Obrona Wilna w styczniu r. 1919
(cz. II)

Wieczorem, późno już spotykam oddziałek litewskiego wojska, zwracam się do komenderującego z radosnem pytaniem czy nie idą do Wilna, żeby razem z polskimi ochotnikami bronić miasta? Niezbyt uprzejmie odpowiada mi, że działają na własną rękę i mają nadzieję zająć miasto uprzedzając bolszewików, którzy są tuż… „A stosunek do polskich oddziałów?” – „Porozumienie nie zostało jeszcze osiągnięte… żadnej akcji wspólnej, ani komendy”… A… szkoda. Po chwili słyszę jak po rosyjsku komenderuje żołnierzami. Takież to i Litwiny. Noc w ciasnej izdebce, pełnej ludzi i zaduchu, nie mogła dać odpoczynku; niepokój czy zastanę matkę w Wilnie (bo jeśli jest na wsi, jak ja się tam dostanę? mosty zerwane, kolej nie chodzi), żal o Wilno spać nie daje. Świta ranek 5I, ponury, ciemny, mglisty. Po rozbitej i rozkisłej drodze, jedziemy saniami do Wilna. Majaczeją jak czytana gdzieś bajka, wspomnienia spacerów czwórkami i eleganckie konne wyprawy w tej okolicy. Czyż to możliwe, że się było strojną, dekoltowaną kobietą z lśniącemi pazurkami i w atłasowych pantofelkach? Loże, sale balowe, wyścigi, śniadania z kwiatami i kolacje z szampanem? Całe to ładne, głupie życie przedwojenne, przesuwa się w pamięci jakby się domagało tęsknoty, czy żalu za niem. No, to nie, nie oddałabym godziny obecnego życia za tamtych czasów dni całe. Wszystko się w duszy szarpie i burzy, trwoga i oczekiwanie zdarzeń, jakaś mrówcza zarozumiałość, że się coś robi, jakieś dziwne szczęście, że się we wszystkiem bierze udział, że się czuje, czeka! Jest w duszy pewność, że najświętsze pragnienia lat całych się ziszczą.. że drogie marzenia Ojców i Dziadów, ale istotne ich marzenia, nie to, co w kłamliwej i obłudnej odezwie wspominał Mikołaj Mikołajewicz, przybiorą kształt realny i ich cierpienia, złożone na ofiarę Wolności Ojczyzny, wydadzą wreszcie owoce. Już wydały. Ale kiedyż dla Wilna, kiedyż dla mojej bliższej Ojczyzny, dla Litwy nadejdzie godzina Wyzwolenia, którą tak obojętnie przyjęła stolica Polski? Zbliżamy się do miasta: nic nie zapowiada walk lub wogóle stanu wojennego, pustka zupełna, martwa cisza, nie widać prawie ludzi na ulicach, strasznie brudnych i niesprzątanych od dawna, brunatno-czarny miał śniegowy leży jak na małomiasteczkowym rynku na Placu Katedralnym, niebo jest ołowiane, nieopisany smutek i przygnębienie wieją z tego obrazu. Przelatuje jakiś wojskowy konno, błysnęły polskie barwy… biedacy, ostatnie to wasze godziny tutaj… o kiedyż wrócą!? Kiedy, żeby to wiedzieć!… Najmocniejsze przekonanie, że wrócą, uspakaja mię trochę, jednak w chwili, biedy pytałam mojej poczciwej Józefuoweczki, gmerającej się na moim dziedzińcu, czy matka moja jest?, czułam, że mi tchu brakło. Jest! Wpadłam do mieszkanka i wywołuję łatwo zrozumiałe wrażenie. „Z punktu” tłumaczę, że trzeba przed wieczorem być w Landwarowie z powrotem, bo to ostatnia szansa dojechania do Warszawy! A matka moja buntuje się kategorycznie, oświadczając, że to tchórzostwo uciekać i że się dziwi jak ja, która wszystkich zatrzymywała, w 1914, teraz tak się zachowuję. Po dłuższej chwili, przy pomocy nadeszłego mego kuzyna Cz. zdołałam wytłumaczyć, że nie kieruje mną strach, tylko absolutny brak pieniędzy i artykułów spożywczych, a przymieranie głodem ani Ojczyźnie, ani rodakom nic nie przyniesie. Biegam by wynająć konie i porozdawać listy, spotykam ludzi, którzy z oburzeniem przyjmują moje zapewnienie, że Warszawa nie pomoże, bo nie jest to w jej mocy. Nie wierzą. Kap. Klin. i p. Mic. tak zapewniali, wzywając na ochotnika młodzież, nawet szkolną, że to kwestja tylko kilku dni. Wszystko dobrze zorganizowane, sztab na Zarzeczu, w domu Honesti, zaglądam tam i widzę chłopców karmionych przez Wilnianki; nie mam odwagi powiedzieć im jak jest, a starszych oficerów niema. Posyłam jednak wieść o tem co mi gen. Iwaszkiewicz powiedział, by wiedzieli czego się mają trzymać i mogli zawczasu coś obmyśleć.

