Rittmeister Manfred Freiherr von Richthofen

Dnia 21 kwietnia r.b. obchodziły Niemcy piętnastą rocznicę śmierci największego swego lotnika.

Dnia 21 kwietnia 1918 r. Rittmeister Manfred Freiherr von Richthofen nie powrócił z bojowej wyprawy ponad linje nieprzyjacielskie. Mijały na lotnisku wojenem godziny oczekiwania, jak zazwyczaj, godziny niepewnego jutra, te same, co dnia i nocy w Wielkiej Wojnie, a jednak wszyscy pewni byli, że Richthofen powróci. Nadzieje zawiodły. Spadł, wraz ze swym myśliwskim samolotem, w zardzewiałe objęcia drutów kolczastych, gdzieś pomiędzy ostatnią linją okopów nieprzyjacielskich, a pozycjami ich artylerji, spadł dotychczas niezwyciężony, groźny i krwawy. – Jaki rachunek zdał przed Panem, który notował w księdze przeznaczeń, każdy udany raid, każde uśmiercone ludzkie istnienie, wpisane poprzednio na ziemi, w szeregi francuskich, lub angielskich pilotów? Czy wysłuchane zostały modły za duszę obrońcy ojczyzny, czy przeciwnie, policzone mu były każdy, jeden po drugim, jeden po drugim, osiemdziesiąt strąconych samolotów?!

Anglicy wyprawili wspaniały pogrzeb. Chowano Richthofena jak bohatera, nieustraszonego przeciwnika. Na jego grobie spoczął wieniec o wstęgach z nadpisem: „Walecznemu i rycerskiemu wrogowi – od oficerów angielskiego lotnictwa”.

Czytałem przed laty pamiętniki Richtchofena w niemieckiem wydaniu. Nie wiem, czy tłumaczono je na polskie. Pisane ręką niewprawną do pióra, ale czyta się je jednym tchem. Gdy przewróciłem ostanią stronicę, zgasiłem lampę i zamknąłem oczy – huczało mi w głowie od łoskotu propelerów i gwizdu kul. – Von Richthofen był najlepszym lotnikiem bojowym świata. Dopóki żył, nikt nie mógł się z nim równać. Strącił 80 nieprzyjacielskich aparatów, a po jego śmierci, ten „rekord”, jakby się dziś powiedziało, pobił jedyny tylko lotnik Ernest Udet, ale ten walczył do końca wojny.

Niezwykły człowiek niezwykłej wojny, urodził się w r. 1892 we Wrocławiu. Dziś zatem liczyłby zaledwie 41 lat! Cóż za nerwy posiadać musiał ten młodzieniec… Stara pruska rodzina uważała za stosowne, gdy przyszło na świat dziecko płci męskiej, ochrzcić go imieniem stryja Manfred. Niechże będzie jako on, wielkim „człowiekiem”, „Flügeladjutantem”, Komendantem „Gardedukorps”, później dowódcą korpusu kawalerji. Niech wielki stryj nie powstydzi się swego bratanka!

O, nie. Młody Manfred ukończył korpus kadetów i poświęcił się służbie wojskowej. Zaledwie w r. 1914 ogłoszona została mobilizacja, już I-szy pułk ułanów przekracza granicę rosyjską, a wraz z nim Leutenant Freiherr von Richthofen. Naprzeciw ułanom niemieckim wystąpili kozacy. Młodziutki podporucznik zachwycony był wojną. Była dlań poezją ta polska jesień, która go otaczała i kawalerja, w której służył, i pełne przygód utarczki z kozakami. Pięknie też było, gdy 

po tygodniu, przerzucono I-szy pułk ułanów na front zachodni. Przez całe Niemcy w otwartych wagonach, wśród kwiatów i okrzyków triumfu! Oto z przedziału II-giej klasy wygląda on, Richthofen, „stary wojak”, który cały długi tydzień był już w ogniu, on, młody ułan. Jakże uśmiechają się doń dziewczęta! Takich, co już… byli na froncie, niewielu jeszcze widziano w Niemczech. Bohater. Żołnierze w towarowych wagonach, kiwają zwisającemi nogami, w długich, żółtych butach i posyłają całusy kobietom. Richthofen patrzy z uczuciem wyższości na ciężko obładowaną piechotę, która jeszcze nie wąchała prochu. Wlecze się ona, ze swymi oficerami, wypełnia peron, ma też jechać na front. Co mu tam zachodni front! Z Francuzami jeszcze łatwiej pójdzie, niż z kozakami. On wie, on ma poza sobą tygodniowe doświadczenie!

Tak się dla wielu zaczęła wojna. Richthofen bierze udział w kilku kawaleryjskich spotkaniach z kirasjerami Republiki Francuskiej. Ale wyrządzono mu wielką przykrość. Skutkiem jakichś intryg, mianowany zostaje oficerem gospodarczym pułku. Przenigdy! Ma powiesić szablę na ścianie i postawić w kąt lancę? Niedoczekanie! Prosi o przeniesienie do lotnictwa. Wraca w głąb kraju, by się przysposobić do nowego zawodu. Zostaje obserwatorem. Gdy po raz trzeci przybywa na front, zastaje wielkie zmiany. Niema już jego ułanów, niema działań kawaleryjskich. Widzi dokładnie, widzi z wysokości swego samolotu, jak oko sięga, długie sznury okopów, beton, żelazo, pozycje artyleryjskie, morze kolczastych drutów i krwią znaczone leje pocisków. Zupełnie inna wojna.

