Lynch!

Los Angeles (od naszego koresp.)

Stany Zjednoczone stanowczo przestały już dziś być wymarzonem Eldoradem świata. Kolos chwieje się, rozpada się w gruzy olbrzymia piramida bogactwa i złota. Dolar najsilniejsza dotąd na świecie waluta, zleciał do połowy swej wartości. Przed olbrzymim krajem otwiera się przepaść.

Czy Stany potrafią się zatrzymać na tej równi pochyłej, po której się staczają – niedaleka przyszłość pokaże. Ale rzecz ciekawa, pomimo swego upadku nie przestały one być nadal krajem światowych rekordów. Zmieniła się jedynie forma tych rekordów. Bezpowrotnie znikły rekordowe fortuny w rekordowem powstające tempie, nie buduje się już największych drapaczy chmur, czy najwspanialszych fabryk. Ale rekordy nadal są. Tylko, że obecnie w zupełnie innym gatunku. Rekordy przestępczości i zdziczenia obyczajów. Na tem polu niewątpliwie zdobywają palmę pierwszeństwa. W żadnem innem państwie niema takiej ilości zbrodni i takiej śmiałości i rozmachu w ich wykonaniu, jak tam. Ponieważ jednak jest prastare prawo natury, że każda akcja pociąga za sobą reakcję, więc również i w Stanach rozpętanie się osławionego gangsteryzmu pociągnęło za sobą tę właśnie reakcję, zresztą równie dziką i nie licującą z godnością cywilizowanego społeczeństwa – samosądy tłumu nad zbrodniarzami.

O lynchach amerykańskich pisaliśmy już kilkakrotnie. Jeżeli jednak jeszcze raz wracamy do tego niewesołego tematu, to czynimy to z powodu niezwykłej formy, jaką obecnie ten lynch tam przybiera. Tego rodzaju samosądy odbywały się z reguły nad murzynami i wchodziła tu w grę nienawiść rasowa białych do czarnych, która specjalnie w Stanach Zjednoczonych występuje z niesłychaną siłą. Tego rodzaju lynche, szczególnie ostatniemi czasy przytrafiały się często, władze jednak, acz zwykle bezskutecznie, starały się im przeciwdziałać.

Biały ofiarą lynchu.

Lecz teraz zaszedł wypadek, jedyny chyba w historji Stanów, że ofiarą rozbestwionego tłumu padli biali. Wypadek ten wywołał w całych Stanach niesłychane wprost wrażenie. Cała prasa amerykańska przepełniona była opisami tego lynchu zaopatrując go naogół, rzecz charakterystyczna, w przychylne komentarze.

Oto przebieg tego potwornego samosądu, który stał się odstraszającem memento dla gangsterów w Kalifornji.

W San Jose został porwany Hard, syn bogatego kupca i w parę dni później nieszczęśni rodzice otrzymali list, żądający 100.000 dolarów okupu za syna, z groźbą, że będzie zabity, w razie niezłożenia gotówki.

Ojciec porwanego zlekceważył ostrzeżenie i natychmiast dał znać policji. I tego samego dnia wieczorem rybacy wyłowili u wybrzeża zwłoki młodego Harda. Wieść o ohydnej zbrodni rozeszła się lotem błyskawicy po całej prowincji San Francisko. Policja, pobudzana do czynu rozgorączkowaną opinją publiczną ostro wzięła się do roboty. I już wkrótce wpadła na trop i zaaresztowała dwóch znanych na terenie Kalifornji gangsterów Tomasza Thurmonda i Johna Holmesa. Wzięci w ogień krzyżowych pytań mordercy przyznali się do zbrodni i pod silną eskortą zostali przewiezieni do więzienia w San Jose.

Przed gmachem więzienia zaczęły się zbierać coraz liczniejsze tłumy ludzi. Nie możemy dopuścić – wołali przygodni mówcy, by porywacze dzieci stawali przed trybunałami przysięgłych. Proces będzie się ciągnął miesiącami, a w końcu uznają ich za niespełna rozumu i wypuszcza. Niech przynajmniej w Kalifornji gangsterzy wiedza, że ciąży nad nimi straszliwy gniew ludu. Podobne słowa padały, jak iskry w beczki prochu na rozognione umysły Kalifornijczyków. Od rana do późnego zmierzchu demonstrowano przed więzieniem, żądając wydania morderców. Miejscowa policja była bezsilna wobec agresywnej postawy. Naczelnik więzienia nie mogąc opanować sytuacji wysłał telegram z prośbą o posiłki do gubernatoar Kalifornji p. Rolfa i otrzymał odpowiedź, zdumiewającą nawet jak na stosunki amerykańskie:

Nie czynić przeszkód.

„Nie czynić przeszkód to będzie najlepsza lekcja, jaką Kalifornja dać może Stanom Zjednoczonym, wykazując, że jest przynajmniej jeden stan, który potrafi skutecznie walczyć z gangsterami”.

Po tej odpowiedzi sprawa Thurmonda i Holmesa została przypieczętowana. Nastąpił najgroźniejszy lyncz ostatnich 100 lat, jak głosiła prasa amerykańska. Lyncz, jak jakiś potworny scenarjusz filmowy ze wszystkiemi swemi akcesorjami (brygadą fotografów, operatorów).

