Czechosłowacja z bliska

(Korespondencja własna „Tęczy”)

W PRADZE

Przebiegłem wzdłuż i wszerz państwo czechosłowackie. Wędrówkę swą rozpocząłem od jego stolicy – Pragi. Z gwarnego „Ambasadora”, pełnego dziennikarzy różnej narodowości, którym przewodzi król reporterów, mały, pulchny, rudawy żydek, Knickerbocker, wychodzę na ulicę. W blasku czerwcowego słońca miasto nabiera cech beztroski. Wszędzie spostrzegam humor i pewność siebie. Na przechodzące dość często oddziały wojskowe przechodnie patrzą wprawdzie z zainteresowaniem, ale bez niepokoju, jako na rzecz całkiem naturalną, codzienną.

Pogotowia wojennego w Pradze prawie że nie widać. Jedyną, widomą niemal wszędzie jego oznaką – jest tylko C. O. P. – „Cywilni Obrona Protilecka”. Przyrodnia siostra naszej Ligi Obrony Przeciwgazowej i Przeciwlotniczej. Pracę jej widać na każdym kroku. Na ulicy, w kawiarniach i restauracjach, w kinach i teatrach, w biurach prywatnych i urzędach, w księgarniach i wielkich magazynach handlowych. Wszędzie wiszą plakaty, a na widocznym miejscu leżą stosy masek gazowych. Poza maskami i przygotowywanymi niemal w każdym domu schronami wprowadza się w Pradze jeszcze jedną inowację: latarnie światłochronne. Jest to zdobycz ostatnich tygodni. Podobno miasto, oświetlone tymi latarniami, trudno będzie dojrzeć z samolotu.

Tak to Praga, leżąca w prostej linii niecałe 100 km od granicy, przygotowuje się na przyjęcie ewentualnego nalotu bombowców niemieckich.

Zwiedzam szereg lokali publicznych. Nawiązuję w nich rozmowy zarówno z przedstawicielami inteligencji zawodowej, jak i kupiectwa, rzemiosła, świata przemysłowego i robotników. Składam wizyty kilku działaczom społecznym, politykom, przedstawicielom życia gospodarczego i nauki. Poruszam w rozmowie z nimi różne problemy. Sonduję ich. Wszyscy są uprzejmi, wylewni i usłużni. Jeden przez drugiego ułatwiają mi zdobycie potrzebnych informacyj, aranżują spotkania, polecają znajomym. W kwestii nienaruszalności granic państwa są jednomyślni.

Będziemy bronić integralności i niezawisłości naszej do ostatniej kropli krwi… – oświadcza mi b. wyższy oficer armii czechosłowackiej, dziś poważny przemysłowiec.

– Nie oddamy ani piędzi posiadanej ziemi – mówi do mnie w godzinę potem jeden z posłów socjaldemokratycznych. A mniej więcej to samo twierdzi wybitny działacz komunistyczny – Jiraszek.

– Niemcy wejdą do Pragi chyba po naszych trupach – oświadcza mi młody handlowiec z branży bławatnej, a słowa jego zyskują gorący aplauz licznie zebranej w kawiarni publiczności.

My Czesi jesteśmy gotowi każdej chwili umrzeć i zwyciężyć – rzuca cichym, lecz stanowczym głosem młody ziemianin z pod Pardubic, przebywający akurat w Pradze. – Zdajemy bowiem sobie dobrze sprawę, że, jeśli Praga padnie, – zginie cała Słowiańszczyzna. A Słowiańszczyzna zginąć nie może! Ona musi żyć, rozwijać się i spełniać swoją wielką misję.

– Niech pan nie wierzy tym wszystkim bzdurom, które o nas wypisują gazety zagraniczne – mówi młody student Słowak, pochodzący z okolicy Koszyc. – Słowacy nigdy nie pójdą z Berlinem przeciwko Czechom, mimo że mają do nich różne pretensje i żale. Słowacy w kwestii integralności i niezawisłości państwa czechosłowackiego w zupełności solidaryzują się z Czechami. Wasalami Niemiec być nie chcą i, da Bóg, nigdy już nimi nie będą!