Dzień schodzi na tych przygotowaniach. O zmroku wyjeżdżamy, z jakiem okropnem uczuciem… ja mam nadzieję i wierzę że się ziści, bo to czuję, i takie wewnętrzne poczucie nigdy mię nie zwiodło, ale kiedy!?… Kiedy się Wilno oswobodzi z tego, co teraz idzie?

Na drodze do Landwarowa ruch, ludzie gdzieś uciekają, w zmroku suną naładowane sanie, słychać za nami jakieś krzyki, woźnica żegna się, spluwa i popędza konie. Coś się rozprzęga, odbywa się przesunięcie władz, jedni ustępują drudzy jeszcze nie nadeszli, męty społeczne podnoszą się z dna życia. To jest ich krótka godzina, korzystają rabując; w parę godzin potem już zabierali walizki jadącym. My dojeżdżamy bez przygód, lecę na stację i męczę wszystkich Niemców, jakich zdołam dopaść, o pociąg. Wreszcie późno w nocy mówi mi ktoś, że stoi pociąg wojskowy, idę daleko i spotykam p. Swięt., który mi mówi, żebym nawet nie próbowała, bo ich całą paczkę Niemcy wyrzucili z wagonu i wobec tego dziś jadą końmi do Olity. Ja jednak chcę spróbować. Istotnie, trafiam na okropnych brutalów, najprzód wymyślają mi żołnierze, potem z wrzaskiem wpada na mnie oficer i nawet jego pies rzuca się by mię ugryźć. Ale ja zaczynam krzyczeć jeszcze głośniej i oświadczam, że pierwszy raz spotykam tak niegrzecznego oficera niemieckiego, bo naogół przyzwyczaili mię do cywilizowanego sposobu bycia z kobietami. Działa to na niemczurę; bez uprzejmości, ale grzecznie pyta mię o co chodzi i dość ironicznie zaprasza do pociągu, do którego wskakuje, bo właśnie rusza. Przeklinając go w duszy, wracam dość zaniepokojona, co będzie jutro? Mówią o pociągu dla kolejarzy i to ostatnia nadzieja. Noc bezsenna, znerwowana jestem myślą, że poco to wszystko, jeśli utkniemy w Landwarowie? Przytem naokoło strzały, wrzaski i dobijania się do naszej chaty, gdzie gospodarze umierają ze strachu. W pewnej chwili, wyszedłszy na rekonesans wedle pociągu, spotykam hr. Krasickiego, który przyjechał kupować amunicję od Niemców i jest dobrej myśli.

