Ubezpieczenia a nędza

We Francji począwszy od 5 lutego 1930 roku będzie obowiązywać ustawa o powszechnem ubezpieczeniu. Minister Loucheur przedstawił projekt, posłowie, jak zawsze, nie orientowali się zgoła, o co chodzi, ale zasłyszawszy słowa: robotnik, ubezpieczenie, starość, w razie wypadku… nie namyślając się wiele głosowali za projektem suponując, że tam gdzie mowa o tak pięknych rzeczach musi być jakiś sens i jakaś dla kogoś korzyść. Dopiero teraz, w przeddzień wejścia ustawy w życie, zaczyna się alarm. Nie wszystkich można zadowolnić dźwięcznemi obietnicami – są ludzie, którzy wnikają w sedno sprawy.

Tacy właśnie są stanowczo przeciwni obowiązkowemu ubezpieczaniu. Wszystkie te olbrzymie, państwowe organizacje funkcjonują z zasady źle, w porównaniu do masy pieniędzy, jaką kosztują, oddają znikome usługi. Przykład Polski jest nie do pogardzenia: powołują się na nią nie bez słuszności przeciwnicy Loucheura. Istotnie nasze Kasy Chorych mogą przyprawić o ciężką chorobę umysłową każdego kto się zetknie z tym niezdarnym organizmem, który z dysponowanych miljonów przeznacza niespełna czwartą część na koszta lecznicze: trzy czwarte pochłania administracja. A nasze ubezpieczenia? Potrąca się każdemu jakieś fantastyczne sumy z pensji (mniejwięcej jedną siódmą lub jedną ósmą) i wzamian za to – guzik. Z wyjątkiem ludzi upijających się na wesoło i widzących wtedy świat na różowo nikt z pewnością nie wyobraża sobie nawet ewentualności w której otrzymałby część wymuszonych odeń pieniędzy. Jedyną pociechą jest, iż każdy ma przynajmniej jednego znajomego, zawodowego kretyna, pracującego w ubezpieczeniach, Kasie Chorych czy innej bezmyślnej, przymusowej wyżymaczce.

We Francji wszystko, zdaje się, będzie podobnie jak u nas. Już zabudowano całą ulicę w Paryżu, w pobliżu Champ de Mars, ośmiopiętrowemi kamienicami o wyglądzie koszarowym: przyszłe biura ubezpieczeniowe. Najskromniej licząc 15.000 urzędników znajduje w nich zatrudnienie. Z Ameryki sprowadzono cały transport maszynek do liczenia – kosztują one okrągłe 300.000 dolarów. I jakże tu wierzyć w dobrodziejstwo takiej instytucji? Kto będzie płacił za ten szmelc maszynowy, kto opłacał te ziewające 15 tysięcy? Pomysł Loucheura jest djabła wart!

A jednak jest państwo, gdzie ubezpieczenie przybrało rozmiary nieznane u nas zupełnie i gdzie wszystko idzie jak najlepej ku ogólnemu zadowoleniu. Mianowicie Danja. Każdy człowiek jest tam zabezpieczony od wypadku, od kradzieży, od zguby, od klęski żywiołowej, od szaleństwa, od schudnięcia, od tycia, od braku apetytu, od dzietności, od rozwolnienia – no jednem słowem od wszystkiego. Na ulicach pełno rowerów przed bramami, sklepami, ogrodami. Jeśli ktoś odwiedza kogoś co mieszka na 6 piętrze to ani myśli ciągnąć roweru na górę. Siedzi u przyjaciela pół dnia a wychodząc znajduje rower w tymże miejscu w którem go zostawił. Gdyby jakimś niezwykłym trafem zginął mu rower, firma w której go nabył zwróciłaby mu natychmiast nowiuteńki. To też nieraz posiadacz starego rupiecia pragnąłby szczerze, by mu je skradziono – napróżno, nawet najnowsze maszyny nie giną. Analogicznie przedstawia się sprawa z parasolem, z kapeluszem i ołówkiem. Przedmiot ulegający zniszczeniu przed czasem zostaje przez firmę wnet wymieniony na drugi – nowy. Ryzyko kradzieży jest niemal żadne – jeśli coś przepadło to znaczy, że cudzoziemiec się tam wplątał. Złą stroną tego forsownego ubezpieczenia jest, iż do ceny każdej rzeczy dolicza się 15% jej wartości. W rezultacie wszystko drogo kosztuje.

Bezrobotnych jest w Danji mało – jak wszędzie zresztą mało jest ludzi szczęśliwych. A że niema lepszego zajęcia jak być bezrobotnym w Danji to fakt; otrzymuje taki jegomość około 300 zł. miesięcznie zapomogi, czyste, przyzwoite mieszkanie. Żyć nie umierać! Niestety źli ludzie starają się dla takiego szczęśliwca o robotę i przeważnie prędko znajdują. A wtedy trzeba solidnie pracować, bo w razie notorycznego lenistwa robotnik przestaje być ubezpieczonym a nieasekurowanego nikt nie przyjmie do pracy. Będzie musiał emigrować.

Oszczędność nie jest w modzie. Poco, naco? Czarna godzina nie grozi – od niej są ubezpieczenia, na ewentualne wypadki, kalectwa, na utratę posady również się gwiżdże – więc?! To też znakomita większość Duńczyków wydaje wszystko co tylko zarabia.

Szczęśliwy kraj ta Danja. Niema tam bogaczy, niema zato nędzarzy; a czyż jest tragiczniejsza rzecz w społeczeństwie jak nędza?