Sam byłem świadkiem awantury, jaka wynikła pomiędzy pewnym Czechem a dwoma Słowakami, którym Czech powiedział, że Słowacy przez swoje dążności autonomiczne przyczyniają się do rozbijania spoistości państwa czechosłowackiego i torują drogę imperializmowi niemieckiemu w Europie Środkowej. Słowacy chcieli go pobić. Dowodzili przy tym, że Słowakom, nie mniej niż Czechom, zależy na utrzymaniu państwa czechosłowackiego w dotychczasowych granicach i że autonomia, jakiej żądają, w niczym nie osłabi spoistości państwa. Przeciwnie, wzmocni ją, gdyż dzięki niej zostaną usunięte wszystkie te przeszkody, które dzisiaj oddzielają Czechów od Słowaków.

Idę do Czernińskiego pałacu. Ale nie po wywiad, których dr Krofta tak chętnie udziela teraz polskim dziennikarzom. Zresztą nie chodzi mi o snobistyczną kilkuminutową rozmowę osobistą z ministrem spraw zagranicznych republiki czechosłowackiej. Pogląd dr Krofty na ogólną sytuację polityczną Europy – znam z jego rozmów z innymi dziennikarzami. Streszcza się on, mimo wszystkich perturbacyj, w wierze utrzymania pokoju. Dr Krofta sądzi, że „żaden z odpowiedzialnych mężów stanu nie może myśleć o rozpętaniu wojny europejskiej, która by wszystkim bez różnicy, zarówno zwycięzcom jak i zwyciężonym, przyniosła więcej szkody aniżeli pożytku”. Podstawowe zasady i wytyczne polityki zagranicznej Czechosłowacji określa, jako „dążność do zapewnienienia państwu bezpieczeństwa, spokojnego rozwoju i możliwości harmonijnej współpracy gospodarczej i kulturalnej zarówno z bliskimi, jak i dalszymi państwami”. W sprawach mniejszości narodowych min. Krofta jest zdecydowanym przeciwnikiem rozpatrywania ich na forum międzynarodowym, słusznie uważając ten sposób ich załatwiania za minę, podkładaną przez Niemcy pod całą Europę środkową i wschodnią. Mina ta może wybuchnąć w stosownej dla Niemiec chwili we wszystkich państwach, leżących na wschód i południo-wschód od Rzeszy: w Czechach, Jugosławii, Bułgarii, Rumunii, w Polsce, Rosji, w państwach bałtyckich, wydając je na łup polityki niemieckiej. Dlatego też zasada niemieszania się jednego państwa do spraw wewnętrznych drugiego jest nie tylko słuszna, ale nawet nieodzowna, jako wyraz istoty suwerenności państw. W myśl tej zasady rząd czechosłowacki dąży do uregulowania stosunków mniejszościowych we własnym państwie w drodze bezpośredniego porozumienia się z zainteresowanymi mniejszościami. Odrzuca przy tym bezapelacyjnie wszelkie pośrednictwo i naciski z zewnątrz, jako sprzeczne z powyżej sformułowaną zasadą, i stanowiska swego nie zmieni.

Jak wiadomo, połowa państwa czechosłowackiego leży w strefie pogranicznej i jako taka podlega bardzo ścisłej kontroli wojskowej. W cyfrach, przedstawia się to następująco: strefa pograniczna obejmuje 137 powiatów o łącznym obszarze 79.487 km. kw. (na 140.308 km. kw.), czyli 56,6 proc. całej powierzchni Czechosłowacji, w tym: 47,3 proc. powierzchni ziemi czeskiej, 46,6 proc. morawsko-śląskiej, 61,8 proc. Słowacji i 95 proc. Rusi Podkarpackiej. Mieszka w niej 7.743.314 obywateli, a więc 52,6 proc. ludności całej Czechosłowacji, w tym 47 proc. ludności Czech, 46,8 proc. Moraw i Śląska, (nieczytelne) Słowacji i 96,7 proc. Rusi Podkarpackiej.

