• Słowo
  • 11.08.1936
  • Wilno
  • Rok 15, Nr 219

U nas chłopi, a tam panowie

Sytuacja naszych włościan jest tak opłakana, że istotnie budzić zaczyna poważne obawy. Przedewszystkiem nic się u nas nie da zauważyć z t.zw.postępu. Z każdym dniem postępuje tylko większa nędza. W takich warunkach o podniesieniu kultury rolnej nie może być mowy. Więc jakaż może być mowa o wyniesieniu tego chłopa do indywidualnej kultury ogólnoludzkiej. Naturalnie, ani inkwizycja biurokratyczno – podatkowa, ani przeludnienie wsi ku temu nie pomaga. Nie stoimy na miejscu a poprostu cofamy się. Na poprawę stosunków czekaliśmy lat osiemnaście.

Teraz sprawa zaczyna być groźna w związku z pogłoskami o reformie rolnej. Groźna w intencji rządowych inicjatorów, którzy widzą w tej reformie, lekarstwo i ratunek. Jeżeli się po 18 latach oczekiwania stawia kartę na powiększenie liczby małorolnych biedaków, jako pozytywną wygraną, to tem samem daje się nam do zrozumienia, że możemy już dalej nie oczekiwać niczego dobrego. Żaden zdrowy program w odniesieniu do nędzy naszej wsi nie istnieje. Pozostaje nam jedyna rola, bronić się, aby gorzej nie stało się zbyt nagle. Bo do stopniowego pogarszania sytuacji jużeśmy się przyzwyczaili.

Natomiast widzielibyśmy ratunek nie w tem, aby kilkoma hektarami cudzej własności obdarzyć nowego biedaka, który na tej parceli nie wyżyje, ile w tem, żeby z istniejących już biedaków, nędzarzy, żeby z naszych chłopów w dorzeczach Dźwiny, Wilji,Niemna i Prypeci zrobić przedewszystkiem ludzi. To znaczy nie w tem potocznie brzydkiem znaczeniu „zrobić z kogoś człowieka”, w pojęciu oderwania od pnia i osadzenia w warszawskiej karjerze.

Dlaczego we Francji, w Niemczech i td. włościanie stanowią zamożną warstwę posiadaczy, na pewnej płaszczyźnie kultury, a nasi chłopi – nie? Ba, poco sięgać, gdzie nam przepisy dewizowe sięgać nie zezwalają! Dlaczego w zachodnich prowincjach Rzeczypospolitej jest inaczej, a tak samo jak w Europie?

– Ale, bo panie tam kultura zupełnie inna….

No i oto właśnie chodzi, czy się „rozchodzi”, jak tam mówią, o tę troszkę, o tę kulturę.

NIC IM PAN VON FRANKENSTEIN NIE PRZESZKADZA

Pojechałem na Pomorze, ale nie do Hemna, Brodnicy, Tczewa, czy innych powiatów o dobrej glebie i wręcz wspaniałej kulturze rolnej. Pojechałem w Działdowskie. Szczerki, ziemie lekkie, żytnie, do naszych podobne. Na Kaszubach jest trochę gorzej. Działdowo stoi po środku, stanowić może obraz z Pomorza przeciętny.

Pan von Frankenstein ma pod Działdowem wielkie dobra Księżydwór. Jest Niemcem. Pan Stodelski jest Polakiem i posiada wiele tysięcy pruskich morgów ziemi ornej – Gródek.

Gdy sie dojeżdża do pana von Frankensteina, ma się wrażenie zbliżania do miasta. Na nasze, poleskie naprzykład stosunki, do wielkiego miasta. Z czerwonej cegły sterczą ku niebu kominy fabryczne; po obu stronach zaczynają się ciągnąć domy robotnicze, murowane, białe i czerwone i ciągną się tak po wielkie zabudowania gospodarskie i sam pałac. Ruch, miasto. Jadą wozy pańskie, mijają ich robotnicy na rowerach do Działdowa. Naturalnie… „obszarnik”. Niemiec do tego, trzeba go wywłaszczyć. Ale jeszcze ma, jeszcze się trzyma i trzymaja do kupy wielkie dobra. Ale nie o nim będę pisał. Będę pisał o chłopach okolicznych. O tych wszystkich panach Polakach, „Niemcach” i Mazurach. Bo to są panowie całą gębą. I jak oni żyją! I nic im nie przeszkadza, że pan von Frankenstein wyjeżdża w eleganckim faetonie, ze stangretem, bo są tacy chłopi, którzy mają…. karety i własnych stangretów też!

