisarjatów, czy do komendy placu, to nazajutrz równocześnie, uprzejma interwencja wytrzeźwionych już panów w redakcjach: „Nie piszcie, proszę… Nieprzyjemna historja… Człowiek wypił za dużo, głupstwo się stało… poprostu głupstwo i już!”

Każdy rozumie, że wystawianie takich panów pod pręgierz, powiedzmy gdzieś na uregulowanym wreszcie Placu Katedralnym w Wilnie, w biały dzień, ze względu na ewentualne ich stanowiska w hierarchji służbowej, które nie ośmielam się nawet przytoczyć w przypuszczeniu – jest poprostu wykluczone.

I dlatego zmieniam zdanie: lekarz nie miał racji. Kara chłosty za „chuligaństwo” nie może być wprowadzona w życie. Poprostu dlatego, że w naszych warunkach interpretacja przestępstwa ulegałaby, zależnie od persony przestępcy, takiej modyfikacji, takim skrętom i wykrętom, że otwierałaby pole nie dla wykonywania prawa, a dla jego obchodzenia, stałaby się nowem źródłem krzywdy, niesprawiedliwości społecznej, źródłem nadużyć i postępowania „dyskrecjonalnego”.

Nie różnice społeczne wytwarzają bowiem doraźne poczucie krzywdy. Różnice były i są związane z życiem, rozszczepić się z niem nie dadzą. I tam, gdzie ujęte są w normy prawa, tam właściwie tryumfować może raczej sprawiedliwość. – W takich wypadkach dla inteligentnych panów, których uczono i wychowywano, którzy dochrapali się stanowisk, zmuszających do „świecenia przykładem”, powinna być stasowana surowsza kara za codzienne brewerje po knajpach, niźli dla ciemnego chłopa, który raz czy dwa razy do roku porżnie sąsiada nożem na weselu.

Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości wyrasta dopiero na podłożu stosowania w praktyce różnic… które w teorji nie istnieją, (Konstytucja!) a więc wbrew prawu. Doprowadzone są w naszych warunkach do niebywałego nigdy przedtem rozrostu, przerostu, w porównaniu do systemu przywilejów stanowych!

Mówi staropolskie przysłowie: „co można wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Możemy twierdzić, że przysłowie to jest wulgarne, ale nie możemy zaprzeczyć, jakoby już nie było aktualne!

MARZENIA NA POKŁADZIE

Kiedyś płynąłem statkiem po Polesiu i wyszedłem na pokład, ażeby się lubować pierwotnem pięknem krajobrazu. Księżyc, woda, cisza, dzikie obszary. Wiatr od wschodu. Żydzi i chłopi stłoczeni na ławkach, brudne toboły, towary – jednem słowem egzotyka. Ale kilku pasażerów, takich, ze złotemi guzikami, zdołało się upić w „bufecie”. – Statek wprawdzie idzie dalej, swym krętym kursem Prypeci, ale niema już piękna, ciszy, kontemplacji, marzeń przy księżycu. Bo ponad wszystkiem zapanowała jedna, długa, nieustanna litanja wyzwisk, chamstwa, przekleństw. – „…taki synu, i taki synu i z …….. synu” i jeszcze raz od początku, naopak, tam i nazad i spowrotem!

– Jjjjasiu!…

Gdzieś w szuwarach krzyknął kaczor…

A na pokładzie: „…nabbbijem im mmmordę! Kklawo?”

– Dzikie pola. Hen, zagasły ostatnie światła ludzkich osiedli…

Nagle do chłopa:

– Ej, ty… taki synu… won zzz drogi, bo jak…

Było nas dwóch panów i jedna pani. Cóż: my „panowie”. Radę sobie damy. Za pieniądze opłacamy osobną kabinę, tyle tracimy, co oglądania krajobrazu. Schodzimy w dół, zamykamy drzwi i pijemy herbatę. Ale tam, nad głowami, szaleje dalej zdrowe chuligaństwo! – Ludzie wytrwać muszą, bo muszą dojechać. Nikomu do głowy nie przychodzi się przeciwstawić, protestować, a tembardziej wziąść za mordę jednego z drugim i!… – Sza, sza, nie wolno się unosić! Przetaczają się więc z dzioba na rufę, z rufy wracają na dziob. – Nu, co wielkiego, nu… mityguje dobry kupiec i właściciel statku -oni wraz zasną, nu wypili trochę, nu niema żadnego gewałt.

