• Tęcza
  • VI 1939
  • Poznań
  • Rok 13, Nr 6

Bolesław Rudzki

Czecho-Słowacja w okowach
Wrażenia z podróży

Z Orłowej tramwajem przyjeżdżam do Morawskiej Ostrawy, miasta zawsze ruchliwego i pełnego życia. Dziś apatia i przygnębienie wieje od jego mieszkańców narodowości czeskiej. Smutne i pełne lęku miny mają także Żydzi, dość licznie osiadli w tym mieście.

Instaluję się w hotelu i idę do kawiarni „Savoy”, siedziby giełdy dyplomatycznej i dziennikarskiej. Witam się ze starymi przyjaciółmi Francuzami, stale tu przebywającymi, i siadam przy ich stoliku, ozdobionym małą trójkolorową chorągiewką. Pytam o znajomych dziennikarzy czeskich.

– Zamknięci – pada odpowiedź. – Trudno nawet dowiedzieć się cośkolwiek o ich losie. Podobno kilku z nich wywieziono już w głąb Niemiec. Dwóch zmarło…

Tyłem do niemieckich oficerów

Słucham opowiadań kolegów po piórze z zaciekawieniem. To są dla mnie nowości. Informują mnie także o nastrojach ludności. Są one bezwzględnie nieprzyjazne dla okupantów niemieckich. Czesi w każdym Niemcu widzą wroga, który zabrał im wolność, odbiera następnie majątek, warsztat pracy i chce ich zamienić w swoich niewolników. Nie wszyscy jednak godzą się bez protestu z takim stanem rzeczy. Toteż starcia pomiędzy Czechami a Niemcami są na porządku dziennym. Szczególnie na przedmieściach Ostrawy, zamieszkałych przez element robotniczy, niemieccy policjanci i szturmowcy są stale ostrzeliwani.

Nie lepiej dzieje się w okolicznych wsiach. Chłopi morawscy wyraźnie opierają się najeźdźcom. Sabotują ich zarządzenia, odmawiają sprzedaży zboża i nabiału. Władze niemieckie uciekają się do rekwizycji, gdyż w przeciwnym razie niewiele by otrzymano potrzebnych produktów żywnościowych.

Niemcy gwałtem narzucają miastom czeskim charakter niemiecki. Nadają ulicom i placom nazwy dygnitarzy hitlerowskich i nakazują we wszystkim posługiwać się publicznie językiem niemieckim. Przeciwko germanizacyjnym zarządzeniom okupantów najgłośniej burzą się kobiety i dziewczęta morawskie, najzagorzalsze patriotki czeskie. Spotykając oficerów niemieckich kobiety demontracyjnie odwracają się do nich tyłem, a dziewczęta śpiewają im pod nos rewolucyjną pieśń czeskich sokołów pt. „6 lipca”. Władze usiłują zapobiec tym afrontom za pomocą kar, ale to nie bardzo skutkuje.

W Pradze

Na ulicach Pragi, mimo pięknego wiosennego dnia, nie widać śmiejącego się, wesołego zazwyczaj tłumu. Daremnie oko moje szuka wystrojonych w szykowne mundury oficerów czeskich. Ich miejsce zajęły popielatoszare i brązowe mundury oficerów niemieckich. Dużo kobiet w żałobie, głowy spuszczone, twarze skupione, zacięte. Przeważnie milczą. Jeśli mówią – to szeptem. Czeszki…

Czeskie „figle” i niemieckie obżarstwo

Wchodzę do małej, uczęszczanej przez Czechów kawiarni. Panuje w niej cisza, mimo przepełnienia po brzegi. Czuję na sobie dziesiątki par oczu nieufnych, podejrzliwych. Szukam wolnego stolika i siadam. Proszę kawę i dzienniki. Mówię po polsku, zwolna, głośno. Na dźwięk mego głosu wszyscy ożywiają się. Oglądają mnie z zaciekawieniem, ale milczą. Zagłębiam się w dzienniki. Są gruntownie zmienione. Na pierwszej stronie znajdują się komunikaty władz okupacyjnych. Ujęte w grube czarne ramki, podobne są do nekrologów. Obok znajdują się artykuły i apele nawołujące do spokoju i współpracy z władzami okupacyjnymi. M. in. znajduję takie wezwania: „Nie przerywać zajęć!” „Nie stronić od kin, teatrów i miejsc rozrywkowych!” „Nie urządzać psich figlów!”

