• Światowid
  • / 19.08.1933
  • / Kraków
  • / Rok 10, Nr 34 (471)

Wśród Bartków i Maćków we Francji

Największe polskie skupisko emigracyjne w Europie znajduje się we Francji, gdzie przebywa obecnie około 600.000 Polaków. Mieszkają oni zwartą masa w departamentach i Pas-de-Calais i Nord, gdyż w rejonie Paryża naliczono ich wszystkiego 30.000, a we Francji środkowej 15.000.

Polski górnik pracujący w kopalniach francuskich

Polski górnik pracujący w kopalniach francuskich (żródło: Światowid)

Emigracja do Francji zaczęła się po r. 1918. Spustoszona i wyludniona Francja potrzebowała wielu rąk dla swej odbudowy. Wysokie zarobki znęciły w pierwszym rzędzie tych z naszych rodaków, którzy od dziesiątek przebywali w Westfalji. Wielu z nich na wiadomość o powstaniu Polski postanowiło opuścić te strony, zwłaszcza, że rząd niemiecki zaczął ich wysiedlać, jako niepożądanych obcokrajowców. „Westfalczycy” wiec, jak nazywano polskich robotników z zagłębia Bochum, zaczęli się masowo przenosić do Francji, aby odbudowywać zniszczone przez wojnę departamenty. Ich ofiarnej pracy zawdzięcza Francja północna, że rany wojenne w tych okolicach szybko zabliźniły się, a zniszczone warsztaty pracy stanęły otworem dla robotników.

Kiedy odbudowa północnej Francji została zakończona, część robotników wróciła do Polski, a reszta (wśród nich przeważnie wykwalifikowani górnicy) pozostała we Francji, gdzie znalazła stałe zatrudnienie. Francuzi bowiem rodowici nie bardzo się kwapią do tak ciężkiej pracy, jaką jest górnictwo.

Największy ruch emigracyjny w kierunku Francji notuje statystyka około r. 1926, t. zn. w okresie dobrej konjunktury. Wtedy to, szczególnie z Małopolski zachodniej, wędrowały całe gromady do Francji tak, że liczbę naszych rodaków szacowano tam nieoficjalnie na 700.000. Skupiali się oni głównie w okręgu Lille i Douai. W okręgach tych widziało się niejednokrotnie całe osady i miasteczka, w których Polacy stanowili do 80-90% ludności.

Krajobrazowo , okolice te są beznadziejnie smutne. Naogół równina zamknięta kominami dymiącemi i szybami węglowemi.

Tylko czasem wśród tej szarzyzny połyskuje zieleń murawy, pożółkłej i spłowiałej. W powietrzu unosi się gryzący dym.

Przy każdej kopalni i fabryce wyrasta rząd małych domków. To mieszkania górnicze. Rojno tu i gwarno od dzieci, które całemi gromadami snują się po ulicach. Te dzieci zdrowe, silne i rumiane są przedmiotem pożądania Francji. One to mają uzupełniać deficyt ludnościowy naszej sojuszniczki. O te dzieci toczy się cicha, ale nieubłagana walka. Każdy emigrant ma bowiem do wyboru albo wrócić do kraju, albo też zostać we Francji i naturalizować się, t. zn. uzyskać obywatelstwo francuskie.

Ale górnicy są twardzi do wynarodowienia. Wielu z nich nie widziało Polski od dziesiątek lat, zapomnieli oni mowy ojczystej, mówią jakimś dziwnym żargonem, będącym mieszaniną niemieckiego, francuskiego i polskiego, ale każdy z nich marzy o jednem….

– Cóż zamyślacie robić, jak się dorobicie – pytam starego górnika – który właśnie wrócił z pracy i pochylił twarz uznojoną nad talerzem zupy.

– Co robić, ano wracać do Polski. Wiecie panie, mnie się tu nie widz. Jabym chciał mieć kawałek gruntu, chałupę i ogród, wszystko jedno gdzie, choćby na kresach.

– A dzieci wasze?

– Ee dzieci. Córka wyszła za Francuza, a syn pewno tu też zostanie, jest szoferem.

Zapraszam górnika na poczęstunek, ciągnąc go do pierwszego z brzegu estaminetu, czyli winiarni, względnie restauracji, od jakich się tu roi. Ale górnik nie spieszy się.

– Chodźmy panie do swojego.

Za chwilę siedzę w gospodzie Poznańczyka (zdaje się Marciniaka) i piję polską wyborową i zagryzam kiełbasą.

Już to bowiem wędliny umieją robić tylko w Polsce. I wogóle po kuchni francuskiej, do której zresztą nasze Maćki i Bartki jakoś nie mogą się przyzwyczaić, po tych wszystkich sałatach i przystawkach, polski barszcz i kotlet wieprzowy z kapustą i ziemniakami smakuje, że strach.

Ale czas spieszyć się na dworzec, bo za chwilę odchodzi pociąg do Paryża. Żegnam się więc z moimi górnikami i ściskam ich twarde, spracowane dłonie.

– Pozdrówcie panie od nas, tę naszą Polskę kochaną, dolatują mnie słowa, gdy pociąg już rusza.

A. B. (Lille).

Ilustrowany tygodnik kulturalno-polityczny wydawany w Krakowie przez koncern Ilustrowany Kuryer Codzienny. W każdym numerze na bieżąco relacjonowano aktualne wydarzenia z kraju i ze świata, ilustrując je dużą ilością fotografii, których w każdym numerze było kilkadziesiąt. Redaktorem naczelnym był Józef Flach. Czasopismo wychodziło w latach 1924-1939.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close