Remarque roku 1905

Cztery lata mija, jak Erich Maria Remarque wydał „Na zachodzie bez zmian”. Potem napisał jeszcze „Drogę powrotną”, na którą czekało się dość długo, a którą reklama rozgłaszała jeszcze dłużej. Więcej nic już Erich Maria Remarque nie napisze. Może dlatego, że należy do pokolenia, które – jak powiedział – wojna zniszczyła, choć nawet uszło przed jej granatami; może dlatego, że zrobiwszy miljony pisać nie potrzebuje; a może dlatego, że podległszy departrjacji siedzi w Szwajcarji na skrzyżowaniu wszystkich dróg europejskich, gdzie zatracił się i zabłąkał duchowo.

Minął też czas jego popularności. Po trzech latach nazwisko jego jest już tylko wspomnieniem. Dziś nikt jego książki nie czyta. Trzy lata temu, pamiętam, moi uczniowie gimnazjalni pochłaniali jego powiedzielibyśmy dziś – reportaż, którego zabraniali im nauczyciele, jako że był brutalny i okrutny w swej szczerości; byli to uczniowie od czwartej do ósmej klasy. Po trzech latach nazwisko Remarque’a stało się dla dorastającego chłopca, jak miałem możność przekonać się, pustym dźwiękiem. Psychoza entuzjazmu minęła, dreszcz odpłynął: wszy i wymioty, Himmelstoss i marmelada z buraków – wszystko to przysłoniła mgła zapomnienia. Może Urke Nachalnik rozbudzi na chwilę nowy dreszcz, może Urke Nachalnik połaskocze skórę naszą? Podobno Ameryka zainteresowała się nim. Jeśli przełożą go na angielskie, obejdzie może tryumfalnie świat i zostanie nawet sfilmowany. Zarobi miljony, jak Remarque, i wyjedzie do Szwajcarji. Jeden na wojnie, drugi na więzieniu; jeden i drugi na swojem własnem, ciężkiem życiu, na swoich przeżyciach i udrękach. Zmęczeni, znużeni, lecz bogaci – odpoczną na rozstajach dróg, czekając aż o nich zapomną.

Dlaczego książka Remarque’a wyszła z obiegu? Dlaczego, jak świadczą statystyki bibljoteczne, nikt już jej dzisiaj nie żąda?

* * *

Proszę wyobrazić sobie taką scenę:

Namiot polowego szpitala. Kilkudziesięciu rannych, konających i trupów. Jeden tylko lekarz i jeden do pomocy sanitariusz, młody student medycyny. Oczywiście, jęki, rzężenie i okrutny chrap umierających. Student jest nieprzytomny ze znużenia. Pada na ziemię, nakrywa się grubym żołnierskim płaszczem, i o niczem nie chce już wiedzieć. Niech się dzieje co chce, byleby mógł zasnąć. Do namiotu wchodzi ojciec Laurenty, duchowny prawosławny. Opiera się o słup, zamyka oczy. Blady, wyczerpany szepce modlitwy. Lekarz siedzi w kącie, opadły z sił, stępiały i obojętny. Nie zdoła sam jeden opatrzyć wszystkich rannych. Niech konają po kolei. W pewnym momencie do namiotu wpada żołnierz. Ojciec Laurenty krzyknął, spojrzawszy na niego. Doktór otworzył oczy i porwał się z miejsca.

– Co się stało? Czego?

– Ja chciałem… tego… szukam oficera.

– Oficera? Jakiego oficera?

– A tego samego… Japończyka…

I żołnierz, oglądając się dookoła, zaczyna uśmiechać się.

Doktór zmarszczył brwi, wpatrując się z dziką przenikliwością w żołnierza.

– Widziałem – mówi zwolna a niepewnie żołnierz, zniżając głos do szeptu: – widziałem, jak ten oficer japoński szedł przez pole i odchyliwszy namiot, pocichutku na palcach ukrył się w nim. Ale ja go już przedtem – tego… zzzadusiłem. A on nic: wstał i tu, do namiotu…

Doktór potarł czoło i uderzył żołnierza po ramieniu.

– Dobrze, dobrze, gołubczik! My go tu zaraz znajdziemy… A teraz idź, ja cię zaraz zawołam.

– Rad staratsia! – sprężył się żołnierz i uśmiechając się wychodzi.

I oto w tej chwili rozlega się głos popa:

– Gdzie kadzidło? Gdzie kadzidło? Nie można przecie bez kadzidła! Nie można bez kadzidła odprawić nabożeństwa.

– Słuchaj, ty! – krzyknął nagle student, porywając się z ziemi: – dosyć, dosyć! Milczeć, milczeć! Zwarjował, o Boże mój, zwarjował!

I krzyk studenta w spazmatycznym szlochu uderza o jego mózg obłąkaniem. Jeszcze moment, a obłęd porazi lekarza i może tych wszystkich rannych i konających. Cały namiot zwarjuje, zawiruje w szale, w obłąkaniu skona. Zbiorowy obłęd, czy jak?

Takiej sceny nie znajdziemy w książce Remarque’a. Możemy domyśleć się, że pochodzi ona z wojny rosyjsko-japońskiej.

