Obrona Wilna w styczniu r. 1919
(cz. I)

O redakcji: Poniżej rozpoczynamy druk pamiętnika naszej współpracowniczki p. Heleny Romer, poświęcony pamiętnym dniom Styczniowym. Jak każdy pamiętnik, tak i kartki niniejsze pisane są subiektywnie i niezupełnie dokładnie może oddają to właśnie, co w danych momentach przeciętny myślał Wilnianin. Natomiast od siebie na wstępie dodać musimy to, co każdy z nas obecnych w dniach tak smutku i nadziei pełnych w mieście ukochanem pamięta niezawodnie dobrze. Pamięta smutne postępowania kapitana Klingera i chwalebny, bohaterski, podziwu godny czyn braci Dąbrowskich. Rotmistrzowi Jerzemu Dąbrowskiemu, którego dwukrotną bohaterską inicjatywę pamięta Wilno i zapomnieć nie może, na tem miejscu, przy każdem wspomnieniu o pierwszej obronie Wilna hołd złożyć należy. Prawdziwie po polsku zadźwięczała wtedy rycerska jego szabla.

* * *

Warszawa. 1918. XII. 31. Ohydny był ten wiec w sprawie Wilna. Jeszcze kilka godzin bezcelowej gadaniny! Poco to? Tam ludzie się męczą i czekają i ufają a tu frazesy i partyjne porachunki; Warszawiacy tak przywykli rozprawiać w kawiarniach w sposób nieodpowiedzialny o polityce, że ten sam styl przenoszą na wiece i rezolucje wiecowe, które są równie skuteczne, jak umarłemu kadzidło. Poszliśmy całą gromadą Wilnian, myśląc że coś posłyszymy konkretnego o obronie naszego nieszczęśliwego miasta, że ktoś coś wymyśli, czy wieść jaką przyniesie.

Ale wiec jeszcze nikogo nie uratował, a w tym wypadku trudno, by mowy, choćby zajmujące pp. Engla, Fedorowicza, Stadnickich, Babińskiego, zmusiły Niemców do uprzejmego przewiezienia koleją wojska polskiego, którego tak dobrze jak niema, zresztą Lwów też potrzebuje, a tam możliwem jest się dostać.

Naturalnie jako rezultat: „wielka manifestacja na cześć Wilna”; „domagać się obrony” i „do ostatniej kropli krwi” etc!

A do Dywizji Litewsko-Białoruskiej zapisało się dotąd koło 100 młodzieży zaledwie! Mówię o tem wręcz zebranym kawiarnianym patryjotom, na co mię mocno obrażają jacyś wyelegantowani burżuje i domagają się zapisu do wojska „tu, zaraz!” Łatwo mówić jak wiedzą, że to nie obowiązuje.

Tak więc w stanie rozpaczy, oburzenia i podniecenia wróciłam do siebie i urządziliśmy z pp. K. A. i p. S. dziwnego Sylwestra, smutnego i jakiegoś rozpłomienionego szybkością i ważnością zdarzeń. Jutro jadę.

1. I. 1919. Cały ranek przygotowania: żywność, rozmieszczenie rzeczy w razie prawdopodobnego niepowrotu, jakieś przepustki, pożegnania przyjaciół, którzy płaczą nademną, jakbym jechała w paszczę smoka. Widzę gen. Iwaszkiewicza w K. O. K. i pytam go: „Panie generale, nikt już do Wilna nie pojedzie, jeśli się tam dostanę, co mam im powiedzieć? „Że pomoc jest niemożliwa”. O Boże, Boże, Boże! tyle starań, tyle trudu, tyle latania i błagania i nic, nic z tego! Zaleje ta nawała i zagładzi to nieszczęsne miasto do ostatka! Jadę po południu, z dawnego dworca petersburskiego, który jest teraz ohydną budą z desek. W pociągu znajduję p. Wil. Pl., która też „ryzykuje” do Wilna, ale nie myśli wracać. Ze mnie śmieją, że mam taki zamiar i ja sama mało mam nadziei, ale wiem że zrobię wszystko co w mojej mocy, by dojechać i wrócić. Wieczorem w Łapach. Uprzejmi wojskowi polscy przykładają wszelkie możliwe pieczęcie z orzełkami do wszystkich papierów, jakie mamy ze sobą, ale zapewniają, że od Białegostoku Niemcy cywilów nie puszczają. Noc schodzi na rozmowie z krewnymi p. Pl., których ona niespodzianie spotyka i którzy jadą prosto z Rosji, opowiadając okropności. Nad ranem 2.I końmi do Białegostoku; na dworcu istotnie stoi wypisane, że „Durchfahr nur für militär”; rozsądny mężczyzna zawróciłby z powrotem, ale kobieta… nierozsądna idzie szturmować do władz kolejowych. „Jeśli nam Pani przyniesie pozwolenie od zarządu kolei, to damy Pani bilet”. „Gdzie zarząd?”. „Na tamtej ulicy”. Wchodzę, znany zapach niemieckiej dezynfekcji, zwykłe niemczury; tłumaczą: Jeśli Pani dostanie pozwolenie od władz wojskowych, t. j. jak teraz Soldatenrath, to damy Pani pozwolenie na bilet, ale… i od cywilnego zarządu miasta też musi Pani mieć przepustkę, bo te polskie na nic”.