W SUDECKIM KRAJU

Objazd państwa czechosłowackiego rozpoczynam od sudeckiego kraju. Chcę go bliżej poznać. Przed wyjazdem zapoznaję się z danymi statystycznymi. Według oficjalnego spisu ludności z roku 1930 Niemców obywateli Czechosłowackich jest 3.231.688. Stanowią oni 22,3 proc. ogółu ludności Czechosłowacji. Posiadają swój uniwersytet, dwie wyższe szkoły techniczne i wyższą szkołę rolniczą. W zakresie średniego i elementarnego szkolnictwa Niemcy czescy mają: (nieczytelne) licea, 10 seminariów nauczycielskich, 193 szkoły zawodowe, 423 szkoły średnie i 3.233 szkoły powszechne. Dalej posiadają: przeszło 3.500 bibliotek publicznych, 180 ludowych stowarzyszeń kulturalnych, 63 pisma codzienne i 143 poważne periodyki. Przeciętnie wydają rocznie 1400 książek, posiadają swoje teatry, swój Związek kulturalny z 3.500 kołami lokalnymi liczącymi przeszło pół miliona członków; na akcję kulturalną otrzymują stale subwencje rządowe. 

Ekonomicznie są dość silni. Nie stanowią ludności przeważnie rolniczej, ani robotniczej. Mają normalną, dobrze rozczłonkowaną strukturę socjalną: ludność rolniczą i robotniczą, rodzimy przemysł i handel, rodzime rzemiosło i własną inteligencję. Skupieni są głównie w 3.466 gminach (na 15.734 gmin w Czechosłowacji), w których stanowią przytłaczającą większość. Gminy te mają zarząd niemiecki. W parlamencie czechosłowackim na 300 posłów jest 72 Niemców, a na 150 senatorów przypada 37 Niemców. Do niedawna w rządzie na 17 ministrów było 3 Niemców.

Wprawdzie po ostatnich wyborach gminnych niektóre cyfry nieco zmienią się na korzyść Czechów, którzy w szeregu miejscowości, posiadających dotychczas niemiecką większość wśród radnych, zdobyli przewagę, przez co okazało się, że żywioł niemiecki znajduje się w kraju sudeckim w defensywie, że się cofa, że proces odniemczania tego kraju postępuje dość szybko oraz że Niemcy w Sudetach wymierają, – jak to wykazuje statystyka ruchu ludności na rok 1937 – bowiem więcej ich umiera, niż rodzi się. Wszystko to jednak razem wzięte nie zmienia faktu, że Sudety są krajem niemieckim, w którym Czesi stanowią znikomą mniejszość.

Otrzymawszy powyższe wiadomości, w towarzystwie dwóch praskich przyjaciół udaję się do Liberca, by z tego bastionu wojującej niemczyzny wyruszyć na zwiedzenie całego szeregu miejscowości sudeckich wzdłuż granicy niemieckiej położonych.

Sudety – to kraj niemiecki. W miasteczkach, na ulicach, sklepach, w kościele, na drogach publicznych, na dróżkach polnych i górskich ścieżkach wszędzie słyszy się mowę wyłącznie niemiecką. Język czeski po wsiach i małych miasteczkach jest rzadkością. W większych miastach słyszy się go tylko w urzędach, kawiarniach, w większych salach restauracyjnych i w niektórych magazynach handlowych.

Młodzież sudecka manifestuje swoją niemieckość głośno i na każdym kroku. Starsi czynią to wstrzemięźliwie i niechętnie. Zazwyczaj milczą i unikają rozmów z ludźmi obcymi. Mimo tej jawnej niechęci udaje mi się wszędzie nawiązać rozmowę zarówno z młodzieżą (z tą bez trudności!), jak i z przedstawicielami starszej generacji.

Młodzież niemiecka w Sudetach jest butna i gadatliwa. Bynajmniej nie kryje się ze swą nienawiścią do Czechów i gorącym pragnieniem przynależenia do Trzeciej Rzeszy. Hitler i Henlein – to jej ideały. Poza swymi wodzami nic nie widzi. Oni są dla niej wszystkim. Na pamięć uczy się nowej modlitwy Niemców sudeckich, w rodzaju „Ojcze Nasz”, która tak brzmi dosłownie:

„Hitlerze! Ojcze Wszechniemiec, który siedzisz w głównym stołecznym mieście Berlinie, święć się imię twoje u nas i u wszystkich narodów miłujących pokój. Przyjdź do nas i weź nas pod swoja opiekę do Rzeszy. Niech stanie się wola twoja tak w Rzeszy jak i u nas, którzy ufamy tobie. Daj nam chleba codziennego razem z pracą. Odpuść nam nasze winy, żeśmy przedtem nie poznali się na tobie, i nie wódź nas na pokuszenie, nie daj nam na siebie długo czekać, ale wybaw nas rychło z tego czeskiego zła. Niech będą pochwaleni twoi współpracownicy: Goebbels i Goering.

