• Słowo
  • 24.02.1937
  • Wilno
  • Rok 16, Nr 54

Specjalny reportaż z Łodzi
Nie zrozumieć, a znienawidzieć tam można komunizm (cz. 4)

Jeżeli miałem nadzieję, że w Łodzi dostrzegę być może symptomy zbliżającego się końca kryzysu, to tylko dlatego, że jest to miasto drugie po wielkości w Polsce, którego mieszkańców nie interesuje nic poza handlem, przemysłem i – pieniądzem. Muszą więc na tego rodzaju zjawiska być bardzo czuli, nie będąc czuli na sprawy absorbujące bliźnich w innych miastach.

Naprzykład nie widać w Łodzi żebraków, przynajmniej w proporcji do tamtejszej nędzy i jej ilości. Nikt nie chwyta ciebie za rękaw co kilka kroków, jak to się dzieje w śródmieściu Wilna. Bo nikt niema czasu przystawać na ulicy, ażeby się pozbyć kilku groszy i nikt się tych kilku groszy nie chce pozbywać. Erbarmungslos – jest Łódź i o tem dobrze wiedzą biedacy, że na żebraninę szkoda czasu.

Mówiono mi też, że wszystkie trzy teatry łódzkie potrafią wykazać za wieczór łączną kasę – 300-tu złotych… Ale kina są pierwszorzędne i potrafią dawać premjery na całą Polskę. Takie „Rialto” naprzykład.

A mimo wszystko nie sądzę, iżby cokolwiek w Łodzi zapowiadało koniec kryzysu, albo zapowiadać mogło, albo żeby Łódź mogła w czemkolwiek odegrać większą rolę, czy wpływ na gospodarcze kształtowanie sytuacji polskiej. Nic tam, na najbliższą przynajmniej przyszłość, nie przewidują rozkwitu, ani nowej konjunktury, ani perspektyw wielkiego horyzontu, ani solidnych inwestycyj. Gdzie się da pracuje się staremi maszynami w starych fabrykach, gdzie się nie da obchodzi prawo, jak w przemyśle „anonimowym”, bankrutuje naprawdę, czy fikcyjnie, albo się pali…

Być może jest trochę przesady w opowiadaniu, że codziennie pali się około sześciu małych fabryczek żydowskich. Asekurują się, a później pali i znów asekuruje. Stare kawały, ale też niezawodne. Jeden z tych bussinesmanów wpadł niedawno na kilka lat kryminału, ale to innych nie odstrasza.

Już 20 z hakiem, minęło lat od upadku starej Rosji, a Łódź ciągle jeszcze pochłonięta jest wekslowaniem na nowe tory, przetasowaniem kart do nowej gry, szukaniem nowych koncepcyj, a jednocześnie łataniem dziur po kulach wielkiej wojny. – Jeden, dwóch, czy dziesięciu żydów, którzy przyszli na zmianę, to jeszcze nie konjunktura w skali europejskiej. Nie tryskają w górę zawrotne fortuny, nie robi się miljardowych obrotów, nie rzuca się sumami na politykę. Raczej od niej stroni, raczej się trochę boi.

Łódź fabryczna narzeka, wspomina i – szuka.

* * *

Łódź robotnicza politykuje. Przeżywa wraz z Europą ostre przesilenie społeczne, daje na sobie wyciskać piętno zdarzeń politycznych i pod tym względem jest może ciekawszą i bardziej zastanowienia godną, od Łodzi fabrycznej.

Wzrost nastrojów prawicowych, antykomunistycznych, antyżydowskich, w przeciągu ostatnich trzech – czterech lat, jest zjawiskiem równie znamiennem, jak bezprzykładnem dotychczas w Łodzi.

Masy, które nie szły, a już wprost biegły na lewo, fatalistycznie i solidarnie, jak lawina ku przepaści, rozbiły się nagle o skałę rzeczywistości politycznej i odskoczyły od siebie wzajemnie. Bardzo jaskrawy przykład sytuacji europejskiej, bardzo jednocześnie pocieszający, jeśli chodzi o Polskę, a w tej Polsce o miasto Łódź, która w nowej strukturze gospodarczej znacznie odbiegła od „polskiego Manchesteru”, ale zato fatalnie się zbliżyła do „polskiej Moskwy”. I oto następuje wielka zmiana, wielkie przeobrażenie nastrojów. Hurra!

Trzynasta radnych komunistów, wspólny nacisk Fołksfrontu, znaczna jego przewaga – to wszystko jest prawdą. Ale to mało być jednocześnie ostatecznym ciosem, ostatecznem zwycięstwem, ukoronowaniem długiej akcji, nagrodą za wywrotową propagandę ostatnich lat siedemnastu. Aż nagle w uświetnieniu tej uroczystej intromisji komunizmu w Łodzi, stanęły na przeszkodzie nie „burżuazyjna” ingerencja, nie nacisk z góry, a te same masy, protest idący z dołu, warstwy pracujące i nawet nie-pracujący bezrobotni.

