Stanisław Tabaczyński

„Dykcjonarz Jeografii” sprzed 127 laty

Pan Wilhelm Bogumił Korn, księgarz wrocławski, z wielką troską krzątał się dokoła nowego nakładu swoich wydawnictw na Polskę. Był rok 1812. Cała młódź z Księstwa Warszawskiego pociągnęła za „bogiem wojny” na Moskwę, skąd niepomyślne dochodziły wieści. Przyszłość ukazywała się w ciemnych kolorach – i nic dziwnego, że Herr Wilhelm Gottlieb Korn z niepokojem patrzył na arkusze polskich druków z trudem wytłaczane przez ręczną prasę.

Drukował się właśnie „Nowy Dykcyonarz Jeografii Powszechney, Dawney i Teraźniejszey”, żmudnie zestawiony na podstawie „Dykcyonarza Jeograficznego” z 1783 r. uzupełniony tysiącami nowych szczegółów i wiadomości, skrzętnie zebranych z podobnych dzieł niemieckich i indywidualnymi staraniami wydawcy oraz jego pomocników.

Patrząc na druk książki Herr Korn przeklinał zapewne w duchu czasy, w których mu żyć przyszło i całą „jeografię”. Wszakże dopiero co trzeba było nicować, przykrawać i fastrygować wiadomości dawnych „dykcyonarzy jeograficznych”, które w burzliwych tych latach stale traciły na aktualności. Napoleoński miecz krajał kartę Europy jak chciał, i zmieniał ją w zawrotnym tempie. Teraz znowu miecz ten błyszczał w blaskach płonącej Moskwy, tym razem żarem klęski.

– Co będzie z „Dykcjonarzem”? – myślał Herr Korn. – Czy opłaci się praca i wkład pieniężny? A co się stanie z dawniej wydanymi książkami polskimi, które miał na składzie?

I spojrzał na „polskie” półki swoich magazynów, gdzie leżały takie wydawnictwa, jak „China zastępcza, albo lekarstwo nowo wynalezione przez Doktora D. H. Grindel”, albo „Gospodarz Galicyjski, czyli sztuka zbogacenia się w krótkim czasie przez wieyskie i domowe Gospodarstwo”, lub „Podróż Pana Alexandra Humboldt, Królewsko-Pruskiego Konsyliarza górniczego, w koło Ziemi”, „Rady lekarsko-fizyczne dla małżonków płci oboyga, których będzie skutkiem płodzenie pięknych, zdrowych dzieci, z niemieckiego dzieła Doktora Beker przełożone” – itp.

Trudno sprawdzić, jak Herr Wilhelm Gotllieb Korn wybrnął z ówczesnych trosk. Włożył jednak dużo wysiłku w rozprowadzenie swoich wydawnictw, bo i dzisiaj w niejednej biblioteczce domowej, przechodzącej z pokolenia na pokolenie, w niejednym lamusie starego dworu można znaleźć jego książki, tłoczone na dobrym, trwałym papierze, drukiem czystym i starannym. Warto niekiedy do nich zaglądnąć, by musnęło nas tchnienie czasu, który niesie ze sobą przemiany.

*

Mieszkaniec Księstwa Warszawskiego czy innych ziem, który nabył od pana Korna „Nowy Dykcyonarz Jeografii”, przede wszystkim chyba patrzył, co tam jest napisane o Polsce.

„Polska, królestwo Europejskie”… – tak się zaczyna odpowiedni artykuł. Potem następuje opis kraju, jego podział administracyjny za czasów przedrozbiorowych i dzieje. Dziwnie je wykroił autor, zgodnie i chyba z życzeniami pana Korna. Nie ma w nich ani słowa o zmaganiach polsko-niemieckich, nie ma nawet Płowiec i Grunwaldu. Tak, jakby na zachodniej granicy kraju panowała atmosfera tysiącletniej sielanki. Zniknął gdzieś pierwszy rozbiór Polski, natomiast głównym przedmiotem chwalb i afektów jest osoba… Stanisława Augusta.

Czytajmy jednak dalej, bo dobrneliśmy do ustępu o mieszkańcach Polski. Jest tam mowa o Żydach, którzy „kray nasz, już przez niższy stopień powszechney swey cywilizacji mniei korzystnie w oczy cudzoziemca z zachodniej Europy wpadający, czynią ieszcze obrzydliwszym przez swóy barbarzyński ubiór i niechluystwo z nim połączone, a na cały ich byt rozciągające się”. Dowiadujemy się przy tym, że województwo sieradzkie powzięło uchwałę nie trzymania Żydów na karczmach, a w Warszawie w 1809 r. zarządzono wydalenie Żydów na przedmieścia. „Ale takowe porządki są u nas rzeczą rzadką – wzdycha autor -a o ogólnej reformie w tej nader ważnej materii nie przyszło dotąd pomyśleć”.