I nic im nie przeszkadza w ich dochodach, w ilości bydła, w czytaniu książek i gazet i zarabianiu pieniędzy, w ich zadowolonem, sytem życiu, przed którem nasz Poleszuk miąłby czapkę w rękach, stojąc w sieniach, – że pan von Frankenstein ma o kilka tysięcy morgów więcej od nich ziemi.

20 PROCENT W DZIAŁDOWSKIEM I 15 PROCENT W BRASŁAWSKIEM

Gleba w powiecie działdowskim, jak powiedziałem, jest lekka, według urzędowej klasyfikacji IV, V, VI kategorji. Żytnio – kartoflana; sieją oczywiście owies, mieszanki, jęczmień i td. ale pszenicy tyle co dla siebie na bułki.

Średnio gospodarstwa tamtejsze stanowią obszar od 60 do 100 morgów. Małorolny, biedak, to taki co ma 5 ha, czyli 20 morgów pruskich, z jednego konia i 2 krowy. Takich jest około 10 procent. Powiadają, że zdarza się mieć jeszcze mniej, ale tylko podobno. Takich nie spotkałem i wskazać mi nie mogli.

Ci zaś „średniacy” (na miarę europejską, nie sowiecką) posiadają trzy, cztery konie, od 10 do 15-tu sztuk bydła rogatego.

W Wysokiej widziałem Niemca, który na 7 ha gruntów miał 2 konie i 7 krów. – Nikt tak -powiadają – nie umie gospodarować, jak „Niemiec”.

Tych zaś Niemców gospodaruje na 30 procencie ogólnego obszaru powiatu. „Mazurów”, o których się mówi niewyraźnie, coś jak o naszych „tutejszych” jest 8 tysięcy, reszta to Polacy.

Gdy jednak zapytałem wiele procent tutejszych włościan prenumeruje toruńskie pismo rolnicze „Kłosy”, odpowiedziano mi, że ze 30-ci. A conajmniej 50 proc. ludności włościańskiej prenumeruje czasopisma wogóle. Poprostu co druga chata trzyma gazetę. Chata! – cóż za słowo na tamtejszy teren! A przy tem wszystkiem, jak mnie poinformowano w urzędzie starościńskim, większa własność stanowi w powiecie działdowskim ponad 20 procent.

A w powiecie brasławskim, w którym bawiłem ostatnio – 15 procent.

Czyżby należało poto wywłaszczać majątki, ażeby ulżyć doli chłopa?

Otóż posłuchajmy jak żyje ten chłop w powiecie działdowskim.

LEPY NA MUCHY, POPIELNICZKA I 17 KRÓW

Jestem u pana Sławęckiego. Pana, bo inaczej się tam do nikogo nie mówi. Z kilometr będzie od pałacu Księżydwór. Od drogi zagroda, wysoki płot, podwórze, dom murowany, wysoki z desek budynek gospodarczy. Na podwórzu jest brudno. Jest tyle drobiu, że wstydziłem się zapytać o dokładną liczbę. I tak machnął ręką, powiedział, że: „to już żona tem sie zajmuje”. Ale dom nie będzie stał w tem brudnem miejscu. Dom mieszkalny stanie od frontu. Tu, gdzie się mieści teraz, będzie tylko stajnia, obora, chlewy. Budynek murowany. Pod szopą narzędzia rolnicze. Ładna żółta bryczka wyjazdowa na resorach. Obok wóz do mleka i moc garnuszków na sztachetach. – Poco te naczynia?

– Mleko się rozwozi. Mam 17 krów. Za jedno mleko co dostarczam do Działdowa uzbiera się ze 250 zł. miesięcznie.

Brutto oczywiście. – A koni 3. hektarów 25. – Ale może panowie pozwolą do środka, co tak stojać będziemy na dworzu.

Kuchnia zawalona sprzętem rozmaitym i w sporym nieładzie, więc nam gospodarz wciąż napomyka,że to chwilowo,bo mu w tym domu ciasno, więc postawi se nowy. – Tu proszę. – Pokój. Stół po środku kryty serwetą, nad nim wisząca lampa z abażurem papierowym. Trochę much najklejonych na zwisające lepy. Cyka ścienny zegar w długiej szafce. Koło okna maszyna nożna do szycia. Pod piecem kaflowym etażerka z książkami. Miękka kanapka.Nie będę już pisał o łóżkach, szafach i tych wszystkich sprzętach, których jest wiele.

– Dziękuję, palę, owszem. – Podsuwa popielniczkę.