Spróbuj pan takich przedstawić do kary chłosty! Żebyś za samą propozycję nie dostał przytem fangę w nos i kopniaka za burtę!

AUTOBUS OBOWIĄZUJĄCYCH PRZEPISÓW

A prawo przecie istnieje. Powiedzmy na biletach wileńskich autobusów miejskich napisano wyraźnie, że jazda z nieważnym biletem uważa się za jazdę bez biletu, a wtedy trzeba opłacić jego cenę dwukrotną, czy tam czterokrotną, już nie pamiętam. Taki przepis. I może być też stosowany z całą skrupulatnością.

Pewien pasażer miał bilet do „Królewskiej”, a chce wysiąść o przystanek dalej. Na tym szwindlu przyłapuje go kontroler: „zapłać pan karę”. – Pasażer się stracił, poczerwieniał, zamiast wymyślać, grozić i awanturować, sumituje się gęsto i tłumaczy. Przegapił przystanek. Skutek oczywisty: czem bardziej miękkim i wystraszonym staje się pasażer, tem pewniejszym siebie i bardziej groźnym kontroler. – Pasażer ma wytartą jesioneczkę i takąż wytartą teczuchnę z żółtej ongiś skóry. Szuka po kieszeniach i wreszcie czerwieni po białka oczu:

– Nie mam pieniędzy – szepcze w zakłopotaniu. Wstyd mu przytem, bo autobus pełen jest ludzi.

Wówczas kontroler władczo zatarosowuje drzwi wyjściowe i mówi służbiście:

– W takim razie wylegitymuje pana policjant.

Ale policjanta niema koło przystanku „Poczta”. Wytarta jesionka siada z rezygnacją spowrotem. Autobus jedzie dalej, kontroler pilnuje drzwi. Ale policjanta niema też przy następnym przystanku „Sawicz”, ani przy „Hetmańska”, ani przy czwartym skolei: „Hale”. Jest dopiero przy piątym: „Ostra Brama”. I uległy pasażer przez pół miasta dał się przywieźć pod Ostrą Bramę, hen od celu swej podróży i wysiadł cicho i dał się wylegitymować policjantowi, i spisano nań protokół. Ale co najważniejsze, nie on, a kontroler miał rację. Taki przepis. A że policjanta nie było bliżej, to nie jego wina?

Przepraszam, „przepis” dotyczy kogo? – Pasażerów oczywiście. – Pasażerów wogóle, czy tylko pewną ich kategorję? – Oczywiście wszystkich!

I teraz wyobraźmy sobie pasażera w tej samej co tamten sytuacji, ale nie w wytartym paltociku i zaczerwienionym ze strachu i kataru nosem, ale takiego, jacy to po wojewódzkich miastach rozjeżdżają, z poważnemi minami… Takiego na stanowisku, albo, co plastyczniejsze, w – mundurze!

Pozwolę sobie pana zapytać: taki pozwoli siebie ubezwłasnowolnić kontrolerowi? Taki pozwoli pod przymusem wozić się przez pół miasta w poszukiwaniu policjanta? Co? I będzie siedział jak baranek i czekał, aż mu kontroler pozwoli wyjść z autobusu? Taaak?

Oczywiście, rzeczy takiej rozważać nie można na poważnie. Ewentualność podobna zajść nie może chociażby ze względu, że kontroler obraca się wśród warunków rzeczywistych i na myśl mu nie przyjdzie stosować wtedy sankcje, kiedy obrócić się mogą przeciwko niemu, żeby go nawet chroniło tysiąc „przepisów!”

Co tam autobus!

Wieleż to razy wystarczy powiedzieć w życiu grzecznie, dobitnie, ale z godnością: „Nie zawracaj pan głowy” i – minąć barjerę.

Jakkolwiek setki tysięcy przepisów biurokratycznych, mających pretensje do normowania życia publicznego, nie przewidują zazwyczaj wyjątków i z reguły dotyczą „ogółu obywateli”, o których twierdzi prawo, że są wobec niego równi, bez różnicy płci, wyznania i narodowości… Widocznie prawo trzeba zmienić, skoro się go nie respektuje. – Bo nie prawo bywa źródłem niesprawiedliwości, a brak dlań respektu w życiu.