Ale niema również i takiej:

– Nieuzbrojonem okiem można było widzieć pięciu japońskich oficerów w czarnych płaszczach z kapturami. Stali na szczycie pagórka, rozglądając się po okolicy. Starszy z nich trzymał mapę i szukał czegoś na niej. – To bezczelność! – zawołał pułkownik rosyjski: – ognia! Sprzątnąć ich natychmiast! – Zaterkotały kulomioty, i widać było wyraźnie, jak kule ryją ziemię na stokach pagórka. Oficerowie japońscy nie drgnęli, badając spokojnie okolicę. Kulomioty rosyjskie zwiększyły ogień, ale żadna kula nie dosięgła Japończyków. Lekkie fontanny piasku wzbijały się u ich stóp, które pozostawały nieruchome. Czyżby odwaga Japończyków odwracała kule rosyjskie? A wśród Rosjan oburzenie ustąpiło miejsca podziwowi, zdumieniu i czci. Gdy jeden z Japończyków zachwiał się wreszcie i towarzysz jego począł na szczycie pagórka pod gradem kul obwiązywać mu chustką ramię – Rosjanie nie strzymali uniesienia. Hurra! – krzyknęli. Mołodcy! Hurra, bohaterowie! – Wstrzymać ogień – zawołał pułkownik: – do takich nie wolno strzelać. A petem długo mówiono o Japończykach. – Do djabła, to byli oficerowie! Bywają ludzie na świecie…

Takiej sceny niema również u Remarque’a. Ktoś może powiedzieć, że jest nieprawdopodobna. Przeciwnie, jest autentyczna.

Obydwie wyjęte są ze starej książki oficera rosyjskiego nazwiskiem Erastow. Książka nosi tytuł „Odwrót”, i jest historją wojny ros.-japońskiej. Nazwisko autora i książka jego zapewne są nieznane. Prócz tej książki, przypuszczam, Erastow nic więcej nie napisał. Auctor unius libri – podobnie jak Remarque. Może był w istocie Remarque’iem swoich czasów? Tylko jego późniejsze losy potoczyły się inną zapewne koleją. Wrócił gdzieś do partykularnego garnizonu ze swoim piechotnym pułkiem, awansował potrochu, gdyż z „Odwrotu” widać, że był młodzieńczo czującym: doczekał się może wielkiej wojny i może na którymś tam froncie zginął. „Armiejskij” oficer rosyjski.

Książkę jego przeczytałem przedwczoraj zupełnie przypadkowo, znalazłszy ją w starym koszu. Zestawienie z Remarque’iem nasunęło się samo. Opisy dalekiej Mandżurji z roku 1905 i charakterystyka Japończyków zaciekawiły, gdyż są aktualne. Przytoczona scena z oficerami japońskimi wystarczy, aby odpowiedzieć na pytanie, jaki był stosunek tego oficera rosyjskiego do wroga. Scena zbiorowego obłędu jest niemniej groźną, niż liczne karty książki Remarque’a.

I również przypadkowo rozmawiałem z pewnym młodym gimnazjalistą o jego lekturze. Na pytanie o Remarque’u usłyszałem, że wprawdzie miał jakoś tę książkę w rękach, ale nie zainteresowała go. Dlaczego? – Nieciekawe, powiada. Może jeszcze ten Katczyński… Rzecz prosta, polski chłopiec widzi w Katczyńskim Polaka, i to podoba mu się, pochlebia mu. W książce Erastowa mamy również 2-ch Polaków, dwóch oficerów: Zawadzkiego i Zaleńskiego. Obydwaj są piękni obydwaj bohaterscy, wyróżniający się brawurą, odwagą i bezinteresowną walecznością. Mogą służyć za wzór oficerom rosyjskim. Więc pomyślałem, czy ten chłopiec polski przeczytałby chętnie książkę Erastowa. Doszedłem do wniosku, że tak: przeczytałby. Nietylko dla Zawadzkiego i Zaleńskiego, nietylko dla nasycenia swej dumy narodowej i nietylko dla licznych drastycznych opisów, jakich tu, podobnie jak u Remarque’a, niebrak. Wszy są wszędzie, gdzie jest człowiek, okrucieństwo i wyuzdanie również. Tak samo rozpacz, beznadziejność, strach i przerażenie. Ale jest także bohaterstwo i entuzjazm, piękno odwagi i patrjotyzmu, który każe stać na szczycie wzgórza pod obstrzałem nieprzyjacielskim. Jest tajemniczy urok śmierci na polu chwały, i w łopocie sztandarów jest urzekający nakaz. Jest żądza przezwyciężenia beznadziei i potrzeba wiary. Ta żądza żyje w duszy Erastowa, i dlatego książka jego staje się epopeą wojny. Tej żądzy nie czuło się w książce Remarque a i dlatego młody uczeń gimnazjalny powiedział o niej: nieciekawa. Odpowiedź ucznia wydała mi się znamienna, gdym ją zestawił z szałem Remarque’a, który panował przed paru laty.

Wysz.

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close