To ostatnie wezwanie skierowane jest głównie do młodzieży i robotników, którzy okupantom wyrządzają coraz to nowe, a bardzo szkodliwe figle. To przy stojącym samochodzie tłuką zza węgła szyby i latarki, to ostrym nożem przecinają opony, a w słabo oświetlonych uliczkach rozsypują w nocy tłuczone szkło lub przeciągają przez nie kolczaste druty itp.

W wielkich kawiarniach i magazynach niebywały ruch. Ludzie wchodzą i wychodzą. Twarze przeważnie obce, nie praskie, nie czeskie. Wszyscy mówią po niemiecku, głośno, hałaśliwie. To przybysze z Niemiec, którzy zjechali do Pragi i innych miast czeskich po zakupy. Kupują wszystko, co tylko kupić mogą, wypróżniając do szczętu wszystkie niemal magazyny, które świecą pustkami. Obładowani paczkami zakupionych towarów, zziajani, spoceni idą tłumnie do kawiarń i restauracyj, w których obżerają się do obrzydliwości różnymi smakołykami, jakich jest brak wielki w Niemczech.

W katedrze

Jest południe. Wstępuję do katedry, obok której przechodzę. Tłumy modlących się kobiet i mężczyzn. Stoję na boku i zaczynam modlić się. Naraz słyszę ruch i tupot wielu nóg. Oglądam się i widzę, jak kilkaset dzieci szkolnych obojga płci i różnego wieku, z tornistrami na plecach i z tekami w ręku wchodzi do katedry. Prowadzi je młody ksiądz, prawdopodobnie katecheta. Po chwili wszyscy klękają i powtarzają chórem ze księdzem modlitwę do św. Wacława, patrona Czech, ułożoną przez ks. Bablina przed z górą 300 laty:

„Ty, któryś jest największym obrońcą ziemi czeskiej, Wacławie święty, bądź nam także Wrócisławem, wróć nam sławę, którąśmy posiadali, nam Czechom, Twoim synom. Na to miejsce, z któregośmy upadli wskutek własnych zaniedbań i mściwej przewrotności innych, postaw nas na nowo. Na tośmy nie zasłużyli. Chcemy wiernie aż do śmierci służyć Tobie i Twojej świętej wierze, obrono i tarczo naszego narodu, a jeśli zginiemy – w Tobie zginiemy. Od nowych obywateli próżno oczekiwać będziesz czci, którą Cię tyle wieków Czesi otaczali z miłością. Przeto ustawicznie do Ciebie wołamy: nie daj zginąć nam ani potomnym! A jeśli nie chcesz usłyszeć nas, synów marnotrawnych, usłysz i wysłuchaj modlitwy naszych przodków, oni modlili się za swoje potomstwo i w niebiosach patrzą na Ciebie! Święty Wacławie, Męczenniku Chrystusowy, jedyny włodarzu ziemi czeskiej, módl się za nami!”

Była to zaiste piękna i wzruszające scena, na którą nawet kamienne serce obojętne być nie mogłoby…

Żyd i Niemiec za kulisami tragedii

Odwiedzam znajomych. Z ich opowiadań dowiaduję się mniej więcej tych samych szczegółów, które podała prasa. Prażanie Niemców przyjęli ponurym milczeniem. Kobiety nawet płaczem. „Entuzjazm” i „radość” objawiali tylko nieliczni Niemcy prascy oraz przywiezione tłumy młodych Niemców z krajów Sudeckich, Saksonii i Śląska. To samo było w czasie uroczystego wjazdu Hitlera, którego młodzież i robotnicy czescy powitali nawet gwizdaniem. Gestapo była bezsilna. Nie zdołała zapobiec podobnej demonstracji.

W dziedzinie kulisów poddania się Hachy Hitlerowi i niestawiania oporu przez naród czeski dowiedziałem się sensacyj.