Śmiesznieby zapytać go było, czy wszyscy tu chłopi mają popielniczki? I śmiesznie o to samo zapytaćby było w Brasławskiem… A przecież Brasławskie, to jeden z naszych najbogatszych powiatów. – Lepy na muchy i etażerka z książkami. Taaak…. – Na stole leży „Mały Dziennik”.

– Prenumeruje pan?

– Jo. Dwie gazety. Wpierw to „Gazetę ludową”, ale una wychodzi tylo trzy razy na tydzień i mało wiadomości. Tera jeszcze -wstaje, bierze z kanapy i wyciera rękawem zabrudzony koniec „Codziennej Gazety Handlowej”.

A później idzie, człapiąc buciskami w gnoju, otwiera chlewy, pokazuje maciory, kurnik, narzędzia. – To kosiarka? – Nie, nie mam. Kosi służba.

Jaka służba?

– A no, przecie się mo pięciu robotników.

Pan Sławęcki w jesieni wysyła swą najstarszą, z liczby trzech córek, do Szkoły Rolniczej w Toruniu.

Ale Sławęcki mieszka na kolonji. Jedziemy do wsi Płośnica. I od tej chwili będziemy jeździli od wsi do wsi, na zachód, w głąb powiatu.

CZEGO NAM EMMA NIE CHCIAŁA POKAZAĆ

Chciałbym w najbardziej naturalistycznym kolorycie oddać widziany przeze mnie obraz. Zamiast tego określę zewnętrzny wygląd wsi,odwołując się do dziecinnej pamięci czytelników. Bo kto nie był zagranicą, a w Niemczech zwłaszcza, ten sobie przypomni ze szkolnej ławy obrazek w czytankach: „Das Dori”. Schludny szereg murowanych domków, w ogrodach i sadach owocowych. Pozatem, kto nawet nie zna bliżej Pomorza, toć napewno choć raz widział z okien wagonu. Wsie są takie, jak u nas niewszystkie miasteczka, to znaczy wszystkie murowane. Nie ścianą szczytową, a frontem do drogi. Z czerwonej cegły, lub tynkowane, kryte blachą i dachówką. Często – gęsto w żelaznych sztachetach, z ganeczkami, szklanemi werandami, najczęściej cztery okna od ulicy, po dwa od drzwi frontowych; przeważnie w oknach tych widać firanki. – Oto wygląd zewnętrzny.

Więc w tej wsi Płośnica zachodzimy do pierwszego ze środka domu, gdzie na podwórzu karmi gęsi stara kobieta. Córka jej w poważnym stanie patrzy ku nam nieprzyjaźnie, odchodzi i zamyka się w pokoju. – Gościnni nie są, bo nie, ci panowie Mazurzy.

Gospodarstwo ma 2 konie i 10 krów. – Czy można wejść do środka? – Eee… co tam panowie będą patrzeli! – Ale jednak mnie to interesuje:

Pokoje malowane w niebieskie kwiaty. Wiszą święte obrazy, jak u nas. Ale stoi też wielkie lustro w oprawie „pod orzech”, takież łóżka i – nocne szafeczki. Nie wypadało mi, choć to i przy starszej kobiecie, ale otworzyć je i zobaczyć czy też wewnątrz istotnie… – Zamiast tego mówię:

– Ładne ma pani meble.

– O, to pan nie widział jeszcze gościnnego pokoju. Zaraz -stuka pięścią w drzwi – Ema, Ema. otwórz ino! – Ema nie otwiera. A jej kapelusz słomkowy, bogato przybrany sztucznemi kwiatami, leży na komodzie.

Wkłada go pewnie na spacer.

POWÓZ I DWIE BRYCZKI

Nie są oczywiście ważne te wszystkie drobiazgi ale ważnym jest fakt, że istnieją w każdym domu chłopskim.

W Małym Łęcku stajenny jak zwykle pośród bogato zamurowanej wsi. Tu, naprawo widzimy podwórko i człowieka, który ubabrany w nawozie, cofa parę koni pod oborę. Krzyczy, pierunuje, ale w jakiej mowie trudno wyrozumieć. Ten mały człowieczek jest bratem gospodarza. A gospodarz na polu i nazywa się Maks Glica. Okres nawożenia pól, ciężka praca, a konie cofają wóz opornie…

Konie! Też trzeba omówić. Mówi się dwa, trzy konie. Pan Glica ma ich cztery. U nas też się mówi, że ktoś ma konia, albo dwa, ale to zupełnie inna miara. Ten chłopski koń, który co wtorek i piątek odwiedza rynki wileńskie mógłby sobie biegać pod brzuchem tamtego jak pod bramą tryumfalną. Nie, to nie ciężarowe perszerony, ale wielkie, smukłe silne konie. Przytem ślicznie utrzymane. A innych nie widziałem wcale i nigdzie! – W czarnych szlejach, w rzemiennych lejcach, para przy wielkim wozie, tak oto transportuje się gnój na pole.
– Panie Glica, wiele pan ma krów?