Po lewej: tłum forsuje bramę więzienia w San Jose; po prawej (góra) - Thomas Thurmond; po prawej (dół) - John "Jack" Holmes

Po lewej: tłum forsuje bramę więzienia w San Jose; po prawej (góra) – Thomas Thurmond; po prawej (dół) – John „Jack” Holmes

Coraz natarczywiej napierającym na więzienie ludziom, którzy zgromadzili się w ilości 6 tysięcy, mężczyźni, kobiety i dzieci, straż więzienna i policja stawiły dla pozoru słaby opór. Rzucono kilka bomb łzawiących, kilkakrotnie może strzelono w powietrze. Tłum zdemolował znajdujące się obok więzienia skład żelaza i uzbroiwszy się w żelazne pręty i ciężkie stalowe rury rzucił się do ataku na bramę. Po chwili z trzaskiem runęły masywne drzwi więzienia i oprawcy żądni krwi z rykiem wbiegli do budynku, przetrząsając cele w poszukiwaniu ofiar. Pierwszego znaleziono Thurmonda. Porwano go za włosy i wyciągnięto na ulicę. Brakowało jeszcze Holmesa. Rozbito wszystkie cele bezskutecznie. Holmesa nie było, ale wreszcie i jego znaleziono. Schował się głęboko pod pryczą, okrywając się siennikiem. Przez kwadrans conajmniej bronił się zaciekle, obdarzony nieludzką siłą, gryząc, kopiąc i powalając napastników. Uległ jednak przewadze. Pokrwawiony, z powybijanemi zębami, prawie nagi, wywleczony został z więzienia.

Piekielny samosąd.

I tu zaczęła się scena najohydniejsza. Obu morderców, nawpół już żywych fala ludzka niosła z dzikim rykiem między wielkiemi tłumami gapiów, którzy przyszli przypatrywać się krwawemu widowisku. Każdy, koło którego przesuwały się zmasakrowane postacie gangsterów czuł się w obowiązku zadać im jeszcze jakiś cios nożem, kijem, czy choćby ręką. Twarze obu gangsterów wyglądały jak krwawa miazga. Wieczór zapadał, a tłum jeszcze pastwił się nad nieszczęśnikami. Ludzie tratowali się, kobiety mdlały w ścisku, każdy chciał dotrzeć do ofiar. Na przydrożne drzewa, czy słupy telegraficzne wspinali się fotografowie z aparatami, zapalając magnezję i chcąc uwiecznić na kliszy ohydne sceny. Nie brakło też i operatorów filmowych z aparatami, umieszczonemi na ciężarowych samochodach.

Wreszcie w parku publicznym rozegrał się ostatni akt. Nieledwie, że ze skóry obdartych gangsterów setki barczystych rąk wzniosły w górę, zarzucono im pętle na szyje i powieszono na najwyższem drzewie.

Ale rozbestwionemu motłochowi i to jeszcze nie wystarczyło. Trupy wisielców oblano naftą i podpalono. Dopiero wtedy interweniowała policja w większej sile. Po utarczce odebrano zwłoki i odwieziono do sądowego prosektorjum.

Taki miał przebieg pierwszy w Ameryce lincz nad białymi. Sprawiedliwości w pojęciu Yankesów stało się zadość. Gubernator Kalifornji Rolf ogłosił nazajutrz oficjalnie, że uczestnicy linczu nie będą pociągnięci do żadnej odpowiedzialności i żadnych dochodzeń przeciw nim nie skieruje. I bezpośrednio potem otrzymał stosy listów ze wszystkich zakątków stanów pełne pochwał i uznania. Nawet pastorzy pochwalali jego decyzję, stwierdzając, że jest to znamienny, prawdziwie męski odruch przeciw panowaniu gansterów.

Przez szereg dni po tych ohydnych scenach w San Jose panował nastrój podniecony i rozgorączkowany. Pomysłowi spekulanci poobcinali gałęzie owego fatalnego drzewa w parku i sprzedawali w drobnych kawałkach jako talizmany.

Ale okrucieństwo jest zaraźliwe. W sąsiednich stanach Missouri, Karolina i Georgia organizowały się bandy, żądne krwi, demonstrując przed więzieniami i żądając wydania im różnych przestępców. W mieście Decater, w stanie Alabama cały pułk wojska musiał bronić przed ludem posiedzeń sądu w czasie rozprawy przeciw 7 murzynom.

* * *

Oto obrazek dzisiejszych stosunków amerykańskich. Czytając to, wprost wierzyć się nie chce, że podobne wypadki dziać się mogą w XX wieku i to w kraju, który pod względem technicznej cywilizacji stał niemal, że na czele narodów świata.

Dziś aktualnem jest zagadnienie, czy technika jest zbawieniem ludzkości, czy też jej przekleństwem. Nie miejsce tu zastanawiać się obszernie nad tem zagadnieniem, ale skonstatować możemy, że dzisiejsze stosunki amerykańskie są typowym przykładem tego właśnie patologicznego rozrostu techniki, którą nie kieruje żadna moralna siła.

Szem.

Ilustrowany Tygodnik Kryminalno Sądowy – wydawany w Krakowie w latach 1931 – 1934 przez koncern Ilustrowany Kuryer Codzienny. Formalnym redaktorem naczelnym był sam właściciel wydawnictwa Marian Dąbrowski, redaktorem odpowiedzialnym Jan Stankiewicz a za kształt graficzny pisma odpowiadał Janusz Maria Brzeski. Tajny Detektyw był kopią podobnych wydawnictw, które wychodziły (i wychodzą nadal) w całej niemal Europie. Pomimo świetnych wyników finansowych, pismo zlikwidowano. Stało się tak na skutek kompanii rozpętanej przeciwko tygodnikowi z powodu rzekomego złego wpływu na młodzież.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close