Przydzielono go później do armji Mackensena i długi czas lata ze znakomitym lotnikiem, rotmistrzem hrabią Holck. Ale służba obserwacyjna nie daje mu zadowolenia. Ciągnie go działanie w wojnie, choć w zmienionej formie, nie na koniu i nie na ziemi, a w powietrzu. Zgłasza się na pilota. Jeszcze raz opuszcza front, by ukończyć kurs pilotażu.

Dnia 26 kwietnia 1916 r. von Richthofen wymieniony jest po raz pierwszy w rozkazie. Jego dowódcą zostaje słynny Oswald Boelcke. Z nim leci nad Sommę i ten go uczy „myśliwstwa”. Oddaje się temu polowaniu z namiętnością. Ale dopiero gdy Fokker zastosował w swych maszynach strzelanie z kulomiotu poprzez wirującą tarczę śmigi – dopiero wtedy polowanie to nabrało charakteru szaleńczo-krwawego sportu. To była pasja.

Richthofen w swych pamiętnikach opisuje i wciąż powraca do szczegółów pojedyńczych spotkań, walk, jakim nie było równych w dziejach świata, na wysokościach tysięcy metrów. Tam, w dole, znaczonym wybuchami granatów, kładły się pokotem dziesiątki tysięcy szarych żołnierzy, tu w górze, pod chmurami, potykali jak w szrankach średniowieczni rycerze, oko w oko, samolot na samolot, a zawsze jeden z nich musiał zginąć, a nigdy Richthofen.

Z tych 80-ciu strąconych aeroplanów zapamiętał je nieomal wszystkie. Tego zrzucił tam, innego ówdzie. Jeden spłonął w powietrzu, tamten spadł jak postrzelony jastrząb. Szli zawsze w górę. Kto wyżej – ten zwycięży! Byle ponad wroga. Różnie się kołowało, robiło rzuty śmiertelne i pętle, a później, jedna, druga bomba – wwuch! wybuch pocisku, benzyna, płomień.Straszliwy fajerwerk spada w dół, maleje w oczach, czasem wypadnie człowiek… Ale najprzyjemniej było strzelać poprzez śmigę. Ot tak: „von der Pike auf”! Czysty styl, jak szablą rąbnął – podnosiło się dziób samolotu, karabin trzeszczy, później w dół, ciach, przecinało wroga wstęgą kul. – „O, der arme Franzose!” Jego aparat zatrzepotał w powietrzu, zarzucił gdzieś jednem skrzydłem, drugiem nakreśla korkociąg, już wywraca koziołki, już spada, niezgrabnie wywija sterami ogona, bezładnie, bezradnie, śmiertelnie. Straszliwe jest to ciążenie do ziemi. Trzy, cztery tysiące metrów, a on spada, spada i spada coraz niżej, coraz prędzej. Z góry patrzy nań Richthofen, patrzy jak wtedy, przez okno przedziału ll-giej klasy młody Leutenant ułanów. Od tego widoku niepodobna oczu oderwać: zaraz dosięgnie ziemi, zaraz roztrzaska się w kawałki… tak, tam było dwóch ludzi, pilot i obserwator, zaraz, już tylko sekundy, jeszcze mgnienie oka… o! nie słychać, tylko błysk płomieni, wybuch benzyny, dym. Spalili się. To piętnasty.

Nazajutrz pomalowany na czerwono Fokker Richthofena gotów do odlotu. – „Komm mir ja nicht ohne den Pour de Merite wieder”! – Woła za nim towarzysz… – „Jawohl…„ Łoskot motoru głuszy słowa. Wzleciał, starli się tak blisko, że widział nieomal twarz wroga w lotniczym hełmie i okularach. Przebił go kulomiotem jak piką. Przewrócił nawznak, zrzucił z obłoków. Szkoda! czasem żałował, czasem w skrytości swego Ja, opancerzonej skórzaną kurtką lotnika Jego Cesarskiej Mości – modlił się, by ten, ten tylko wylądował szczęśliwie. Niech się nie zabije. Zabił się. – Za szesnasty dostał „Pour de Merite”.

Oswald Boelcke już nie żyje. Któż może być bardziej godnym następcą jego, jak nie Rittmeister Freiherr Manfred von Richthofen. Staje na czele czerwonej eskadry Fokkerów, siejąc panikę i zniszczenie. Postrach zachodniego frontu. Przeniósł się cały w powietrze jak ptak i tylko tę wojnę znał. Jako dowódca eskadry myśliwskiej nie obchodziły go wydarzenia na ziemi, nie rzucał bomb na piechotę i transporty. Miał tylko niszczyć wrogie aeroplany, zarówno ciężkie, obserwacyjne, jak sobie podobnych myśliwców. Ongiś na czele plutonu ułanów krył się w lesie, zaroślach, skąd wypadał na wroga – teraz w obłokach, chmurach, wzlatywał, spadał jak sokół, raził bombą, karabinem maszynowym, strącał, zabijał.

W zapamiętaniu walki, która stała się jego nałogiem, zapytywał sam siebie: „Do wielu dojdę”? – Już osiemdziesiąt. – Osiemdziesiątym pierwszym był sam. Strącił Richthofena lotnik angielski ponoć zupełnie przypadkowo.

Długo jeszcze koledzy nie chcieli uwierzyć w jego śmierć. Sądzono, że z uszkodzonym motorem lądował i jest w niewoli. Dopiero po kilku dniach nadeszła depesza Ajencji Reutera. – Po Richthofenie objął dowództwo eskadry Hauptmann Hermann Göring, obecny minister Rzeszy.

aż.

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close