Poco ich łudzą biedaków? Obyż dzieciaki uwolnili z posterunków, noc ciemna jak atrament, bolszewicy mogą pochwytać to szkrabstwo jak raki w norach. O świcie jesteśmy na nogach, to jest 6I, czwarta noc niespana. Dziwnie się odwyka od snu, jeść się tylko chce ogromnie z wyczerpania, a tu o ciepłej strawie mowy niema. Dźwigamy tobołki i utknąwszy na peronie w towarzystwie kilku innych osób z temi samemi zamiarami, postanawiamy nie ruszyć się aż do skutku. Daremnie jednak łażę i wciskam się w każde drzwi, pytam i nudzę niemców. Nie chcą czy nie mogą nic odpowiedzieć, dość że ani pociągu, ani nadziei że będzie. Godziny przechodzą, marźniemy na wietrze, wreszcie wpadam na genjalny pomysł, na widok eleganckiego oficera z psem, przechadzającego się opodal. Podchodzę do niego. „Panie, zwracam się jako do oficera armji niemieckiej, o których wiem z doświadczenia, że zawsze pomogą kobietom, jadę trzy dni z Warszawy, by matkę wywieźć od bolszewików, dotąd wszystko mi się udało, teraz jedno chcę wiedzieć, czy będzie pociąg i czy nas zabiorą, bo jak nie, to niech wiem odrazu, że mam tu zostać, Panu to powiedzą, bo mnie nie chcą”.

Oficer salutuje i oświadcza gotowość przyjścia mi z pomocą, posyłam za nim tysiąc błogosławieństw i czekam z wytężeniem jego powrotu, bo teraz to aut-aut. Wraca.

„Przynoszę paniom dobrą wiadomość: my dajemy dla legjonistów polskich, wychodzących z Wilna, cały pociąg. Sądzę, że cywilów tam zabiorą. Proszę iść zaraz, pociąg stoi pod parą”.

Zaczynam mu dziękować ze szczerą serdecznością, a moje niemczysko, najuprzejmiejsze dotąd, jak się raptem napuszy i rozsroży:

„Tak! To widzi pani! Niemcy wywożą polskie oddziały, żeby je bolszewicy nie wyrżnęli, a Polacy co nam robią? Rozbrajali w Warszawie, to jeszcze nic, ale Poznań, nasz Poznań nam zabrali! Pani widzi, jacy są Polacy przewrotni i niewdzięczni!”

Zmykam, jak mogę najprędzej, powtarzając, że jestem kobietą i to niewyspaną, a polityka jest mi rzeczą obcą!.. Trochę się uspakaja, ale niebardzo, my ruszamy kłusem, dość daleko od stacji stoi ogromnie długi pociąg, a przed nim w sznury wyciągnięta samoobrona Wilna… Boże, cóż to za dzieci! A pomarnowane to, sine w ten mroźny poranek, buzie blade, oczy pozapadane, jakieś kordelasy powstańcze za pasem, łapiny ledwie dźwigają karabin, buty przemoknięte, kurteczki wiatrem podszyte. Całą noc się zbierali, szukając się po krzakach, wielu z nich od 24 godzin nic w ustach nie miało, a miny do stu djabłów! Jeden pociąga nosem i widzę, że ledwie się może wstrzymać od płaczu: „Czy tak zimno?” – pytam – „Nie”, brzmi cicha odpowiedź „ale taki wstyd”… Ach ty żołnierzyku! Nie jestem skłonna do płaczu, ale mało kiedy w życiu tyle łez wylałam; becząc jak pensjonarka, noszę tym chłopcom co mogę z zapasów, resztę cywilów do tego namawiając. Ale gdzież wszystkich nakarmić? Paru jest w rozpaczy, bo matkom nie zdążyli powiedzieć o sobie i one będą myślały, że zabici, żaden nie mógł się przygotować do drogi, bo ich z posterunków popędzili do Landwarowa. I poco to było te dzieci tak bezcelowo męczyć? Prawda, że Lwowa bronią właśnie takie dzieci, tak, ale nie przedzielają ich od pomocy polskiej Niemcy.

(dcn)

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close