Według zapewnień moich informatorów, ludzi poważnych, ustosunkowanych i godnych zaufania, kulisy tragedii II Republiki czechosłowackiej przedstawiały się następująco.

Sprawa opanowania Czechosłowacji przez Niemcy została najpierw omówiona i niemal zdecydowana w rozmowach, prowadzonych przez Hitlera i jego pełnomocników z Chvalkovskym, Czechem żydowskiego pochodzenia. Chvalkovsky podjął się nakłonić do projektu niemieckiego gen. Syrovy’ego, co mu się miało udać dość łatwo. Ze zdaniem Hachy nikt się nie liczył. Wiedziano, że człowiek ten czuje się raczej Niemcem niż Czechem (jest przecież krewnym Henleina!), a co najważniejsze, że ma wielki kult dla niemieckiej siły i w ogóle dla wszystkiego, co jest niemieckie.

Ponadto władze niemieckie weszły w porozumienie z jeszcze jednym generałem czeskim, mianowicie z osławionym Gajdą, z zawodu fryzjerem z jakiegoś prowincjonalnego miasteczka. Człowiek ten, pozbawiony jakichkolwiek skrupułów, który już raz sprzedał tajemnice wojskowe oraz ważne dokumenty obcemu mocarstwu, świetnie nadawał się na wykonawcę niemieckich zleceń.

Wymienieni, każdy w swoim zakresie, postarali się o sparaliżowanie państwa czeskiego w tragicznej dlań chwili. Chvalkovsky wraz z czeredą swoich satelitów sparaliżował je na zewnątrz i spowodował to, że większość poselstw i konsulatów, które mogłyby do pewnego stopnia ocalić państwowość czeską, stwarzając powikłania prawne, poddały się zaborcy i uznały protektorat Rzeszy; przez to odebrały innym państwom argument, który mógłby je powstrzymać od prawnego uznania niemieckiego zaboru.

Wina Syrovy’ego jest także niemała. On to właśnie jest tym, który świadomie czy nieświadomie wprowadził na różne decydujące stanowiska ludzi wysługujących się Niemcom. Np. w radiu praskim, które w przeciągu kilku chwil tak sprawnie przemieniło się z czeskiego na niemieckie, głównie z poręki gen. Syrovy’ego znaleźli się nowi ludzie, którzy tę przemianę spowodowali.

A wojsko? To także gen. Syrovy umiał w czas unieruchomić i uczynić niemal że bezbronnym, niezdolnym do skutecznego przeciwstawienia się najeźdźcy. Wprawdzie przyjaciele i zwolennicy tegoż generała twierdzą, że działał on w najlepszej wierze, że sądził, iż w wytworzonej sytuacji inaczej postąpić nie można było. Dajmy na to, że to prawda. Ale teraz pytanie: Kto tę sytuację głównie przygotował? Kto miał przez kilka miesięcy dyktatorską niemal władzę? Kto? – Generał Syrovy…

Generał z nieprawdziwego zdarzenia, Rudolf Gajda, posiadał dość poważne wpływy wśród robociarzy, a niedawno i wśród młodzieży. On też swoim autorytetem spowodował rzesze robotnicze i młodzieży, by nie przeciwstawiały się w jakiejkolwiek bądź formie niemieckiemu najeźdźcy, gdyż okupacja niemiecka będzie czasowa i że okupanci ustępując, jemu, Gajdzie, oddadzą władzę nad Czechami.

Wreszcie dr Hacha. Co do jego roli istnieją dwie wersje. Jedna, która twierdzi, że nic nie wiedział i że istotnie padł ofiarą niemieckiego podstępu, druga, która głosi, że był dobrze wtajemniczony przez Chvalkovsky’ego i Syrovy’ego w to, co miało nastąpić.

Przypuśćmy, że dr Hacha nic nie wiedział. Dlaczego jednak, on, wybitny prawnik, podpisał akt bezprawny, przecież konstytucja czeska (i podobnie żadna konstytucja w jakimkolwiek bądź państwie) nie pozwala prezydentowi lub rządowi rezygnować z niepodległości państwowej. Kapitulacja dra Hachy była bezprawiem, zdradą stanu! Czy p. Hacha nie zdawał sobie sprawy ze swego kroku? Musiał zdawać. Skoro mimo to dopuścił się bezprawia, choćby nawet pod przymusem fizycznym, jest winnym i jako winny przez naród czeski sądzonym być musi. Bo naród czeski nigdy nie uzna tego, co się stało 15 marca 1939 r.

