Zwycięstwo!

Zwycięstwo nad bolszewikami w sierpniu 1920 r. posiada znaczenie dla Polski, dla państw bałtyckich, dla Europy całej.

Cesarstwo rosyjskie posiadało na swoim terytorjum wiele narodowości, wiele języków, tradycyj, płynących z różnych źródeł, kultur, kształconych przez nic z sobą nie mające wspólnego elementy. Pomiędzy ludami Kaukazu a ludnością Petersburga leżała różnica większa, niż pomiędzy Moskwą, a Warszawą. A jednak państwo rosyjskie stworzyło jakąś wspólną nić pomiędzy temi plemionami skoro rewolucja zapanowała nad niemi wszystkiemi, jednak centralizm rosyjski był siłą faktyczną, skoro jedna rosyjska partja potrafiła przemóc wszystkie siły odśrodkowo – nacjonalistyczne, chociaż w tym okresie siły te wspomagane były wydatnie przez wszystkie partje i wszystkie elementy przeciwbolszewickie.

Jedna Polska się oparła.

Zawdzięczamy to temu właśnie, że nie jesteśmy narodowością, narodem bezpaństwowym, lecz jesteśmy i byliśmy zawsze państwem, państwem w niewoli, lecz nie utraciliśmy nigdy idei państwowej.

Dla państw bałtyckich, w tej liczbie i Litwy Kowieńskiej, zwycięstwo sierpniowe znaczyło tyle samo ile dla nas – znaczyła Niepodległość.

W sierpniu bolszewja walczyła jeszcze na wielu frontach. Jeszcze bił się baron Wrangiel. Tylko analfabeta polityczny może twierdzić, że bolszewja zlikwidowawszy niepodległość polską w Warszawie, ocaliwszy w ten sposób dla Rosji dziedzictwo cesarskich zdobywców Polski uszanowałaby niepodległość małych państewek przybałtyckich. Żołnierz prowadzony przez Marszałka Piłsudskiego w żelaznym „zdwigu” od Wieprza w górę do Białegostoku, żołnierz ten bił się i umierał ratując nietylko niepodległość polskiej Warszawy, lecz i litewskiego Kowna, łotewskiej Rygi, estońskiego Tallina.

Dla Europy?

Dla Europy zwycięstwo nad Wisłą oznaczało uniknięcie wojny. Zatknięcie czerwonego sztandaru na Zamku Królewskim popchnęłoby w sposób decydujący wodzów bolszewickich w stronę dalszej rewolucyjnej roboty w Europie. Dziś jeszcze zmagają się w Moskwie dwie szkoły, jedna twierdzi: wpierw rewolucjonizowanie Azji, druga, opozycyjna głosi: „najpierw zrewolucjonizowanie Europy”. Oczywiście z bolszewją nad granicą niemiecką Europa nie uniknęłaby wojny, nie mogłaby inaczej jak orężem obronić się. Wyszłaby z tego napewno zwycięsko, odpędziłaby bolszewików, których przedtem nie potrafiła zwyciężyć w ich kraju. Ale miałaby tę wojnę, do której po podpisaniu traktatu w Wersalu, tak nie chciała powracać i oczywiście ta wojna nie pozwoliłaby jej utrzymać traktatu Wersalskiego takim jakim go bez niej utrzymała. Niezależnie od tego, czy Nemezis dziejowa rzuciłaby Niemców do jednego obozu z bolszewikami, jak tego chciał Brockdorff — Rantzau, czy też Niemcy stanowiliby w tej wojnie straż przednią Europy walczącej z czerwonym hyper – chaosem – nie dałoby się w trzy lata po ewentualnem zajęciu Warszawy okupować zagłębie Ruhry przez wojska francuskie.

Broniliśmy więc także i Europy, która nie rozumiała tego. Pomoc jej była słabiutka i nie wahała się szantażować nas wtedy, gdyśmy ulegali. Czechosłowacja, wstrzymująca transporty zasłużyła sobie na wieczną z naszej strony pogardę.