I dlatego ważnem jest nie to, pod czyim idą w tej chwili firmowym sztandarem i za jaki chwytają się szyld. Bo tonący i słomki się chwyta. A ważnem jest tylko, że nie chcą utonąć w komunistyczno – fołksfrontowem morzu, które coraz bardziej i coraz wyraźniej zalewało Łódź.

* * *

Obawiam się, że już w poprzednich artykułach, dałem zbyt może jaskrawy dowód, jak bardzo ponure, przykre, przygnębiające wrażenie zrobiła na mnie Łódź. Jej położenie geograficzne i przekrój geologiczny, jej fauna i flora. Etnograficzny materjalizm, rodzaj zajęcia ludności. Jak ponure wydały mi się ulice i nie mniej ponure fabryki. Wstrząsające ubóstwo przedmieść, beznadziejna szarość dnia powszedniego i brudnego tłoku na ulicach.

Wieczorem na ulicy Piotrkowskiej zapala się trochę neonów, trochę reklam, o wiele więcej oczywiście, niż w takiem Wilnie, ale po stokroć mniej niż w Warszawie, albo nawet takich Katowicach. Inne ulice nie robią wrażenia „europejskiego” w stylu chociażby większych miast polskich, albo przeciętnej mieściny pomorskiej. Usiłowałem zgeneralizować i wytłumaczyć to zjawisko w Łodzi, tudzież wybaczyć je jako miastu – fabryce, warsztatowi pracy bez uciech, nastawieniu na zarobek pieniędzy, a nie na ich wydawanie.

Życie w Łodzi wydaje się mi ponure. Otóż są ludzie, którzy bez względu na przekonania społeczne, potrafią się czasem zdobywać na „rzetelną bezstronność” w ich mniemaniu, rzucając frazes: „tak, rozumiem, że – Tu… można zostać komunistą”. Mówią to wtedy, gdy patrzą na straszliwą szarzyznę takich fabryk i takich ulic; gdy stoją na podwórku, na którem się bawią wychudłe dzieci pomiędzy kloaką i śmietnikiem; gdy są zaczepiani przez falangi dziewcząt nie sprowadzonych, z lepszej drogi, przez handlarzy żywym towarem, a przez biedę.

„Zostać komunistą” to dążyć do przebudowy ustroju, a wyobrażam sobie jakby po takiej przebudowie wyglądała właśnie – Łódź.

Jeżeli coś, co było kiedyś kwitnącą rozmaitością, staje się w Sowietach jednostajną szarzyzną, to można sobie wyobrazić w jaką otchłań czarnej barwy przeistoczy się to, co było zawsze szare.

Jeżeli Łódź wygląda tak jak teraz, za czasów kapitalistycznych, to za czasów komunizmu, musiałaby wyglądać odrażająco. Zgasłoby to, co się jeszcze świeci na ulicy, zamknęłyby się małe sklepiki i bogate firmy, zgasły prywatne neony, a z niemi razem ostatnia nadzieja lepszego bytu, wybicia, zarobienia. Nędza, w której żyje dziś tylko część ludności, stałaby się udziałem wszystkich, a ponure ulice śródmieścia szeregowały na Bałuty i Chojny. – Jeżeli dziś jest mało takich, którzy się cieszą i bawią w Łodzi, toby wówczas nie byłoby… nikogo.

Na sowchoznych drzewkach siadają jeszcze ptaki, które śpiewały tak samo bywszym dworianom, jak obecnym niewolnikom. Ale w Łodzi…. Brrr!

Co rano, co wieczór szliby do pracy robotnicy, jak idą dziś, wśród mgły i dymów, tylku wytrzebieni z ostatniej energji i męskiej godności ludzkiej, a nawet ci z nich, zasłużeni w walce z „faszystowską Polską” którzyby zrobili karjerę, czy ich imieniem nazwano ulicę Piotrkowską, jak Zinowjew czy Radek w Rosji….

Zdaje mi się, że ta straszna wizja otrzeźwiać zaczyna nawet tych, którzy szli oślepieni tylko własną, prywatną nędzą.

Mnie się od szprych rozpędzonych kół maszyny kręci w głowie, mdli od dymu. Gdy patrzę na Łódź, koszary jej fabryk i gnój jej podwórków, zdobywam się na inną bezstronność i – rozumiem jak bardzo można nienawidzieć komunistów, i wszystko co reprezentuje ich totalny program zniwelowania indywidualności ludzkiej.

J. M.

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close