• Światowid
  • / 11.03.1933
  • / Kraków
  • / Rok 10, Nr 11 (448)

Romantyzm sowieckiej poczty

Dawno już nie przeklinałem tak poczty, jak w ów dzień, kiedy dozorca przyniósł mi trzeci z rzędu list pisany z kraju, list, jakiego cudzoziemiec żyjący w Sowietach zawsze niecierpliwie oczekuje, a który to list, jak i dwa poprzednie, leżał na bruku przy bramie wjazdowej. Z pocztą sowiecką miałem już na pieńku, za niedoręczanie gazet, choć abonament za nie został zapłacony miesiąc temu i za rok zgóry. Oddział prenumerat zapewniał, że winę ponosi tylko ekspedycja pocztowa. Zawsze czułem jakąś niechęć do reklamacyj pocztowych, uważając je za beznadziejne (szczególnie w Sowietach) – więc czekałem. Ten fakt z listami przepełnił jednak miarę mej cierpliwości i postanowiłem zrobić piekło.

Pocztyljon, zjawiający się w zapadłej wsi sowieckiej z pocztą, zapowiada swoje przybycie trąbką. (zdjęcie i opis z artykułu)

Pocztyljon, zjawiający się w zapadłej wsi sowieckiej z pocztą, zapowiada swoje przybycie trąbką. (zdjęcie i opis z artykułu)

W centralnym „Pocztamcie” – po wielu ceremonjach, zaopatrzony w przepustkę – jakbym szedł do samego Stalina – stanąłem wreszcie w ogonku przy biurku referentki od reklamacyj. Moja referentka była dosłownie wściekła za taki najazd interesantów, temwięcej, że czuła na sobie ironiczny wzrok dobrej pół setki widnych stąd koleżanek, które oparte o poręcze krzeseł, błogo odpoczywały, ćmiąc papierosy.

– Nie dostajecie gazet towarzyszu – krzyczała zaperzona „biurokracja” w ucho pierwszego petenta – to i cóż z tego? Możecie jeszcze poczekać parę dni, a potem prześlecie „żałobu” (reklamację) na piśmie, to się rozpatrzy.

– Proszę następny. A wy co towarzyszu? – zwracała się już do następnego interesanta – także gazety? Słyszeliście już co mówiłam: doręczą! doręczą! Trzy tygodnie już czekacie i nie możecie poczekać jeszcze parę dni?… Zresztą piszcie reklamację.

Drugi interesant załatwiony – ale trzeci okazał się kamieniem dla tej pocztowej kosy.

– Wy mi tu głowy nie kręćcie, towarzyszko pracowniczko („służaszczaja”) – huknął, zanim kobiecina zdołała skończyć swą lekcję – jeśli ja tu do was przychodzę, to wasza rzecz pisać protokół i koniec. A jeśli wam się nie chce, to ja napiszę „żałobu” na was. Spódniczkowy dygnitarz zgłupiał i spisał akt z rezolutnym klientem. Ja byłem następny i temu pewnie zawdzięczam, że i ze mną zrobiono tę ceremonję. Poskromiona „biurokracja” zaszczyciła mnie nawet rozmową:

– Widzicie obywatelu – tłumaczyła – u nas ciągle zmieniają się listonoszki, a teraz znowu jakaś młoda dziewczyna w waszym rejonie. Widocznie jeszcze nie „obznajmiła się”, ale ja ją upomnę.

W istocie po kilku dniach zaczęto doręczać gazety, i to jakby dla rehabilitacji, aż w dwu egzemplarzach. Do kogo należał drugi egzemplarz, nie wiem, ale nie reklamowałem, bojąc się nowych komplikacyj.

* * *

Podobno dobre chęci starczą czasem za czyny – tak mówi jakieś przysłowie. Jeśli tak, to w Sowietach już powinien być raj – tyle tam dobrych chęci. M. i. sowiecka poczta ma je także, to też wzrusza wprost swoich klientów zamiarami mierzonemi „nie podług sił”. Taki to bolszewicki romantyzm. Plany te czyta się w istocie jak poezje, tyle w nich piękna, i… abstrakcji.

