Imć pan Kat (cz.II)

Wywiad z wykonawcą wyroków sprawiedliwości.

II.

Ale wracajmy do rzeczy: Było to przed laty, kiedy byłem jeszcze młodym chłopcem. Wymordowano wtedy w Poznaniu całą rodzinę, złożoną z 8 osób, moich przyjaciół. Ogarnęła mnie rozpacz i złość, że mordercy hulają nieuchwytni. Pragnąłem zemsty i pomyślałem, że sam bym ich chętnie stracił, stałbym się ich katem. Odtąd zaciekawił mnie zawód kata. Interesowałem się literaturą, dotyczącą katów i egzekucjami śmierci z rozmaitych epok, czytywałem pamiętniki katów i odwiedzałem katów w Niemczech, przyjaźniąc się z nimi. Opowiadali mi wiele, wtajemniczając w arkana swego kunsztu. Wreszcie, gdy zawakowała posada kata w Polsce, zgłosiłem się pierwszy. Wzięto pod uwagę moje przygotowanie oraz znajomość rzeczy i uwzględniono moją ofertę, choć ofert było bardzo wiele.

– W Polsce jednak nie cenią „wykonawcy sprawidliwości”  – żali się kat. – Powodzi się katom dobrze przy monarchach, dobrze działo się katowi austrjackiemu, ale bardzo źle powodzi się katom w państwach republikańskich.

– Jak postawiony jest pański charakter służbowy?

– Jestem urzędnikiem kontraktowym Ministeratwa sprawiedliwości. Stopień mam niski, a co za tem  idzie, i uposażenie niskie. Otrzymuję jednak dodatek od każdej straconej głowy…

– Czy utrzymuje pan stosunki ze swoimi kolegami po fachu z innych krajów?

– A i owszem. Chętnie z sobą korespondujemy. Jestem pełen uznania dla francuskiego kata, Daiblera. Jest to niezrównany mistrz w swoim zawodzie…

Przy tych słowach wzrok kata pada na portret wiszący nad łóżkiem. Jest to portret kata Daiblera, przesłany warszawskiemu koledze po fachu.

– U nas – ciągnie kat – brak jest fachowców w tym zawodzie, nie każdy potrafi robić tak, aby „poszło raz dwa trzy”… Robota musi być czysta „a la Daibler”…

– Czy „pracuje” pan sam?

– Mam dwóch pomocników, ale są to ludzie nieinteligentni, na „mistrzów” nigdy nie wyjdą… A chcę tu jeszcze wtrącić pewien szczegół: Wszyscy musimy mieć przeszłość nieskazitelną. Ów student politechniki, o którym wspominałem, chciał zostać choćby moim pomocnikiem, ale nie został przyjęty, bo miał przeszłość nie całkiem wyraźną.

Maska kata i jego czyste ręce.

– Jak dowiaduje się pan o nastąpić mającej egzekucji i jak się pan do niej przygotowuje?

– Zawiadamia mnie Ministerstwo Sprawiedliwości specjalnem pismem. Ubieram się wtedy na czarno, w żakiecie, zabieram białe rękawiczki i udaję się w drogę. A propos białych rękawiczek: noszenie ich jest przewidziane przepisowo. Ja się jednak prowadzę tak, że za każdym razem wkładam nowe rękawiczki…

– ?…

– Czynię to dlatego, że nie chcę na ręce wkładać rękawiczek, raz już „robotą” poplamionych. Na tem tle miałem już nawet zatarg z Ministerstwem. Domagałem się mianowicie dodatku na rękawiczki do każdej „roboty”. Ministerstwo nie uwzględniło mego żądania, zmieniam więc rękawiczki na własny koszt… Taka już jest tradycja katów, aby dochodzić do egzekucji z „czystemi rękoma”.

– Jak odbywa się egzekucja i co należy do pańskiej czynności?