Serce się sciska, gdy się czyta dzieje powstania 1830 r., dzieje ówczesnych bitew na przedpolu Warszawy. O ileż wtedy zwycięstwo nad Moskalami było łatwiejsze. Mieliśmy armię nie improwizowaną, lecz armię wyrosłą z Napoleońskich zwycięstw. Korpus oficerski jednolity, żołnierz wyćwiczony, kraj zorganizowany, bogaty, do wojny przygotowany. Przed sobą armję odciętą od swoich przez kraj bezdrożny i rozpalony powstaniem. Po zwycięstwach pod Wielkim Dębem i Iganiami, gdy się Dybicz cofał na południe, wzdłuż Wisły – nawet przewagi liczebnej nie miał za sobą. I mieliśmy wtedy strategików, planodawców! Jeden gen. Prądzyński to wiele więcej niż Weygand i Rozwadowski razem wzięci. Mieliśmy więc do zwycięstwa wszystkie potrzebne elementy, z których wiele nam brakowało w sierpniu 1920 r.

– Nie mieliśmy jednego – Wodza. Zestawienie roku 1830 z rokiem 1920 to najbardziej dramatyczny argument, jak wiele znaczy, jak wszystkiem jest Wódz podczas wojny.

* * *

„Gazeta Warszawska” na dzień 15 sierpnia dała swoim czytelnikom uroczysty dodatek ilustrowany, poświęcony polskiemu zwycięstwu przed 10 laty. Na pierwszej stronie, na rozpiętych skrzydłach Białego Orła (zresztą narysowanego zdaje się przez karykaturzystę) fotografje: gen. Hallera, gen. Rozwadowskiego, gen. Zagórskiego, gen. Weyganda, gen. Sikorskiego, śp. księdza Skorupki i Lolusia Płoszki, piętnastoletniego chłopca, poległego pod Ossowem. – Czyż to nie jest śmieszne – w końcu końców. Gdzież jest Wódz Naczelny? Jak można nie mieć na tyle narodowej godności, aby nawet w chwili tak uroczystej jak salutowanie własnego zwycięstwa robić nieprzyzwoite grymasy.

Może mają rację ci, którzy twierdzą, że prasę narodową w Polsce w rodzaju „Gazety Warszawskiej” redagują żydzi. Polak autentyczny z ciała, nerwów i kości pamięta, że są w życiu człowieka chwile takie, jak ślub córki, czy siostry, lub pogrzeb ojca, podczas których należy swoje humory, nastroje,nerwy odłożyć na bok, opanować swoje pretensje czy niezadowolenie, zachowywać się przyzwoicie, bez histerycznych wybuchów, stać spokojnie, bez figlów. To nam dyktuje nasza szlachecka kultura, głos naszego szlacheckiego atawizmu. To co robi „Gazeta Warszawska”, jest nieprzyzwoitością, pochodzącą z rozczochranej niedbałości o jakąkolwiek formę, jest brudną, nieumytą, nieeuropejską, chamską histerją. Czy Wódz Naczelny ci się podoba, czy nie podoba, czy jest twoim przeciwnikiem politycznym -czy nie był on twoim Wodzem w dniu zwycięstwa. Nie chcesz umieszczać jego portretu – nie umieszczaj – możesz się ograniczyć do wyrysowania tylko Orła Białego lub innego symbolu, lecz pomijanie jego portretu wśród galerji portretów dowódców wojskowych jest umyślną szykaną polityczną, jest -jak już powiedziałem – małpim grymasem robionym podczas uroczystości. A tego, kto podczas uroczystości pozwala sobie na małpie grymasy, można kazać wyprowadzić za drzwi.

Poczucie formy, dyscypliny wojskowej, poczucie godności narodowej zabrania robić tego, co czyni „Gazeta Warszawska”. – Przez pomijanie imienia Wodza Naczelnego wśród fotografij dowódców „Gazeta Warszawska” wykrzykuje jakgdyby histerycznie: „otóż go zwalczamy, otóż go zwalczamy”. To nie jest czas i pora odpowiednia do takich krzyków.