Tak mniej więcej mówili moi rozmówcy.

Dlaczego nie broniliście się?

– Dlaczego jednak, mimo wszystko, nie broniliście się? – rzuciłem im pytanie.

– Bronić się? Bronić się byliśmy gotowi na wiosnę lub w jesieni ub. roku. Gdyby nas wówczas wezwano, walczylibyśmy jak lwy. Dwie mobilizacje, w maju i wrześniu 1938 r., oraz zeszłoroczne demonstracje patriotyczne sokołów – to dowody, że duch bojowości, duch walki istniał w naszym narodzie. Ale tego ducha nasze władze najwyższe zlekceważyły, po prostu zdeptały go, przyjmując zamiast walki – układy i haniebne ustępstwa. To nas złamało psychicznie. To nam wytrąciło broń z ręki i zepchnęło w otchłań bierności i apatii. Po Monachium poczuliśmy się zdradzeni przez przyjaciół i sojuszników, rozbici, okaleczeni. Oboleli uwierzyliśmy do tego w gorące zapewnienia Hitlera, że nie ma już do nas żadnych pretensyj, uwierzyliśmy także w gwarancje, jakie nam miano ofiarować odnośnie nienaruszalności naszych granic. I nie tylko to. Uwierzyliśmy w nowy rząd, który nazwał się „rządem narodowym” i który nie omieszkał nas zapewnić, że przeszłość już się nie powtórzy. A jednak poczęły się pojawiać zapowiedzi powtórzenia przeszłości. Skoro się w tym spostrzegliśmy, było już za późno. Zresztą kto miał się zająć organizowaniem ratunku, gdy wszyscy potracili głowy. Akcja była tak błyskawiczna, że wszyscy oniemieliśmy z przerażenia. Ledwie dowiedzieliśmy się o wyjeździe dra Hachy i Chvalkovsky’ego do Berlina, a tu już nadchodzi nowa, nieprawdopodobna wiadomość: wojska niemieckie zajęły Morawską Ostrawę i rano dnia następnego mają być już w Pradze.

Karabiny maszynowe bez zamków

Wiadomość ta zelektryzowała armię, która chciała porwać za broń. I właśnie w trakcie przygotowań pułków i batalionów do stawienia oporu najeźdźcy dowódcy ich otrzymują rozkaz od gen. Syrovy’ego nie ruszania się z koszar. Niektórzy oficerowie, mimo wszystko, chcieli stawić czoło okupantom. I cóż się wówczas okazało? Z karabinów maszynowych jakaś tajemnicza ręka usunęła zamki, to samo stało się z armatami, równocześnie przy magazynach i arsenałach pojawiły się nagle bojówki gen. Gajdy, które gotowe były do walki w obronie nienaruszalności tychże.

– W takich warunkach opór był trudny. Wprawdzie tu i ówdzie doszło do walki, a w Mistku Niemcy drogo opłaciły zajęcie tego miasta. Na ogół jednak okupant opanował nasz kraj bez wielkiej trudności, bo właściwie tylko przyroda pod postacią straszliwej wichury i śnieżycy broniła królestwa św. Wacława przed najeźdźcą germańskim.

– Gdy o tym wszystkim się myśli, serce bić w piersi przestaje… I wyć by się chciało z rozpaczy. Bo oto czego doczekaliśmy się: hańby niewoli i powolnego zniszczenia, które już wszędzie zaczyna być widoczne. Niemcy bowiem wywożą z naszego kraju wszystko, co tylko wywieźć da się. Wiele przedsiębiorstw już zlikwidowali, a ich urządzenia wywieźli do Niemiec. Po wsiach rekwirują żywność. W miastach wykupują magazyny. Liczba bezrobotnych rośnie z dnia na dzień, a wraz z bezrobociem pojawia się nędza i rozpacz. Na tle tych rozpaczliwych stosunków hula bezkarnie Gestapo, która bez powodu aresztuje i wywozi coraz to więcej ludzi w głąb Niemiec do robót przymusowych. Jaki jest ich los – nie wiadomo. Podobno zostają użyci do prac w fabrykach chemicznych, z których rzadko kto wychodzi żywy… Obozy koncentracyjne w Podiebradzie, Milanowicach czy Żatcu pełne są najbardziej wartościowych i czynnych jednostek spośród społeczeństwa czeskiego. Wielu z uwięzionych już po kilku czy kilkunastu dniach kończy życie. Bo niemieckie obozy koncentracyjne – to istne piekło na ziemi…