„A pociąg?” „Hm… bywa zrana o 7-ej i wieczorem też…”Czy się zdąży na wieczór!? Każda godzina droga. Brnę przez roztopy śniegowa na drugi koniec miasta. W pięknym acz zniszczonym pałacu Branickich, przelatuję krużganki, sale, schody i korytarze, za 15 minut zamykają urząd! A z 50 ludzi stoi przy drzwiach, czepiam się pasa wciskającego się w nich żołnierza, który wędruje do tegoż biura, i tym procederem znajduję się razem z nim w sali, ku ogólnemu, i przyznaję słusznemu oburzeniu… ale cóż zrobić? Ja muszę przecież dojechać! Tłumaczę się najsłodszym głosem spokojnie „zbuntowanym” feldgrau, siedzącym u stołu, że oto jadę po starą matkę, by ją od głodowej śmierci i od bolszewików uchronić. Jakoś im to trafia do przekonania, nie wyrzucają mię za drzwi i piszą co tam trzeba, każąc sobie płacić jakieś małe marki. Nic, a nic się nie zmniejszyła ich systematyczność, subordynacja prawidłom i hierarchji. Bardzo się niegroźnie zbuntowali doprawdy!

Uf! Z jednym papierkiem w ręku, galopuję na trzeci koniec miasta po drugi papierek. Urzędy cywilne zamknięte. Ostatni urzędnicy wychodzą; zaczynam tak „po babsku” lamentować w ich obecności, najpiękniejszą moją niemczyzną, że któryś lituje się i wypytawszy o co chodzi (ja znów o matce staruszce i bolszewikach, i głodzie), prosi mię o pasporty (mój i p. Pl.) i obiecuje dać je zaopatrzone we wszelkie formalności po południu. Trudno, trzeba nocować. Wracam więc na czwarty koniec miasta, znów na dworzec, melduję to wszystko p. Pl., która tam rzeczy pilnowała z trudem, bo ją wypędzili z sali, i idziemy do zajazdu. Ależ żydowskie miasto! Buzi chrześcijańskiej nie ujrzeć, chyba w mundurze, lub u łapciastych kmiotków, zresztą Jerozolima wyzwolona w całej okazałości; ponieważ piątek wieczór, więc nic kupić nie można. Zajazd odpowiednio brudny do wyznania właściciela, epoki wojennej i wielkości grodu. Pod wieczór odbieramy przepustki; spać wcale nie można z emocji. Zresztą pokojowa fauna domowa, o której właścicielka eleganckiego pensjonatu w Warszawie twierdziła, że jest właściwością naszego klimatu, nie wzbudza swą obecnością zaufania do wązkiego łóżeczka i ceratowej, podartej do kłaków „kuszetki”! Rade jednak z jakiegoś odpoczynku, doczekujemy wskazanej godziny i dn. 3 I uzbrojone w dwa papierki, wkraczamy, pewne zwycięstwa do Dyrekcji kolejowej po trzeci. Dziwią się tam trochę, że nam pozwolono jechać, ale dają „ausweis” na bilet i teraz stajemy już u okienka kasy. Oglądanie skrupulatne papierów, płacimy, siadamy, jedziemy! Zwycięztwo! Aha właśnie, konduktor uprzejmie nas objaśnia, że do Olity dowiezie nas ten pociąg, ale stamtąd do Landwarowa (dalej już pociąg nie chodzi), to jak los da. Może będzie, może nie. Jest nas teraz jadących do Wilna 4-ry osoby, jakaś pani i oficer wojsk polskich, który też koniecznie musi dojechać do Wilna, ja podejrzewam go o ważną misję dyplomatyczno wojskową, a jak się potem okazało jechał po to, by w ciągu kilku godzin wziąść ślub z narzeczoną i wywieźć ją do Warszawy.

Do Olity przyjeżdżamy w nocy, czy jest pociąg na Wilno? To pytanie spędza nam sen z oczu, na szczęscie jest! Teraz jestem już pewną, że się wszystko uda, bo w życiu bywa taka passa jak w kartach, wiedzie się lub nie. Przesiadamy, zimno, ciemno i wleczemy się niemożliwie, w nocy dobijamy do Landwarowa, gdzie pierwszą moją troską jest dowiedzenie się czy będzie jaki pociąg powrotny i kiedy? Otrzymujemy odpowiedź, że dziś wieczór będzie jeszcze dla taboru wojskowego, a jutro rano dla urzędników kolejowych, czy nas zabiorą? To ich dobra wola i łaska.

d. c. n.

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close