Wadą narodową żydów jest zapamiętałość i unoszenie się gwałtowne. Może i szkoda, że na prasę endecką w Polsce wpływ tak przemożny wywiera kultura żydowska.

Inteligentny czytelnik zrozumie, że nie chodzi mi o pierwszą stronicę niezdarnego dodatku ilustracyjnego jakiejś „Gazety” z obrzydliwie wymalowanym Orłem – lecz o to, że nawet datę zwycięstwa część społeczeństwa użyło sobie jako pretekst do ponownego wyładowania starczej, bezsilnej żółci. Żebyż to chodziło o walkę ideową. Nietylko nie jestem wielbicielem „zgody narodowej”, która uchodzi za panaceum na wszystkie choroby, ale uważam, że ten naród choruje właśnie dlatego, że nie ma ludzi o prawdziwie silnych i prawdziwie trwałych przekonaniach, a stąd nie kompromisowych, bezwolnych i zawsze idących razem z tłumem. Ale, wróćmy do tej stronicy ilustrowanej. O żadnym z tych generałów nie można powiedzieć, że wywyższa ich endecja w imię swojej ideologji, swoich przekonań, a nie tylko dla dogodzenia swojej żółci, tylko „na złość”. Rozwadowski – zdolny i wybitny oficer, coprawda najgorszej, bo austrjackiej szkoły, lecz niewątpliwie oficer na wysokim poziomie – czy może uchodzić za reprezentanta przekonań narodowych? – Ależ to on przed wojną do arcyksięcia Salwatora przy trumnach królewskich na Wawelu z głębokiem przekonaniem mówił o przywiązaniu do dynastji Habsburgów narodu polskiego, on do ostatka walczył przy Austrjakach. Gen. Sikorski – przecież to Wehrmachtowiec, zresztą, jak chyba nie zapomnieliśmy – „lewicowiec”, tak niedawno zwalczany za „lewicowość” swego gabinetu. Gen. Zagórski – jeśli endecy twierdzą, że nie wierzą, że to współpracownik austrjackiego wywiadu -to w każdym razie cóż on ideowo -endeckiego kiedykolwiek w życiu zrobił? – I proszę mi powiedzieć, co łączy tych generałów, którzy się znaleźli na tej kliszy? – Talenty wojskowe, wybitna rola, którą odegrali w tamtych dniach? Ale w takim razie gdzież najzdolniejszy z polskich oficerów gen. Rydz-Śmigły? Gdzież Żeligowski, który pod Radzyminem zbawił Warszawę?

– Nie! Świętując datę jedynego wielkiego i decydującego zwycięstwa, które Polsce od dwustu lat udało się odnieść – „Gazeta Warszawska” niema w oczach ani mapy teatru wojny, ani historji, ani widma wojska jak głodne i oberwane się cofało, jak potem nagle ruszyło naprzód – bo myśl ich pracuje w innym kierunku nie historycznym, czy wojskowym, nie politycznie – ideowym nawet, lecz tylko personalnie – partyjnie – żółciowym. Tak dokompletować bohaterów wojny, aby dokuczyć Wodzowi Naczelnemu. – Oto jest zadanie.

„Narodowem” było twierdzenie, że bitwę pod Warszawą wygrał nie generał polski, lecz oficer cudzoziemski. „Socjalistyczną” nazywała się radość z wyprawy na Kijów, czyli najszerszego rozwinięcia skrzydeł Białego Orła. – Doprawdy wszystkie paradoksy Oskara Wilde i Shawa nie sprostają tym paradoksom, które do mózgów polskich wtłaczała endecka propaganda.

Cat.

Konserwatywny dziennik wileński wydawany w latach 1922 – 1939. Redaktorem naczelnym był Stanisław Mackiewicz a publikowali w nim między innymi Ksawery Pruszyński, Marian Zdziechowski czy Józef Mackiewicz. Po zamachu majowym pismo poparło Piłsudskiego a od śmierci marszałka w opozycji do rządów sanacji.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close