…Jak niesprawiedliwi byliśmy wobec was, Polaków!

– Oto czegośmy dożyli i czegośmy się doczekali! Dziś w nieszczęściu dopiero widzimy nasze wady, błędy i winy. Dziś dopiero rozumiemy, jak byliśmy niesprawiedliwi wobec Was, Polaków. Wiemy i ufamy jednak, że Wy w wielkości swego szlachetnego serca zechcecie wspaniałomyślnie wybaczyć i zapomnieć nam to wszystko zło, jakie Wam wyrządziliśmy, że zechcecie nam przyjść z pomocą i ratunkiem, gdyż od was tylko możemy się ich spodziewać…

W ten sposób mówili do mnie w Pradze patrioci czescy, prosząc usilnie o to, by słowa ich doszły do uszu wszystkich Polaków w Polsce.

Czyj to właściwie kraj?

Czyj to właściwie kraj? Niemców czy Słowaków? – Oto pytanie, jakie sobie niejednokrotnie zadawałem, zwiedzając miasta i miasteczka, wsie i wioski słowackie. Bo dla kogoż właściwie istnieje „niezawisły slovensky sztat”? Dla Słowaków? Nie! Słowacy we własnym „niepodległym” państwie mają najmniej do gadania. Wszystkim rządzą i wszystkim kierują w Słowacji Niemcy.

Aż przykro patrzeć na to, co się teraz dzieje w „niepodległym” państwie słowackim. Gdzie się człowiek obróci, wszędzie widzi Niemców. Wojsko, czarne formacje SS, brunatne SA, żandarmeria polowa, Gestapo gospodarują w całej Słowacji. A „Hlinkowa Garda”, na której dzisiejsze wyczyny szlachetny proboszcz z Rużomberka przewróciłby się w grobie, w tej gospodarce, rujnującej doszczętnie biedny kraj słowacki, dzielnie Niemcom sekunduje, pomagając im w rabowaniu własnego kraju.

Byłem nad Wagiem w którego dolinie państwo czechosłowackie od trzech lat rozbudowywało cały swój przemysł wojenny i wszelkie magazyny, związane z wojną, a w których ostatnio nagromadzono masę surowców i zapasów żywnościowych dla wojska. Wszystko to dzisiaj stało się łupem Niemców, którzy demontują urządzenia fabryczne i wywożą do Niemiec. Podobnież dzieje się z olbrzymimi zapasami różnych surowców i żywności. Dniem i nocą ładuje się i wysyła w głąb Niemiec całe eszelony samochodów ciężarowych, całe pociągi… A rabuje się nie tylko w dolinie Wagu, ale w ogóle w całej Słowaczyźnie.

Ponieważ podróżowałem zarówno koleją, jak i samochodem, miałem możność zbliżenia się do mas słowackich, które są po prostu zaskoczone i do głębi oburzone poczynaniami swego rządu, a przede wszystkim „Hlinkowej Gardy”. Do Niemców i ich rabunkowej gospodarki żadnych zastrzeżeń nie mają. Dlaczego? Zaraz to wytłumaczę.