W Warszawie roi się od żebraków. Są oczywiście tacy co wzbudzają tylko zdrowy śmiech: wszyscy np. znają poważnie wyglądającego mężczyznę przesiadującego na placu Zbawiciela z kartą na szyi: „nie odmawiajcie wsparcia nieszczęśliwemu głuchoniememu”. Jeżeli mu się da 5 czy 10 groszy – to tylko skinie głową, ale w razie otrzymania 20 zawoła niechybnie: „Panie Boże Wielki zapłać”.

Za 50 groszy głuchoniemy odmawia całą litanję. Albo ten zakapturzony staruszek co ze skrzypeczkami o dwu strunach w ręku rzempoli niemiłosiernie na przystankach tramwajowych zapowiadając głośno: „tango – muzyka Petersburskiego i Goida; bluss – muzyka metr dotela z Bristola”. Ej, czy ten staruszek nie słucha radja wieczorami – transmisyj muzyki tanecznej z Gastronomji, Oazy i Europejskiej?

Obok tych zawodowych amatorów – żebraków są prawdziwi biedacy. Chyba dla przyjemności nikt nie śpi w alejach o 3 w nocy, a ile razy się tam zabłąkam o tej porze zawsze widzę parę osobników skulonych, zwiniętych, w kłębek na ławce; jacyś obdarci chłopcy bosi i bez czapek, jacyś starsi ludzie brodaci i bez palt. Policjanci ganiają ich z miejsca na miejsce – w gruncie rzeczy oddają im usługę – spanie na świeżem powietrzu przy termperaturze zerowej to pewne zapalenie płuc, biedacy wloką się na Nowy Świat lub w aleje Jerozolimskie, stają przed Cristalem lub Moulin Rouge i słuchają przygłuszonego, dalekiego jazz-bandu, albo otaczają biały wózek buchający parą i patrzą żałośnie jak zziębnięci przechodnie kupują i połykają na miejscu smaczne gorące parówki z musztardą… nie można przełknąć kęska wobec paru takich beznadziejnie opuszczonych, rozpaczliwych postaci – przecież to też ludzie co oni myślą, co oni czują w tej chwili?

Parę dni temu, gramoląc się po ciemku na swe szóste piętro nadeptałem na coś miękkiego; zapałka – w jej słabem świetle rozpoznałem młodą dziewczynę, leżącą na schodach z głową opartą na kamieniu. Nietęgo wyglądała: mizerna, zmęczona, znękana, biednie ubrana.

– Co tu robicie miła panienko?

– Nie mam gdzie nocować – tu ciepło – nie przeszkadzam przecie.

– Skąd znowu, to ja przepraszam, że przechodzę przez pani pokój bez pukania, ale dlaczego nie pójdziecie do Towarzystwa Ochrony Kobiet – dwa kroki – tam by wam dali łóżko, kolację…

– Nie mam pieniędzy, boję się tych kobiet. Kobieta policjant to gorsza od mężczyzny.

Kto wie czy ma ona rację, ilekroć widzę takiego stupajkę w spódnicy źle mi się robi: sroga mina, srogie spojrzenie, groźne ruchy. (Nieczytelne zdanie) A czy dawno jesteście w Warszawie? Czy stale tak nocujecie po schodach?

Biedaczka nie żebrze, nie skarży się i nie prosi, ale z jej krótkich, urywanych wypowiedzi można zdać sobie sprawę z ogromu nędzy, niedoli i rozpaczy, które są jej udziałem. Przyjechała szukać pracy. jeszcze nic nie umie, niezaradna i niepomysłowa przymiera głodem. Ze zdrowiem szwankuje, bez znajomych pieniędzy ciepłej odzieży i szczęścia nikt nie da sobie rady. Aby coś zjeść za dnia, aby znaleźć ciepłą i zaciszną klatkę schodową na noc – niczego więcej pragnie. I tak żyje ta młoda jeszcze istota bez celu, bez nadziei na lepsze jutro…

Nie ona jedna. Znam dom gdzie dozorca jest gołębiego serca a na zakręcie, świetnie ogrzanych schodów stoi ławka. Otóż na schodach nocuje któś zawsze. Tylko jednemu bezdomnemu pozwala dozorca się przespać – nigdy nie braknie amatora. Od czterech lat nie było wypadku, by ławka próżnowała, biedacy znają ten dom jak miljonerzy hotel Excelsior w Nizzy, obecnie od sześciu tygodni nocuje tam stale jakiś siwy staruszek w rosyjskim szynelu.

Czy jednostka może coś pomóc tym nędzarzom, czy może wpłynąć na polepszenie ich bytu? Każdy rozumie, że nie. Dać 5 czy 10 złotych to przecie nie zmieni sytuacji – trzeba akcji na szeroką skalę, trzeba opodatkowania, na ten właśnie cel, szerokich mas. Płacimy dużo; poza sensownemi podatkami wymuszają od nas na Kasy Chorych, na ubezpieczenia, na kasy pogrzebowe i na tysiące innych pseudo – dobroczynnych i dobrodziejczych instytucyj. Działalności tych instytucyj nie widać: tysiące urzędników, miljony wykazów, druczków, fomularzy – to wszystko.

Nie wiem co trzeba zrobić, żeby było dobrze, żeby było tak jak w Danji, ale mam mocne przekonanie, że trzeba rozpocząć akcję od zlikwidowania dyrektorów, kuratorów, urzędników naszych biurokratycznych instytucyj. Gdyby pieniądze idące na utrzyma tych hord darmozjadów szły na inteligentne wspomaganie nędzarzy – nikt nie sypiałby na schodach i dozorca o gołębim sercu mógłby zredukować swoją ławkę.

Karol

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close