Chan chamstwa
Józef Wissarjonowicz Dżugaszwili

Profesorowi Marjanowi Zdziechowskiemu, autorowi
dzieła o Napoleonie III-cim, poświęcone.

Motto:

„Każda epoka potrzebuje wielkich nazwisk; jeżeli ich brak, wtedy je wymyśla.”
Helwecjusz.

Obchodził niedawno jubileusz, pięćdziesięciolecia urodzin swoich, zatem jest jeszcze stosunkowo młody. W galerji tych nowego typu „regentów”, rekrutujących się z hersztów, w galerji uzurpatorów na Słowiańszczyźnie, „włamywaczy w historję”, z tej trójcy najmłodszy, najzdrowszy, pełen sił, choć tam pono na epilepsję, herbową chorobę „Biesów” Dostojewskiego, też cierpiał i w sanatorjum w Gorkach jakiś czas przebywał. W każdym razie 50 lat to „wiek męski, wiek klęski”, ale nie jego, tylko tych mas, tej miazgi, tego mrowia, tej Tszaudali, co niebacznie na takie szczyty podsadziła „Warega” ale „Warega” od Południa, Kauazczyka, Gruzina. Znowu się spełnia starorzymska maksyma: „Graecia capta”… Z narodów oprymowanych, krzywdzonych, gniecionych, poszkodowanych „ex ossibus nostris adest ultor” przychodzi mściciel. Gruzja jęczała jak jęczy pod kopytami najazdu moskiewskiej Sowietarchji, ale zato Gruzin „Stalin”, dyktator lmpostor swoim butem gniecie sto miljonow, ogładza, łupi, pali, rozstrzeliwa masami, wyrzuca z odwiecznych siedzib, zsyła na banicję, mści się, pastwi, tarza się w nieszczęściach i niedolach rdzennych Rosjan, mógłby się kąpać w sadzawce z łez wylanych.

Idzie, wywodzi się ten śmieszny a piekielny potworek z tej samej kompanji, z tego samego gatunku, który ongiś przegrywający Niemcy narzucili Wschodniej Europie, dowożąc ich do granic w swojej asyście w wagonach plombowanych i nieplombowanych, licząc słusznie na ich wieczystą, dożywotnią wdzięczność. Opowiadają o tem per longinu et latum dwaj specjaliści w dostawianiu „Waregów” niejako kingmacherzy dla Słowiańszczyzny, hr. Hugo Kessler i generał Hoffmann. Wynurzenia serdeczne i rolę historyczną pierwszego dostatecznie znamy. Zaś szef sztabu i kierownik Wydziału propagandy gen. Hoffmann mówił:

„Rzecz prosta, że w czasie wojny sztab generalny korzystał ze wszelkich środków, ażeby zniiszczyć front rosyjski. Jednym z tych środków – wszystko jedno, jak go nazwiemy był Lenin. Cesarski rząd niemiecki wysłał Lenina w zaplombowanym wagonie w określonym celu. Za zgodą naszą Lenin i jego towarzysze zdemoralizowali armję rosyjską. Sekretarz stanu Kühlmann, hr. Czernin i ja zawarliśmy układ z Leninem głównie dlatego, żeby moc przerzucić armję na front zachodni. Układając się w Brześciu z tymi panami, byliśmy najmocniej przekonani, że nie utrzymają się przy władzy dłużej, niż dwa – trzy tygodnie. Proszę mi wierzyć, że nie bacząc na to, iż Lenin i Trocki w swoim czasie oddali nam nieocenione usługi, gdybyśmy wiedzieli albo przewidywali następstwa naszej współpracy z Leninem, nigdybyśmy pod żadnym pozorem nie weszli z nimi w układy, chociaż dusiliśmy się wtedy poprostu i pokój był nam konieczny za wszelką cenę. Tego pokoju nie mogła nam zapewnić żadna partja rosyjska: jedynym ratunkiem dla nas byli bolszewicy, uczepiliśmy się ich, nie biorąc zupełnie pod uwagę skutków tego nienaturalnego porozumienia…”

