Obrona Wilna w styczniu r. 1919 (cz. III)

Dość długo jeszcze stoją te rzędy drobiazgu, a dalej ładują w wagony konie, wozy, tren jakiś, kantynę, widzę paru oficerów z żonami, Wejtkę i Bobiatyńskiego, Grabowskiego i Klingera, twórcę obrony Wilna. Broń jedzie złożona na stos pod strażą, to warunek Niemców, kasę i papiery mają ze sobą. Zmyka do naszego wagonu okrutnie wystraszony żołnierz—poznańczyk; ledwie się wyrwał Niemcom, którzy go poznali po mundurze i chcieli rozstrzelać jako dezertera. Witamy się z D-r Majem, który też czuje się niewyraźnie w obawie rewizji papierów i z tych samych przyczyn. Wreszcie ruszamy powoli, nie wiedziałam, że wśród wojskowych byli dwaj moi krewni M. i A, Romerowie, dopiero na granicy polskiej ich zobaczyłam. Wleczemy się, jakiś młody adiutant Wejtki siada z nami i opowiada o tych kilku dniach obrony, jak dobrze była zorganizowana pomoc przez Koło Polek, jak na wsi wcale przychylnie się ludność odnosiła do werbunku. Że Niemcy w podziękowaniu za Poznań oddali Wilno bolszewikom nie nam, trudno im się dziwić, ale swoją drogą nic na tem nie zyskali. Nastrój w ciepłuszce senny i kwaśny, wszyscy zmęczęni i przygnębieni drzemią, d-r zwraca mi uwagę, że jacyś ruscy „wracający z niemieckiej niewoli, „pewnie bolszewicy”, przysłuchują się bardzo uważnie szczegółom o wojsku polskiem, „pewnie w celach szpiegowskich”, i że powinnam być „ostrożna.” Istotnie, dwaj białoruscy troglodyci w łapciach i z koszałkami z korzenia jałowcowego, nastawiają uszu w naszą stronę i nawet rozpytują. Udzielam wszelkich informacji odpowiednich do ich rozwoju umysłowego, bez obawy, która mi się wydaje śmieszna.