„Wzorowej stolicy – wzorowa poczta” – brzmi nagłówek jednego z nich: a dalej szereg zamierzeń, które mają zmienić Moskwę i Rosję w jakiś pocztowy Eden. „Dla przewozu przesyłek i gazet – czytamy – będą wprowadzone specjalne pociągi odchodzące dwa razy po wyjściu gazet. Szybkość pociągów 60 km. na godzinę. Przesyłka korespondencyj odbywać się będzie przeważnie samolotami. Strefa podmiejska – 100 klm. od miasta, będzie obsługiwana wprost z Moskwy samochodami i kolejami elektrycznemi (w budowie), dając możność doręczania poczty 4 razy dziennie. Wewnątrz miasta używać się będzie do tego celu automobili i metro (w pierwszem stadjum budowy), a ilość doręczeń poczty adresatom dojdzie do 10-ciu na dobę (!!) itd., itd., istny cud świata, nie wiem już tylko który, po czterech latach życia płodnej w cuda „Piatiletki”. Głowa boli z zachwytu, temwięcej, że nie umię pogodzić tego dostarczania poczty 10 razy dziennie na samolotach i specjalnemi pociągami z tem, że przez 14 dni gazety nie mogły dotrzeć do moich rąk, a korespondencje rzucono pod bramę.

* * *

Wyjaśnienie przyszło jednak wkońcu, w postaci statystyki jednego urzędu pocztowego (Smolnieński rejon) w Leningradzie, drugiej wzorowej stolicy Sowietów. Oto cyfry tej statystyki: 2.907 zażaleń na „biurokratyzm aparatu pocztowego”, 8.031 zawiadomień o definitywnie przepadłej korespondencji, 23.544 nierozpatrzonych jeszcze niedoręczeń korespondencyj, 25% opóźnień i niedostarczonych telegramów (!!), a oprócz tego inne „niedokładności”, któremi zajmuje się prokuratorja, jak zgubienie przesyłek pieniężnych itp. I to wszystko miało miejsce w ciągu jednego kwartału.

Statystyka zaopatrzona była w skromną uwagę, że stan charakterystyczny jest dla całej dyrekcji – i że znowu ta dyrekcja nie jest… wyjątkiem w Sowietach.

Teraz pojąłem wszystko i dziwiłem się znowu, ale już tylko samej naiwności, która poniosła mnie nieopatrznie przed oblicze reklamacyjnej referentki. Jakżeż głupio musiałem wyglądać w jej oczach!

* * *

Pocieszam się jednak, że nietylko ja. A refleksja ta nastręcza się zawsze, ilekroć patrzę na rzesze zalegające salę „pocztamtów”, rzesze złożone z szarych obywateli sowieckich, którym zlikwidowano „bezgramotnostj”. Ludzie ci oblegają – stojąc długo w ogonkach – wysokie pulpity do pisania, a potem piszą równie długo, rysując z przejęciem znaczki dla wyrażenia myśli – która szybciej krystalizuje się w krople potu na czołach i kapie na papier. Żal mi ich też czasem, bo któż zaręczy, że trud ich nie pomnoży tylko skandalicznych statystyk urzędów pocztowych.

Na obronę tych ostatnich muszę jednak powiedzieć, że wielka ilość przesyłek przepada z powodu braku adresu. Piszący nie myślą o tem, choć na każdej skrzynce widnieje oryginalny nieco napis: „Czyś nie zapomniał zaadresować listu?”

* * *

Rozpisałem się trochę obszernie o tej poczcie i nie wiem, czy intencje moje będą ocenione w kraju, gdzie poczta funkcjonuje dobrze i dzięki temu nie zasługuje na uwagę. Ale nie o to chodzi. Celem mego pocztowego elaboratu jest znowu zobrazowanie tych proporcyj, a raczej dysproporcyj między „rajskiemi” zamierzeniami, a ich rezultatami w życiu.

Samoloty, koleje elektryczne, metro – dla poczty -zamiast praktycznych kursów dla urzędników, listonoszy, no i samej publiczności. Zamiast fundamentów – kominy…

Taki to już bolszewicki romantyzm.

Krak.

Ilustrowany tygodnik kulturalno-polityczny wydawany w Krakowie przez koncern Ilustrowany Kuryer Codzienny. W każdym numerze na bieżąco relacjonowano aktualne wydarzenia z kraju i ze świata, ilustrując je dużą ilością fotografii, których w każdym numerze było kilkadziesiąt. Redaktorem naczelnym był Józef Flach. Czasopismo wychodziło w latach 1924-1939.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close