– Dwie i zwanzig.

– Dwadzieścia dwie?

– Jo, jo dwadzieścia dwie -mówi opryskliwie.

Mieszka we wsi, pod rząd z innymi sąsiadami jak u nas. -Ludzie zajęci, nie mają czasu na puste gadanie. Gospodyni też biega z zakasaną spódnicą. – „Gęg-gęg” – podwórze białe od gęsi. Idziemy sami oglądać gospodarstwo. Budynki murowane stoją w czworobok. Świnie pod dachówką, w przeczynach z cementu. Jest ich osiem sztuk. Stodoły pełne. Szopa, ale też kryta dachówką. Stoi parokonna żółta bryczka, faeton i… powóz. Tak jest, czarny, skórą obity powóz na dwa konie.

W MIESZKANIU HUZARA – ŚMIERCI

Dom mieszkalny od ulicy. Jesteśmy na dziedzińcu, więc wchodzimy od kuchni. Oto dlaczego tak biega gospodyni. Bo na stoiku leży zaszlachtowana gęś i trzy kury. Teraz się je obskubuje.

– Co to, wesele jakie?

– Niee, starzy mają przyjechać.

Sprawa się wnet wyjaśnia. Bo prosimy, żeby nam zezwoliła obejrzeć pokoje. Idzie więc gospodyni i otwiera przedpokój, drzwi na werandę i front. A na werandzie stoi stół, a na stole wielki jeden placek, tudzież na krzesłach kilka pomniejszych, świeżo upieczonych, z jabłkami i konfiturami. Otóż to wszystko, te placki, przekładance, trzy kury i gęś, a jeszcze zapewne inne specjały, których nie dojrzałem, przygotowane są na przyjęcie rodziców gospodarzy. Zwyczajny poczęstunek rodzinny, żadna uroczystość. – Pozwalam sobie nie odwoływać się, już do porównania stopy gastronomicznej naszej wsi białoruskiej…

Pierwszy pokój na lewo od sieni, to gościnny. Miękkie krzesła, obite skórą, dywaniki z samodziału, podłoga jak lustro. Fotografje, oleodruki. Zegar i lustro. Na oknach firanki i kwiaty. Drugi to Heim właściwy sypialny. Dwa łoża małżeńskie obok, na ścianie u wezgłowia biały kilim z wyszywanym na czerwono wersetem niemieckim, że kto jest porządny człowiek, tego anioł – stróż pilnuje, tudzież głowa tego anioła. Takich kilimów z wersetami niemieckiemi jeszcze kilka na ścianach. Dwa portrety brata i bratowej gospodarza. On w pruskim mundurze piechura, ona w kapeluszu. Na przeciwległej ścianie rzeczy ważniejsze: świadectwo w ramkach, ukończenia szkoły niemieckiej, z drugiej strony, również w ramkach „Einsegnuns-Schein”, a pośrodku chluba domowego ogniska, wielka grupa Totenhusaren, huzarów śmierci. Aż lśni od srebrnych szamerunków i szabel na tle czarnych mundurów. Tam, gdzieś w tym tłumie, jest też nasz gospodarz Maks Glica, który służył jako prosty huzar, a ma dziś ten dom, te trzy murowane budynki gospodarcze, te 4 konie, 22 krowy i autentyczny powóz…

Maks Glica ma 130 morgów, t. zn. przeszło 30 ha. A jak żyją jego sąsiedzi, którzy mają więcej w Małym Łęcku? Nazywa się „mały”, ale to dwie wsie. I niepodobna chodzić od domu do domu. I niepodobna też mnożyć przykładów i opisów „wnętrz” bez końca. Chciałem tylko zobrazować byt przeciętnego chłopa pomorskiego, a proszę mi wierzyć, że brałem przeciętnych.

Ktoś z niedowierzaniem może zapytać: a gdzież jest bieda, nędza, kryzys? – Jest, jest, ale jakże inaczej wygląda niż u nas. Opiszę ją w następnym artykule.

J. M.

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close