O 20-tej MINUT 5

W Smorgoniach był targ. Wieczorny pociąg odchodzi do Wilna o 20 min. 5. Ludzi przybyło na dworzec sporo. Kosze i toboły świadczą, iż z zakupami wracają do miasta. Wiozą przeważnie mięso. Różnica cen niektórych gatunków, pomiędzy Wilnem i Smorgoniami, wynosi ponoć 40 groszy na kilo. Większa partja może się opłacić i nawet stanowić o zarobku. – Ciemno. Śnieg z deszczem. Dołem błoto. Dworzec nie elektryfikowany. Kopci lampka naftowa, ale to może i lepiej. Poco się rzucać w oczy i pokazywać swe towary. Rzecz przecie wiadoma: w Smorgoniach nabyło się mięso niestemplowane, a takiem handlować nie wolno. Przy jasnem świetle trzeba mrużyć oczy, a przy kopciółce stać można cicho w kącie, nie pokazując zabłoconych bagaży.

Ale policja ma elektryfikację w kieszeni. Przychodzi ich trzech, z przodownikiem, wyjmują latarki, świecą i zabierają się do rzeczy: „pokażcie, co tam macie!”

Rewizja wykazuje mięso, mięso niestemplowane. Naturalnie protokół, konfiskata i związane z niem żale, biadolenia i prośby. Ten chłop przestępuje z nogi na nogę, tamta baba chce płakać i t. d. Taki mizerny zarobek miał być, a teraz będzie kara i strata! – Na większy zarobek liczyli panowie kolejarze. Ich nie kosztuje transport; 40 groszy na kilo, zysk czysty jak złoto. Nakupił jeden z nich mięsa, taki starszy jegomość, w mundurze i chce do Wilna przeszwarcować. Aż tu policja bierze go, jak to mówią, „za hals” i spisuje protokół. – Zaczyna się stawiać, później wykręcać, w końcu prosić i coraz to przodownika za rękaw odciąga na bok, dalej „od ludzi”, gdzieś, gdzie już tylko cienie dochodzą od pełgającej naftówki.

Argument: „Panie przodowniku, niech pan ma na względzie, Ja też służę…

– Jak pan „służy” – odpowiada mu przodownik – to wiedzieć powinien, co to jest służba! Ja właśnie „służę” teraz!

Amen – chciałem dopowiedzieć i – brawo, panie przodowniku! – Ale nie klasnąłem w dłonie, tylko przyglądam się ludziom.

Może to była z ich strony tylko ludzka Schadenfreude, – może podniosła w nich ludzkie poczucie godności, które często towarzyszy poczuciu sprawiedliwości… Może mnie się to zresztą tylko tak wydało – że nagle przestali się biedzić nad własną stratą, a patrzą, co będzie z kolejarzem? Ożywili się jakby, spoważnieli i chłop nie biedoli i baba nie chlipie. – Bo jak wszystkich, to wszystkich! I jeżeli już policja nie przepuści i „temu kolejarzu”, jeżeli go nie chronią ani orzełek na czapce, ani guziki munduru, to „musi być prawa taka dla wszystkich, a nie tylko co dla biednego narodu, ciemnego. Znaczy się sprawiedliwość dlatego jest”. – A jak „po sprawiedliwości” to niema co i gadać?…

Rozumnie, słusznie, sprawiedliwie postępuje przodownik. – Gdyby jeszcze ta pewność, gdyby przekonanie, ze postąpiłby podobnie, nie tylko z „kolejarzem”, ale z „wyższym kolejarzem”, ale też z „wyższym” wogóle urzędnikiem, ba… marzenie! – z dygnitarzem! moglibyśmy spać spokojnie.

Pociąg odszedł 20-ta, minut 5.

I gdyby tak wszystko szło, od góry do dołu, „po czystej sprawiedliwości, co komu należy i za co”, to może i karę chłosty możnaby wprowadzić za objawy notorycznego chuligaństwa bez ujmy i obawy, że tej sprawiedliwości nie stanie się zadość.

Józef Mackiewicz

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close