Niech Bóg będzie z wami, i niech błogosławi wasze czyny, i niech błogosławione będzie wszystko, co czynicie. Prosimy Boga, aby wkrótce już nadeszła godzina, której my, Niemcy sudeccy, połączymy się z twoją Rzeszą”.

Kult osoby Henleina objawia się znów przez wieszanie w kościołach i kaplicach jego portretów. Zawiesza je młodzież. W niedzelę 26 czerwca bież. roku zawieszono nawet portret Henleina na ołtarzu w czeskiej katolickiej kapliczce w Bohosudowie. Zawieszonego portretu pilnują dzień i noc umundurowane dziewczęta niemieckie.

Do rozprzestrzeniania neopogańskich tendencyj wśród młodzieży niemieckiej w Czechach przyczynia się poważnie dziwna i zupełnie niezrozumiała akcja księdza katolickiego, prałata i profesora teologii, Hilgenreinera, którego dziełem jest połączenie się niemieckich katolików z partią sudecko-niemiecką. Ks. Hilgenreiner oświadczył publicznie, że idzie w ślady ks. kardynała Innitzera i że nie chce być gorszym Niemcem od niego. Za przykładem ks. H. wielu księży niemieckich wstąpiło do partii henleinowskiej, mimo, że Konrad Henlein, który jest synem katolickich rodziców, jak wiadomo, przed kilkunastu tygodniami, publicznie wyparł się wiary ojców i wystąpił z Kościoła katolickiego.

Także klerycy seminarium duchownego niemieckiej narodowości w Pradze wstąpili do partii henleinowskiej i zażądali, by ich „wyświęcali biskupi narodowości niemieckiej i to nie w Pradze, lecz w Chebie lub innym mieście niemieckim”. Wprawdzie księżom i klerykom niemieckim władze duchowne wytaczają podobno procesy kościelne, a ks. Hilgenreinera oskarżył ks. Benedyktyn w kościele klasztoru Emaus, że „przez ujednostajnienie niemieckiego katolicyzmu z partią henleinowską zlekceważył stanowisko Kościoła i Ojca św. a młodzież katolicką prowadzi w objęcia nowoczesnego pogaństwa germańskiego”, co wywołało znów skargę ks. Hilgenreinera, złożoną na ojca Benedyktyna przed sądem arcybiskupim w Pradze, wszystko to jednak razem wzięte sprzyja właśnie hitleryzacji młodzieży niemieckiej w Czechach i uleganiu jej tendencjom neopogaństwa.

Objektywnie przyznać trzeba, że przedstawiciele starszego pokolenia Niemców sudeckich nie entuzjazmują się tak bardzo narodowym socjalizmem i jego wodzem zarówno w Niemczech, jak i w Czechach.

– Pod presją moralną i fizyczną naszej młodzieży, częstokroć własnych dzieci – mówił mi pięćdziesięcioletni Niemiec w Jachymowie – należymy do partii, do której nic nas nie ciągnie i z którą nic nas nie wiąże. Henlein jest dla nas niczym. Dobry gimnastyk i krzykacz, o oczach kury i gestach boksera. Nałykał się komunałów i prawi je stale z wielką siłą przekonania. A że jest dobrym komediantem i graczem, więc bezmyślna młodzież nasza biegnie doń, jak owce w nocy do ognia.

– A fabrykanci i wielcy kupcy? – rzuciłem pytanie. – Toż przecież ludzie zimnej kalkulacji. Dlaczegóż oni popierają tak gorliwie Henleina?