– Skazańca na miejsce kaźni sprowadzają moi pomocnicy, którzy ustawiają go pod szubienicą. Moja czynność ogranicza się jedynie do założenia stryczka. Nawet obsunięcie klapy na szafocie, lub usunięcie stołka z pod nóg, jeżeli niema szafotu należy już do moich pomocników. Po nałożeniu sznurka ściągam rękawiczki, które rzucam pod szafot i usuwam się na bok. Straceniec wisi przez [nieczytelne] minut i wówczas lekarz z urzędu konstatuje  protokolarnie śmierć.

– Gdzie odbywają się egzekucje i czy są u nas specjalne szafoty?

– Egzekucje odbywają się w tajemnicy [nieczytelne], w jakiemś ukryciu, jak w szopach, a jeżeli nie ma takiej, to z konieczności na dziedzińcu więzienia ale wówczas, gdy wszyscy śpią. Musi jednak pozwolić na to naczelnik więzienia, a są tacy naczelnicy, którzy nie pozwalają na terenie swoich więzień dokonywać egzekucji. Wówczas powstają trudności i trzeba szukać jakiegoś odpowiedniego terenu w odludnem miejscu, niedostępnem dla publiczności. Szafot jest w Polsce jeden tylko, a mianowicie przy więzieniu w Lublinie. Poza tem w innych miejscowościach wznosi się w razie potrzeby szubienicę według przepisowych rozmiarów. Troszczy się już o to władza, mająca nadzór nad straceniem.

– Nosi pan podobno maskę przy egzekucjach? Jaki jest tego właściwy powód?

– Jeżeli chodzi o maskę, to ją początkowo nosiłem, ale teraz już nie noszę. Obowiązywała ona przepisowo do niedawna, kiedy egzekucja nie była ściśle tajna i mogły mieć do niej dostęp osoby nie z tytułu służbowego. Nie chodziło o skazańca, lecz o to, by uchronić kata od poznania go przez osoby postronne. Teraz egzekucje są ściśle tajne poza szczupłem bardzo gronem osób, uczestniczących w charakterze służbowym, nikt postronny nie bywa dopuszczonym, nie mam tedy potrzeby maskowania się.

– Więc zagląda panu w twarz straceniec?

– I to także nie. Straceniec wyprowadzony jest do mnie już ze zawiązanemi oczyma. Nie może mnie więc widzieć…

– A gdy straceniec prosi o niezawiązywanie mu oczu?

– Ja się na to nie zgadzam. Miałem raz wypadek, że uwzględniłem taką prośbę skazańca. Gdy się jednak do niego zbliżyłem, kopnął mnie z taką siłą w brzuch, że parę miesięcy leżałem w szpitalu.

– Jak zazwyczaj odnoszą się skazańcy do kata?

– Ci z prostych sfer, jeżeli oczywiście są przytomni, wrogo i zaczepnie. Klną i wymyślają. Inteligentniejsi zaś z zupełnem wyrozumieniem. Miałem właśnie taki wypadek przy swoim debiucie. Wieszałem ojcobójcę, człowieka młodego, ze sfer inteligentnych. Był spokojny i odniósł się do mnie z wyrozumieniem, prosząc mię tylko, by zadać mu śmierć lekką, bez przewlekłych męczarni. Ta właśnie wyrozumiałość skazańca sprawiła mi tremę. Obawiałem się, czy zdołam należycie, jak na pierwszy raz, spełnić prośbę jego. Zakładałem mu pętlę drżącemi rękoma. Ale jakoś mi sie dobrze udało…

    (C. d. n.).

Ilustrowany Tygodnik Kryminalno Sądowy – wydawany w Krakowie w latach 1931 – 1934 przez koncern Ilustrowany Kuryer Codzienny. Formalnym redaktorem naczelnym był sam właściciel wydawnictwa Marian Dąbrowski, redaktorem odpowiedzialnym Jan Stankiewicz a za kształt graficzny pisma odpowiadał Janusz Maria Brzeski. Tajny Detektyw był kopią podobnych wydawnictw, które wychodziły (i wychodzą nadal) w całej niemal Europie. Pomimo świetnych wyników finansowych, pismo zlikwidowano. Stało się tak na skutek kompanii rozpętanej przeciwko tygodnikowi z powodu rzekomego złego wpływu na młodzież.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close