Stosunek Słowaków do Niemców wypływa głównie z uczucia. Słowacy sercem i duszą są po stronie Niemców i Hitlera, ponieważ ci imponują im siłą i bezwzględnością. Poza tym w Hitlerze widzą swojego zbawcę, który ich „wyswobodził z niewoli czeskiej”. Jako naród młody, niedojrzały i politycznie niewyrobiony, bez tradycji politycznej, Słowacy kierują się przede wszystkim instynktownymi odruchami i uczuciami. Z następstwami swych czynów rzadko się liczą. Szybko ulegają podszeptom z zewnątrz, a szczególny posłuch i poważanie mają u nich ci, którzy pochodzą od „panów”. I tak panami w ich oczach byli zawsze Węgrzy, wobec których Słowacy wciąż mają jeszcze respekt. Panami dla nich są Niemcy, szczególnie od czasów dojścia do władzy Hitlera, dla którego Słowacy nie mają słów podziwu i czci. Czesi, na skutek swego demokratycznego stanowiska, a Polacy, na skutek swej miękkości, łagodności i szlachetności, za panów przez Słowaków nie są uważani. Dlatego też wszelka krzywda, rzeczywista czy urojona, doznana ze strony Czechów lub Polaków, jest przez Słowaków głęboko odczuta i długo zapamiętana. Jednak krzywda, choćby nawet największa, doznana od Węgrów, a dziś przede wszystkim od Niemców, nie bywa tak bardzo pamiętana, bo „panom jako panom wszystko robić wolno”. Najwyżej można tylko bronić się przed nimi. A do tego dzisiaj powołany jest rząd. Jeśli jednak rząd tych swych obowiązków należycie nie spełnia – to godzien jest pogardy i nienawiści. I dlatego to masy słowackie miast Niemców, swych krzywdzicieli, zaczynają nienawidzić własny rząd i wyłonioną spośród siebie „Hlinkową Gardę”.

Stosunek Słowaków do Polaków jest wprost nienawistny. Szczególnie ta nienawiść objawiła się w ostrej formie od czasu uzyskania rzekomej „niezawisłości”. Słowacy nie mogą nam zapomnieć tych kilku wiosek, które od nich ostatnio otrzymaliśmy. Poza tym ich stosunek do nas da się określić mianem stosunku niedawnego niewolnika, który stał się nagle panem, do drugiego niewolnika, do niedawna towarzysza wspólnej niedoli. Dlatego też dziś gnębią i prześladują Polaków na Spiszu i Orawie.

Przyszłość państwa słowackiego

Dotychczas państwo słowackie istnieje i jako tako funkcjonuje tylko dzięki Niemcom. Ład i porządek w tym państwie utrzymują głównie agenci SS i Gestapo. W urzędach pełno jest Niemców. Komunikacja normalnie i sprawnie funkcjonuje tylko dzięki Niemcom. Nawet prasa słowacka, tak dobrze przedtem rozwinięta i postawiona, jest dzisiaj kierowana przez Niemców. Ma też oblicze filoniemieckie. Krytycznego i broniącego szczerze najżywotniejszych interesów Słowacji artykułu daremnie w niej szukać.

Tymczasem Niemcy dążą wyraźnie do rozbicia Słowacji na dwie części: zachodnią i wschodnią. Mówi już o tym coś niecoś propaganda niemiecka oraz różni „dziennikarze”, kręcący się po Słowaczyźnie, którzy twierdzą w rozmowach i odczytach, jakie tu i owdzie urządzają, że „Słowacja nie jest krajem jednolitym”, że „posiada trzy różne dialekty, jeżeli idzie o język”; że – „nawet wyznaniowo Słowacja jest także niejednolita: ma rzymsko-katolików, greko-katolików i protestantów”; że „żyzna Słowacja Zachodnia i górska, mniej urodzajna Słowacja Wschodnia – to dwa całkowicie odmienne kraje…”

I gdy się zważy teraz na to, co mówią Węgrzy, oraz na stopniowe, ale też nieustanne przenoszenie się Węgrów z Zachodniej Słowaczyzny do Wschodniej, jasnym się staje, że przygotowywany już jest rozbiór „niepodległego” państwa słowackiego z inspiracji i przy współudziale jego wysokiego protektora. Rzeszy niemieckiej! Wschodnią część otrzymają Węgrzy, co zresztą gadatliwsi politycy węgierscy wyraźnie zapowiadają, z Zachodniej zaś Hitler zrobi nową prowincję niemiecką na wzór Czech i Moraw…

A gdy to się stanie, wówczas ks. Tiso za ks. Wołoszynem będzie mógł powtórzyć: „Nimci hanebno nas obmaniły”…

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close