Z dalszej tedy perspektywy historycznej należy całkiem inaczej, bo sumarycznie, zapatrywać się na genezę układu stosunków powojennych i w W. Europie. Dowiezionych tam swoich sympatyków sfery rządzące niemieckie uważały niejako za podświadomych emisarjuszów, niejako moralnych wasali czy locum tenentes pangermanizmu, osadzonych na Wschodzie w dużych grupach jednych do r. 1917 współkombatantów, innych od r. 1917 sprzymierzeńców, w każdym razie narzuconych czy nasłanych słowiańskim narodom (w ich mniemaniu) w tym celu, aby przez czas ich władania zduszony i zgnieciony imperjalizm Teutonów mógł podlizać się w pierwszem dziesięcioleciu z ran i przyjść do siebie, by zczasem znów stanąć na nogi gotów do nowego „Drang nach Osten”. Impostorzy ci narzuceni tak, jak w średniowieczu przez cesarzów, organicznie i podskórnie zwycięskiej Francji niechętni, mieli według szeroko nakreślonych planów niemieckich, wytworzyć przez swe chaotyczne rządy takie stosunki tragiczne, taką gehennę ludów rządzonych, taką wojnę domową in permanentia, któraby w rezultatach definitywnych ułatwiła w przyszłości wszczęcie odwetowej interwencji germańskiej.

Locum tenentes rosyjski Gruzin nie jechał do swej „ojczyzny” w zaplombowanych wagonach niemieckich z ładunkiem bakcyli Leninoskich. Jego rok 1917 zastał w syberyjskich tajgach na zesłaniu z czego też utworzono wielką legendę, koloryzując i blagując na znany manier. Zaczynał swą wielką, „lśniącą karjerę” następcy Lenina-Uljanowa tak samo jak tego nowego stylu bohaterzy eurazyjscy, od terrorystycznego napadu na Bank w Tyflisie (1906). Ten napad na bank i eksproprjacja „kapitału” (grab nagreblennoje) to kamień węgielny jego popularności i „romantyczna” aureola. Czy tego typu bohaterzy i działacze rewolucyjni, którzy całą młodość przepędzili w ciemnościach i czeluściach konspiracji, a ideał widzieli Ii tylko we wszelkiem burzeniu i destrukcji, mogą w drugiej połowie życia przekształcić się w doskonałych organizatorów i spokojnych konstruktorów, których dzieła przeżyją stulecia, to dopiero okaże historja. Ponieważ ten typ regentów, wywodzących się z hersztów dopiero we Wschodniej Europie, najpierw wyszedł na widownię i raczej dopiero debjutuje w kunszcie rządzenia, przeto jedynie w przyszłości okaże się dopiero, czy wybór i dobór takich „przybłędów historycznych” był trafny i szczęśliwy dla ich narodów, czy też przypadkiem nie zarazili oni swych poddanych miazmatami swych mentalności bądź co bądź anarchicznych i satanicznych, bo wszelkiemu ładowi i porządkowi etycznemu na świecie wogóle organicznie wrażych.

Zapewne, że i takie „przybłędy historyczne”, tacy „zjadacze ludów”, demovores mogą czas jakiś w maskach włodarzy, gospodarzy, rządców zdziałać coś pozytywnego czy efektywnego, „złudzić spółczesność”, ba nawet uchodzić nie za emisarjuszów Szatana, ale za ludzi Opatrznościowych! Ale dopiero po ich odejściu, w następnej generacji okazać się może, jak głęboko demonją swoją zatruli wszystkie zdrowe tkanki organizmu przez siebie rządzonych narodów. To też jeżeli szczęśliwemi czują się nacje, które w państwa organizowali tacy ludzie świetlani, jak Waszyngton, Lincoln, Cavour, Masaryk, lub nawet Cromwell z biblją i Gustaw Adolf z biblją, to jednak nie jest jeszcze stwierdzone, czy mogą przetrwać burze dziejowe nawy państwowe, budowane przez narzuconych splotem przypadków awanturników, których głównym rysem jest odraza i pogarda dla rządzonych, potęgowana w nich furją „zbuntowanego niewolnika” wobec narodu swoich byłych władców, odraza śmierdzącego sługi z Dostojewskiego, tego Smerdiakowa, pastwiącego się nad swym dawnym panem i rozkazodawcą.

