Imć pan Kat (cz.III)

Wywiad z wykonawcą wyroków sprawiedliwości.

III.

Gdy przemawiają stryczki…

– Czy działają na pana jakieś sceny ze straceńcami?

– Zazwyczaj nie. Katem jestem z zamiłowania i robię to z dumą i satysfakcją, jestem „sługą sprawiedliwości”. Jeden raz jednak zdarzyło mi się, że byłem przejęty sytuacją. Było to raz, gdy traciłem pewnego bandytę. Miał drobne dzieci i żonę, kobietę uczciwą i dobrą, przed którą ukrywał swój zawód. Gdy wychodził z domu na ostatnią swoją wyprawę, za którą wymierzono mu karę śmierci, żona prosiła go, aby został w domu. Nie usłuchał jej i wyszedł, mówiąc, że idzie na karty. W kancelarji więziennej nastąpiło pożegnanie skazańca z żoną i dziećmi. Ja, kat – nieznany im – obecny byłem przy tem pożegnaniu. Skazaniec całował żonie stopy, prosząc o przebaczenie za okłamywanie i przypomniał ostatnie wyjście z domu. Synek jego, czteroletni chłopczyk, śliczny, o jasnych lokach i niewinnych, błękitnych oczkach, uczepił się szyi straceńca.

– Tatusiu, ty się nie bój – uspokajał go – my ci przebaczamy i Bozia ci przebaczy… słaby głosik załamał się i dziecko zaszlochało.

W oczach stanęły mi łzy. W chwili tej uciekłbym, gdybym mógł, na koniec świata – uciekłbym od siebie samego…

Była to jedyna słaba chwila, którą przeżyłem w zawodzie kata.

– Ile osób wyprawił pan już na drugi świat?

– Około pięćdziesięciu. Przeważnie na kresach, a w stolicy ani razu jeszcze. Zresztą oto są wszystkie!

Kat otwiera szafkę. Na haczykach wisi kolekcja stryczków z ponumerowanemi kartkami, zawierającemi nazwiska i opisy straceńców, którzy na nich zawiśli.

Stryczki przemawiają… Każdy z nich, to niesamowita istota, zmaterjalizowana treść jakiegoś awanturniczego życia, źle pokierowanego i marnie zakończonego. Niektóre budzą dreszcz zgrozy i odrazy, inne politowanie.

– Oto numer 8-my – ujmuje stryczek kat – to młody zupełnie chłopak, miał lat, zdaje się zaledwie 22. Syn bogatych rodziców, otrzymał dobre wychowanie i żył w dostatku. Nigdybym nie wierzył, patrząc na sympatyczną twarz chłopca, że to straszliwy morderca. Działo się to przed kilku laty. Chłopak był chlubą swoich rodziców, którzy pokładali w nim wielkie nadzieje. I nagle stało się nieszczęście… Chłopak zgwałcił młodszą od siebie o sześć lat kuzynkę, a ponieważ dziewczyna groziła skargą i skandalem, zadusił a potem powiesił dla upozorowania samobójstwa. Kiedy sprawa się wydała, zdołał zbiec. Tułał się przez jakiś czas, aż wpadł do zgranej kompanji bandytów, uczestnicząc w kilku krwawych napadach. Po ujęciu skazany został na śmierć. Szedł pod szubienicę z całym spokojem. Ostatnie jego słowa pod szubienicą były: „A jednak nie żałuję życia, szczerze tylko żałuję swoich czynów”…

Byli skazańcy, którzy szli na stracenie z całkowitą apatją, inni znów z iście wisielczym humorem, lecz wielu spazmowalo, płakało, błagając o litość… Tych trzeba siłą prowadzić i krępować do ostatniej chwili, gdyż inaczej niepodobna im stryczka założyć.

Jeden taki urwał się ze stryczka. Było to gorzej dla niego, bo dwa razy umierał, a źle i dla mnie, bom dwa razy jednego uśmiercał.

– Czy długo zdaniem pana, męczy się na szubienicy skazaniec?

– Otóż to zależy od „czystości roboty”. Gdy kat zna „robotę”, skazaniec cierpi ułamek sekundy. Zależy to od szybkości zacieśnienia się pętli i należytego jej założenia. Drgawki nie oznaczają żadnych cierpień. Jest to anatomicznie naturalny objaw u każdego wisielca. Rozmowę naszą przerywa na chwilę nadejście gońca z piśmiennem zawiadomieniem o świeżo wyznaczonej egzekucji. Duża, biała koperta ma pieczątkę „bardzo pilne. Terminowe”… – Sądy doraźne przysparzają teraz „pracy” odzywa się kat. Byłem do niedawna jeszcze zatrudniony jako buchalter w pewnej firmie angielskiej ale musiałem teraz posadę tę porzucić. A i tak nie mogę dać rady i niedawno przyjęto już drugiego kata. Wyręcza on mnie, gdy zapada naraz kilka wyroków w różnych miejscowościach, ale to dyletant…

Zamilkliśmy obaj.

– Zapewne pan dużo pije? – próbuję przerwać kłopotliwą ciszę. – Wprost przeciwnie: wcale nie piję! – odpowiada kat. A mimo to wymienia adres najbliższej zacisznej knajpy.

– Wie pan? – wynurzał się po drodze – gdyby tak wszyscy pili jak ja, monopol spirytusowy w Polsce musiałby zbankrutować!…

Że jednak nie monopol by zbankrutował, przekonałem się niebawem, – kiedy po pół godzinie podano rachunek za dwie butelki „czystej wyborowej”…

***

Rozstałem się z katem. Długie godziny jeszcze miałem niesamowite uczucie lęku i jakiejś podświadomej odrazy. Oto człowiek, który za wiedzą i zgodą wszystkich pozbawia ludzi życia. Długie godziny upłynęły, zanim zdołałem otrząsnąć się z przykrego wrażenia. Przypomniałem sobie słowa, które Juliusz Krautz, najsławniejszy kat Niemiec w 80 latach ub. stulecia napisał na pierwszej stronie swojego pamiętnika:

Hangen, Kopfen, Radern – ist kein Sund
wir nicht, wir behielten kein Bissen im Mund
(Wieszać, skracać o głowę, łamać kołem – nie jest grzechem, gdyby to nie istniało nie zachowalibyśmy kęsa…)

Miał rację Juljusz Krautz, pisząc te słowa. Gdyby nie ci ludzie, prawo pozbawione ramienia wykonawcy wyroku stałoby się groźbą bez sankcji, a zbrodniarze pozbawieni najsilniejszego skrupułu, jakim jest strach przed karą, zbieraliby bogate żniwo. Bylibyśmy bezbronni…

Ilustrowany Tygodnik Kryminalno Sądowy – wydawany w Krakowie w latach 1931 – 1934 przez koncern Ilustrowany Kuryer Codzienny. Formalnym redaktorem naczelnym był sam właściciel wydawnictwa Marian Dąbrowski, redaktorem odpowiedzialnym Jan Stankiewicz a za kształt graficzny pisma odpowiadał Janusz Maria Brzeski. Tajny Detektyw był kopią podobnych wydawnictw, które wychodziły (i wychodzą nadal) w całej niemal Europie. Pomimo świetnych wyników finansowych, pismo zlikwidowano. Stało się tak na skutek kompanii rozpętanej przeciwko tygodnikowi z powodu rzekomego złego wpływu na młodzież.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close