– Mają w tym interes. Henlein jest mężem zaufania kanclerza Hitlera, jest narzędziem rewolucyjnej i imperialistycznej polityki Rzeszy, za nim stoi więc Berlin z całą swoją potęgą polityczną, militarną i gospodarczą. Tak, gospodarczą!… To dla fabrykantów naszych jest najważniejsze. Spodziewają się po przyłączeniu Sudetów do Rzeszy Bóg wie jakich korzyści. Dlatego też idą ręka w rękę z Henleinem, wyrzucając bez litości na bruk tych, którzy nie należą do partii lub którzy pierwszego maja nie maszerowali w białych pończochach w szeregach partyjnych, bądź w czasie ostatnich wyborów nie głosowali na henleinowskie listy.

– Jestem Niemcem – kończył mój rozmówca, – miło byłoby mi należeć do Rzeszy i być jej obywatelem, ale do Rzeszy wolnej i sprawiedliwej, nie uciskanej i ciemiężonej hitlerowskim reżimem. Nie chciałbym doświadczyć tego, co doświadczają Austriacy i dlatego też wolę być nadal obywatelem czechosłowackim!…

Powyższa opinia i skarga na niesłychany wprost terror partii sudecko-niemieckiej nie była odosobniona. Słyszałem ją zarówno w Egerze, Karlsbadzie, Aussigu, w Trautenau, Toeplitz-Schenau i w szeregu innych miejscowości.

– Henlein swoje sukcesy zawdzięcza głównie terrorowi wydoskonalonemu do finezji – mówił pewien nauczyciel niemiecki w podgórskiej wiosce. – Do szeregów swej partii napędzał ludzi różnymi sposobami. Pomijam już „szeptane” na ucho terminy nadejścia wojsk niemieckich, zamykanie i przesuwanie „ostateczne” terminu zapisów na członków partii oraz różne obietnice co do nagród, jakie rzekomo miały spaść na nich po wkroczeniu do Sudetów wojsk Rzeszy. Zwrócę tylko uwagę pana na odcinek mej pracy, na szkołę. Co się w niej dzieje? Dzieci trzeba uczyć różnych hitlerowskich pieśni, opowiadać o „wielkich i opatrznościowych” mężach Trzeciej Rzeszy z Hitlerem na czele, którzy przywrócili Niemcom potęgę i opiekują się gorliwie Niemcami sudeckimi. Boga nie ma! Bogiem jest Hitler, do którego należy się modlić. Prawdziwym Niemcem jest ten, kto należy do partii Henleina. Dzieci muszą o tym mówić rodzicom i zmuszać ich do zapisania się do partii. Równocześnie zobowiązane są do opowiadania, co rodzice mówią między sobą, jakie czytają gazety, u kogo nabywają towary i z kim poprzestają. Gdy dziecko odmawia żądanych informacyj, jest doraźne karane rózgą za nieposłuszeństwo, a jeśli jest biedne, nie dostaje mleka lub zupy rozdzielanej darmo. Dochodzi do tego, że dzieci własnego ojca, który nie należy do partii, uważają za zdrajcę, a matkę, jeśli jest czasami Czeszką, prześladują i torturują, bo przez to, że „jest czeską świnią” (autentyczne!) inne dzieci, rdzennie niemieckie, unikają ich i nie chcą z nimi zadawać się. A ponieważ małżeństw mieszanych jest u nas dość dużo, więc można sobie wyobrazić ich sytuację. Jest ona, doprawdy, nie do pozazdroszczenia. Jest częstokroć tragiczna!

Nawiązywałem rozmowę także z henleinowcami. Na pytanie, jak sobie wyobrażają rozwiązanie problemu sudeckiego, zwykle odpowiadali butnie:

– Żądania nasze sformułował nasz wódz, Konrad Henlein w swej mowie karlsbadzkiej. Nie odstąpimy od nich ani na jotę!

– A jeśli Czesi nie zgodzą się na wasze żądania?

– Zobaczymy! – brzmiała odpowiedź. – My jesteśmy cierpliwi. Może zaczekamy czas jakiś. Nie wiadomo jednak, czy Führer będzie czekał. On czekać nie lubi… Jemu spieszno zabrać się do innych, a przede wszystkim do Polski…

– Do Polski?