Aby zdać sobie sprawę, jaki to „czerwony car” rządzi teraz za naszą wschodnią ścianą i dysponuje 60-cioma dywizjami i najtęższą po amerykańskiej flotą skrzydlatą, trzeba sobie zestawić dwie lektury, to jest przypomnieć Dostojewskiego głównie „Biesów” i świeżo wydany a cieszący się olbrzymią poczytnością w Europie pamiętnik Lwa Dawidowicza Trockiego: „Aus meinem Leben”. W „Biesach” Dostojewskiego jest cały program „cezaryzmu demokratycznego…” Szygałowszczyzna. Oto jak formułują ten program „bohaterzy”:

„Cóż zrobił socjalizm? Stare siły poniszczył, nowych nie wytworzył! A my tymczasem będziemy mieli siły i to jeszcze jakie! Socjaliści fetyszów nie mają, a my mamy swego fetysza! Wy jesteście naszym fetyszem! Wasby nikt nie ośmielił się poklepać po ramieniu. Wy jesteście arystokratą takim jak rzadko! Dla was nic nie znaczy życie własne lub cudze. Wy jesteście wodzem! wyście słońcem! a my jesteśmy marne robaki u waszych stóp!”

Albo:

„Puści się w obieg wielką bajkę. Wspaniałą można z was zrobić legendę. Wy to piękny carewicz, dumny jak bóg, niczego nie pragniecie dla siebie, w aureoli poświęcenia ukrywający się przed światem! Legenda, oto czego nam potrzeba przedewszystkiem!”

Albo:

„Każdy członek naszej zmowy pilnuje jeden drugiego i obowiązany jest go denuncjować. Każdy należy do wszystkich, a wszyscy do każdego… Wszyscy są niewolnicy i w niewolnictwie równi… bez despotyzmu jeszcze nie było ani swobody ani równości, ale w stadzie musi być równość, oto jest Szygałowszczyzna!…”

Ale ten fetysz, carewicz… ten Człowiek Legendy, ulepiony przez gromadę „Biesów”, mówi:

„Zaplątałem się we własnych przesłankach i moja konkluzja jest w zupełnej sprzeczności z założeniem z któregom wyszedł. Wychodząc z bezgranicznej swobody, kończą bezgranicznym despotyzmem: dodam jednak, że prócz mego rozwiązania formuły społecznej, żadnego innego rozwiązania być nie może”…

W „Braciach Karamazowych” zaś, powieści, napisanej akurat równo pół wieku temu (1880), mówi Szatan, który zeszedł do nihilisty amoralisty Fedorowicza:

„Tam na Wschodzie w krainie nihilizmu i anarchizmu znajdą się nowi ludzie, mocni ludzie, bez żadnych skrupułów. Ich zamiarem jest zniweczyć i wywrócić wszystko do cna i rozpocząć życie na nowo od ludożerstwa. Głupcy! Czemu się nie zwrócili do mnie o radę, poco się tyle męczyć, wieszać, rzucać bomby, przecież to zbyteczne wszystko. Wystarczy poprostu zniszczyć w człowieku pojęcie Boga i wpoić przekonanie, że Boga niema, a temsamem padnie wszystko i cała moralność sczeźnie, człowiek sam dla siebie będzie bogiem i zrobi się miejsce dla zorganizowanej bezbożności”.