Noc zapada, brak ciepłego jadła daje się uczuwać, a ci tam chłopcy od 36 godzin bez jedzenia. Nagle stajemy gdzieś, słychać łoskot otwieranych ciepłuszek i okrzyki: „alle aussteigen!” Oficer rzuca się ku drzwiom: „A co, teraz pójdziemy do obozu jeńców, ja mówiłem, co tu Niemcom wierzyć”, oddaje mi papiery i rewolwer, u reszty osób emocje. Wychylam się przez drzwi i pytam dojrzanego przy blasku latarki oficera: „Tu są cywile i kobiety, czy mają też wysiadać?”, „Jak państwo chcą”, „A co się tu dzieje, czemu wołają wysiadać?” „To tutejsze Komando przygotowało mały posiłek dla młodych bohaterów wileńskiej co walczyli z bolszewikami, trochę gorącej kawy i chleb z marmeladą; otrzymaliśmy depeszę że jadą, więc co możemy”… Imponuje mi to i bardzo się podoba, to po gentelmeńsku… „To panowie ładnie postąpili, chłopcy od 36 godzin nic ciepłego w ustach nie mieli”. „Niechże panie też pozwolą, to całkiem po żołniersku, ale cóż zrobić”. W mroku słabo oświetlonej stacji, długim szeregiem suną zaspane i zmęczone chłopaki, otrzymują bochenek chleba i czarnej kawy gorącej i zasłodzonej ile chcą. Bardzo im się to podoba i już słychać żarty i śmiechy. Ruszamy dalej: o zmroku wsiedli byli do naszego wagonu p. A. Meysztowicz z moją kuzynką A. Komarową i Łubieńską, mężowie obu młodych kobiet pociągnęli taborem ku Warszawie, jadą z Łotwy. Niepokój o mężów łatwo zrozumiały, czy dojadą? Czy dojdzie też Dąbrowski ze swemi zuchami? Ci nie chcieli, się rozbroić i poszli sobie do Warszawy na przełaj, konie mają podobno dobre, ale umundurowanie czy poprostu ubranie, szwankuje, dwa kożuchy na szwadron!… Wczesnym rankiem dowlekamy się do Białegostoku alle aussteigen też i tu, „zmiana w scenach naszego widzenia”. Zupełnie inne Niemcy; zaczyna się od interpelacji generacji polskiej, zabrania kasy, a potem niemczyska zaczyaają poprostu rabować naszych chłopców; pod pozorem że widzą na nich niemieckie rzeczy, zdzierają kurtki, koce, nawet buty, rwą lornetki polowe z oficerów, rewidują czy niema broni, łają i wygrażają pięściami, ktoś mówi mi pocichu, że za krzakami, wprost nas, stoją narychtowane kulomioty, że niech ktoś się zniecierpliwi i machnie Niemca, to będą jatki… Trwa to dość długo i robi się obrzydliwie; zimno, spać się chce i jeść, a te głupie gęby wrzeszczą nam jakieś obelgi. Okazuje się, że dopiero co, na nasze nieszczęście przybył tu oddział, który bolszewicy w Ukrainie załadowali do wagonów i bez jadła, napoju i ciepłego ubrania odstawili do granicy. Żołnierze krzyczą, że im to Polacy zrobili: mówię, że Polaków na Ukrainie niema teraz, tylko bolszewicy. „Ganz dasselbe” ryczy wygrażając mi pięścią jakieś niemczysko „ja tu wrócę, to was wszystkich wyrżnę”, Mam ochotę go spytać dlaczego tego teraz nie robi. I zdumiewa mię widok głęboko zaszczepionej cywilizacji w tym narodzie. Są wściekli. Nikt im nie przeszkadza rabować, mają do czynienia z bezbronną gromadą chłopaków, nas kilka kobiet stoi koło swych tobołków i czekamy kiedy się do nich dobiorą. O nie, nie tknęli u nas niczego, a w oddziałku zabierali to, co uważali za własność niemiecką, nawet w brutalności pewien system i logika. Chcemy z p. Łubieńską przynieść kaszy chłopcom i bierzemy po kilka manierek, fatalność, wydziera nam je z rąk jakiś urzędnik kolejowy wołając, że to ukradzione wojsku niemieckiemu. Z oburzeniem tłumaczę mu, że kupione, on krzyczy jeszcze więcej że armja niemiecka nie sprzedaje swych rzeczy. Proszę jakiegoś oficera Niemca o interwencję, że to przecie dla żołnierzy, że głodni, on perswaduje temu urzędnikowi by dał spokój, tych kilka manierek nie warte krzyku. A ten na oficera jak się wysroży! Potem na nas, że nas zaaresztować każe, nie czekając na dalsze uprzejmości zmykamy i ja, nie zrażona, wypatrzywszy jakąś poczciwszą twarz kolejowca, pytam o pociąg. Będzie. Już przygotowują, odstawią do linji demarkacyjnej, do „polnische Grentze” pierwszy raz usłyszałam to słowo… jakże dziwnie brzmi; mam nadzieję że w każdym razie ta granica tu niedługo będzie i posunie się dalej. Trudno się dziwić, że Niemcy tacy źli, bo podobno nie ma dnia żeby sobie ze strażą pograniczną polską nie posyłali kul karabinowych. Ładujemy się wreszcie jak niepyszni, hr. Krasickiego Niemcy zatrzymali, jako werbownika wśród armji niemieckiej do wojsk polskich. Obawiają się, że będzie za to wisiał, ale ci, co go znają, ręczą że za dni parę będzie z Niemcami piwo pił. Tak też i było. Dowlekamy się do polskich posterunków, są jakieś wehikuły, spotykamy naszego krewnego M. Romera, który z żoną i dwoma synami służy w armji polskiej. Podchodzą do mnie owi podejrzani „ruscy”, prośbę mają: „Co takiego?” „My by, sudarinia, k polskamu wojsku chcieli, bądź pani łaskawa nas zarekomendować”. Strasznie się śmieję z tych rekrutów. „Dlaczegóż nie zostaliście z bolszewikami, oni przecie są dobrodzieje pracującego narodu!” pytam. „Jeść nie będzie co, przy nich”, odpowiada mi wyczerpująco jeden z ochotników. Oddaję ich w ręce dowództwa i widzę po chwili jak maszerują w szeregu. Okropnie patrzeć, jak po mrozie idą niektórzy chłopcy boso. Przeklęte niemczyska, żeby takie dzieciaki krzywdzić. Wreszcie Łapy. Stacja zapchana po brzegi, bo prócz nas różne uchodźctwo z Rosji się tam tłoczy: jakieś nieprzytomne ze zmęczenia kobiety z dziećmi, które im z rąk lecą, bo one śpią stojąc, jacyś wojskowi w porwanych mundurach, nasza „samoobrona” brudna, łachmaniasta i głodna jak stado wilków. Pędzą ich do koszar, gdzie polskie władze wojskowe mimo depeszy nic, ale to nic nie przygotowały! Tak samo było i w Ostrowiu, dokąd ich nazajutrz posłano, bardzo dużo się pochorowało wskutek tej szkaradnej niedbałości. Wszystko się tłoczy i je, co zdoła chwycić. Rozlega się rodzimy akcent żulików wileńskich: „Nu już jak ja wróca, to kiedy ja jemu dam, temu bolszewiku” mówi 14-to letni „legjonista”, podciągając opadające porcięta. Są i „panicze” zmaltretowani niewywczasem, aż żal bierze, poznaję Wokulskiego, Jeleńskiego, Platera; jakież te matki muszą być niespokojne! Trzeba tu zaraz z koszar wyciągnąć i do szkół posłać. K. O. K. pewnie się tem zajmie. Tymczasem jemy i karmimy innych. Biedna matka moja na widok białej bułki, nieoglądanej od lat trzech, wzdycha z takiem zadowoleniem, że wszystko co zniosła i przetrwała siedząc u siebie o 10 kilometr, od frontu, staje mi przed oczami.

Po nocy w tłoku, którą przedrzemuję siedząc na podłodze, wyjeżdżamy do Warszawy, gdzie staję 7-go stycznia po tygodniu podróży.

Koniec.

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Close