– Co się pan tak dziwi? Przecież gdy załatwi sprawę z Czechami, zajmie się Gdańskiem, „Korytarzem”, Poznańskim i Górnym Śląskiem. Dość długo te ziemie jęczą w niewoli polskiej. Ale ta niebawem już się skończy…

– Skąd pan to wie?

Ale Niemiec już mi nie odpowiedział na ostatnie pytanie. Widocznie spostrzegł się, że wygadał się niepotrzebnie przed cudzoziemcem. Zamilkł więc na razie, a potem sam zmienił temat rozmowy. Do poprzedniego tematu nie chciał już powracać.

Miało to miejsce w Chebie, gdzie, korzystając z posiadanej legitymacji jednego z pism szwajcarskich, podawałem się za Szwajcara.

Kończę swój objazd kraju sudeckiego i skierowuję się przez Czechy właściwe w stronę Słowacji. Towarzyszący mi prażanie twierdzą, że wśród Niemców sudeckich zaszły ostatnio poważne zmiany; są mniej butni i pewni siebie. Że tak być musi stwierdzam po braku… białych tyrolskich pończoch, stanowiących tutaj do niedawna jeden z symboli dla wyrażenia swych… narodowo-socjalistycznych przekonań. Otóż Niemców, ubranych w białe pończochy, długie buty i dirndle, widziałem mało. Podobnież rzadko gdzie spostrzegłem w oknie portret Henleina i wyblakłe od deszczu i słońca chorągiewki partyjne. Wszystko to znikło z nadejściem wojsk czeskich na pogranicze niemieckie. 

Na Niemców w ogóle siła wojskowa oddziaływuje zawsze skutecznie. Ulegli jej także Niemcy sudeccy…

PROPOLSKIE NASTROJE

Na koniec notuję z radością fakt godny szczególnej uwagi: poważny wzrost nastrojów propolskich wśród Czechów. Zmiany te zauważyłem wszędzie i u wszystkich. Nawet komuniści oświadczali mi, że „z Polską i Polakami żyć można, byle tylko tam „faszyzm” się zakończył”.

Szczególnie wiele sympatii i szczerego ciepła do Polski i Polaków zaobserwowałem wśród młodych oficerów czeskich, którzy o armii naszej wyrażają się z niekłamanym entuzjazmem i szczerze ubolewają nad tym, że ze względów politycznych nie mogą „nawiązać z oficerami polskimi węzłów szczerej przyjaźni i braterstwa”. Mają jednak niepłonną nadzieję, że to zmieni się już niezadługo.

Społeczeństwo czechosłowackie dużą wagę przywiązuje do zbliżenia gospodarczego polsko-czechosłowackiego. Spodziewa się bowiem, że utoruje ono wreszcie drogę do trwałego zbliżenia politycznego, którego potrzebę społeczeństwo czechosłowackie coraz lepiej odczuwa i rozumie. Zresztą wyrazem tych aspiracyj jest akcja polonofilską, prowadzona przez szereg mniejszych i większych ugrupowań.

Z ugrupowań politycznych najbardziej polonofilską grupą i to szczerze polonofilską jest „Nove Ceskoslovensko” czyli „Nowa Czechosłowacja”. Jest to ugrupowanie młode, na wskroś nacjonalistyczne, antyniemieckie i antykomunistyczne. Wypowiada się stanowczo przeciwko panującym obecnie w Czechosłowacji prądom demoliberalnym, marksistowskim i masońsko-żydowskim. Głosi hasła chrześcijańskie, jako podstawę do budowy nowego życia zbiorowego i opowiada się zdecydowanie za ścisłą i nierozerwalną współpracą i serdeczną przyjaźnią z Polską.

„Nowa Czechosłowacja”, mimo że jest ruchem młodym i napotyka na wielkie trudności ze strony czynników rządzących, rozwija się coraz lepiej. Pod jej sztandarami skupia się, co najważniejsze, głównie młodzież. Grupą tą winny koniecznie zainteresować się polskie ugrupowania polityczne o wyraźnym obliczu narodowym i katolickim. Zapewniam, że wyciągnięcie przyjacielskiej ręki do Czechów poprzez tę grupę będzie wśród społeczeństwa czeskiego bardzo mile widziane.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close