Oto z tych cytat już widzimy jasno, jak to w „Biesach” jasno przewidział Dostojewski te ceraryzmy wschodnio-europejskie i ten sanacyjny i ten proletarjacki. I Lenin Uljanow i Stalin Dżugaszwili wywodzą się wprost z tej Szygałowszczyzny Dostojewskiego… z Wierchowieńskiego ze Smerdiakowa (Karamazowy), Marmeładowa, Świdrygajłowa. Bolszewizm w dzisiejszej fazie to jest ucieleśnienie, to jest zejście z książek, z fikcji w życie, w rzeczywistość polityczną całej galerji ludzkiej i całej mentalności „bohaterów” Dostojewskiego. W swoim pamiętniku Trocki-Bronstein jako żyd bądź co bądź więcej i raczej Europejczyk niż Eurazjata wykazuje to właśnie na Stalinie uzurpatorze i jego metodach rządzenia kanalskich i mongolskich. Cytuje o nim przedewszystkiem zdania i sądy innych wielkich, Lenin w swym testamencie (ukrytym i zatajonym przez Stalina) mówił o Józefie Wissarjonowiczu:

„Brutalny i nielojalny, skłonny do nadużycia władzy”.

Bucharin zwierzał się Trockiemu: „Drugą cechą Stalina to niezwykła zawiść do tych, którzy wiedzą lub umieją więcej niż on”. Sam zaś Trocki pisze od siebie:

„Jego stosunek do faktów i ludzi odznacza się wyjątkową bezceremonjalnością. Jego opinje o ludziach pełne są sprzeczności. Niegdyś o mnie mawiał, że zwycięska rewolucja październikowa zawdzięcza swe powodzenie Trockiemu; obecnie oświadcza, że żadnej wybitnej roli Trocki nie grał. To samo jest z opinją Stalina o Zinowiewie i Kamieniewie, Można nie wątpić, że wkrótce Stalin o Rykowie, Bucharinie, Tomskim, będzie powtarzał te same opinje które jeszcze wczoraj uważał za złośliwe oszczerstwa opozycji. Jakże Stalin decyduje się na takie sprzeczności? Oto występuje z mowami albo artykułami dopiero wówczas, gdy przeciwnicy pozbawieni są możności odpowiadania”…

I tacy są regenci-hersztowie, Impostorzy, cezarowie słowiańscy, w samej istocie swej natury, na „Biesach” Dostojewskiego na ich wzór i podobieństwo formowani. Brutalni, nielojalni, zawistni, zmiennicy i oszczercy. Cały ich kunszt utrzymania się na powierzchni polega na wygryzaniu i podkopywaniu jednych konkurentów do władzy drugimi, poczem na eskamotowaniu „principiów”, programów i idei właśnie tym usuniętym i zwyciężonym. Cały talent czy instynkt władczy tych drapieżników zasadza się na tkaniu intryg, zastawianiu wilczych dołów, nasnuwaniu pajęczych sieci, na szakalim rzucaniu się na gardła i przegryzaniu grdyki przeciwnikom. Wcielenie Smerdiakowa, chytry i plugawy plebej Józef Wissarjonowicz ten kunszt pozbywania się i topienia indywidualności od siebie mądrzejszych, a mniej gadzinowych doprowadził do wirtuozostwa i absurdu. Na front estrady pierwszy wylazł wbrew wyraźnym ostrzeżeniom Lenina. Najpierw obezwładnił i zdeptał lewicową opozycję z pomocą hien z prawicowego „nachylenia”. Poszli w djabły Rakowskij, Preobreżańskij, Radek, Siewruk, Biełobrodow, Miasnikow, Zinowiew, Kamieniew. Na Trockiego naszczuł Bucharina i „Jemieluszkę” Jarosławskiego (porteplume cezaryzmu proletarjackiegiego).

I to zdruzgotanie się udało. „Mister Trockiego” wywieziono i wygnano. Mniejszemi rybami i płazami zajęła się czrezwyczajka: G. P. U. Pozbywszy się maksymalistów, integralnych komunistów, wziął się Kaukazczyk do wytępienia prawicowej opozycji, „herezji”, pogodziwszy się pozornie z rekinami Zinowiewem i Kamieniewem. Teraz rozpoczęło się wyrugowywanie, „czystka” prawicowej linji, usuwanie w cień szefa Politbiura Bucharina, prezesa Rady Komisarzy Ludowych: Rykowa, „finansisty” Szejnmana, nieprzejednanego Tomskiego i innych protektorów Nepu; poczem uszczuplanie i ograniczanie kompetencji wojskowych dygnitarzy Tuchaczewskiego, Klima, Budiennego, podejrzywanych o „Bonapartyzm”. Z rozgromu wyratował się Woroszyłow, na którego już, już miała iść nagonka i szczucie, gdyby nie jego pochlebstwa. Podchlebcy bowiem potrafią się wyratować przy rządach kamarylli „Biesów”. Woroszyłow ogłosił Stalina wielkim „wodzem wojny domowej”. Tymczasem ten to właśnie strateg i militarysta od siedmiu boleści jak się okazało najwalniej w r. 1920 przyczynił się do zwycięstwa polskiej armji, dowodzonej przez tak świetnych fachowców, jak. Sikorski, Weygand, Hallerzy, Szeptycki, Rozwadowski, Latinik, Piłsudski, Skierski. Stalin bowiem miał specjalny apetyt na Lwów wtedy, kiedy Tuchaczewski i Szmilga szli na Warszawę

i jego fałszywe ambicje walnie dopomogły do rozgromienia Sowietów. Kiedy bowiem dopiero na skutek kilku rozkazów i gróźb południowe wojska, przez Stalina na Lwów pchnięte zmieniły kierunek działania, było już zapóźno i Tuchaczewski, pozbawiony tego sukursu musiał uciekać.

Takim to wodzem i strategiem okazał się swego czasu Józef Wissarjonowicz. Pomimo tego pochlebcy i panegiryści nadal o nim piszą jako o „Spasitielu” i znawcy spraw wojskowych, które to „znawstwo” polega też na „czystce” w wojsku, t. j. na masowych rugach tych wszystkich wyższych szarż, które „Kaukazczyk” podejrzywał tylko o inklinowanie do opozycjonistów lub których dawniej nasadził jeszcze głównowierch Trockij. Nazywało się to „odmładzaniem” czerwonej armji, a było właściwie obsadzeniem wszystkich stanowisk ważnych adorantami żelaznej ręki Stalina.

To też cała „elita” sowiecka jest dziś nowa i całkiem inna. Stara gwardja szpiców i speców z r. 1917 usunięta gdzieś w cienie, jak również ci wszyscy, co stanowili podporę tronu Uljanowa, a w to miejsce wszędzie nowe, nowe nazwiska potentatów:

Larin, Nepotow, Gamariuk, Jagoda (G. P. U), Komarow, Mołotow, Czuchow, Polidorow, Manulski i t. p. Z pomocą olbrzymiej sieci szpiegów, „domkorów”, szpiclów, denuncjantów, inwigilatorów Stalin zdołał na najdalszych placówkach wytropić, wyłowić, i wyciągnąć, i wyłuskać, swoich wrogów (a sympatyków opozycji) i wszystkich przez te kilka lat unicestwić, zdruzgotać, ogłodzić. Jego „twierdokamienmost” uczuciowa nie pozwoliła mu na żadną lojalność i na żadną wdzięczność w stosunku do tych, co mu kiedyś pomagali. Jego niska zajadła mstliwość zmusiła go do pastwienia się nietylko nad tymi, którzy byli jego rywalami, ale nawet nad tymi, których urojenie podejrzewał o konkurencję. „Brutalną nielojalność”, o której już pisał w „Testamencie” Lenin i względem dawnych przyjaciół doprowadził do absurdu.

Personalne animozje, nienawiści i zawiści stały się jego żywiołem, z którego czerpał olbrzymie zasoby niespożytej aktywności i energji. Kto tylko nie uprawiał fetyszyzmu wobec następcy Lenina, kto tylko był „niepewny”, na tego zaraz szła ofenzywa cuchnących oszczerstw, kalumnij, „rugatielstw” w stylu Smerdjakowskim, poczem podziemne podkopy intryg, prowokacyj, podejść, wciągania do wsypy, a w rezultacie dymisja, banicja, ogładzanie, Krym lub Sybir.

Adolf Nowaczyński

(Dokończenie nastąpi).

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Close