Możemy i dziś podzielić ten żal sprzed wieku…

Dziwne bardzo, że w dziele wydanym przez pana Korna znajdujemy słowa przygany dla… Niemców i to w czułym punkcie ich czystości. „Ktokolwiek dobrze uważy – czytamy – niemców i polaków, postrzeże u pierwszych więcey wyszukania w sprzętach domów, a osobliwie w stroiu i szkodliwey zdrowiu pierzaney pościeli; ale wielkie zaniedbanie koło ciała: uszy pełne gnoiu, paznokcie rysie, zęby nayobrzydliwsze, a nic szkaradniejszego nad ręce i nogi pospolstwa niemieckiego, gdy tem czasem ubodzy polscy wieśniacy, gdy nie starzy, nie mają nic obrzydliwego w powierchowności, ręce po większey części przyiemne choć grube, a nogi wieśniaczek polskich choć bose i niezawsze czyste są prawie nimfiemi w porównaniu do czerwonych, popuchłych, powrzodowaciałych nóg magd niemieckich, co dźwigaią kadłuby tak miąsze, żeby z każdego dwie polskie, niemniey pracowite mogły bydź kobiety”.

Na usprawiedliwienie tych przykrych słów o „nordyckich” dziewczynach germańskich dowiadujemy się, że „ta obrzydliwa wada pochodzi z sypiania w oceanie betów, z których piekielnego gorąca biedne dziewczysko wstaiąc w zimie rano i boso, nabawia się puchliny i wrzodów na nogach. Podobno i zęby popsute u niemców są skutkiem tego gorącego sypiania, które całą massę krwi zaraża”.

*

To są ciekawostki obrazujące pewien rodzaj ujmowania rzeczy w owych niezbyt odległych czasach, od których jednak oddzieleni jesteśmy przepaścią w sposobie obserwacji zjawisk i formułowania naszych zapatrywań. Nie tego jednak tylko doszukujemy się w przedwiecznym „Dykcyonarzu”. Chcemy, by uwypuklił on nam jaskrawość przemian w ciągu lat od jego wydania.

Gdzie tego szukać? Chyba w ówczesnym obrazie miast polskich, których stan dzisiejszy najbardziej się rzuca w oczy i powszechnie jest znany.

Jakże przedstawiała się Warszawa roku 1817, Warszawa Staszica, Lubeckiego, księcia Józefa i Niemcewicza? Liczy ona… 90 000 mieszkańców. (Zdaje się, że „Dykcyonarz” podaje liczbę przesadną. Lauterbach określa liczbę mieszkańców ówczesnej Warszawy na 75 000.) Ma 3 700 domów prywatnych, a 48 publicznych. Kupców w niej jest 240, a rzemieślników 3 500. Na przedmieściach zamieszkuje 8 000 Żydów. Przez Wisłę na Pragę jest jeden most pływający, który buduje się na wiosnę, a rozbiera w jesieni. To chyba dosyć, aby uzmysłowić sobie stan naszej stolicy w czasach Księstwa Warszawskiego.

A Poznań? „Jest miastem obszernem” – czytamy w „Dykcyonarzu” – „posiada 1 400 domów i prawie 20 000 mieszkańców, nie licząc garnizonu. Żydów jest w nim około 4 000, czyli blisko 20 pct.! „Poznań liczy się między naypięknieysze miasta polskie, a nawet kraiów przyległych”. Ciekawą wzmiankę czytamy o dzisiejszych Wielkich Garbarach: „Za Wrocławską Bramą założona iest nowa ulica, bardzo długa i szeroka, wysadzona kasztanami i topolami, między któremi iest piękna przechadzka publiczna”. Było to za miastem…

Kraków ówczesny liczy 20 tysięcy mieszkańców, Lwów 42, Lublin 12 tysięcy itd. Jakże olbrzymi skok zrobiły te wszystkie miasta w swym rozwoju do dziś, kiedy Warszawa, okrągło mówiąc liczy sobie 1 250 000 mieszkańców, Poznań 270 000, Kraków 250 000, Lwów 320 000, Lublin 115 000. Jeszcze bardziej to się uwydatni, gdy uprzytomnimy sobie, że w „Dykcyonarzu” nie ma wzmianki o 650-tysięcznej dzisiaj Łodzi, która wówczas nie była godna zanotowania. Podobnie się rzecz ma z Katowicami. Naturalnie o Gdyni nikomu wtedy w najśmielszych snach się nie marzyło! Mają natomiast krótkie notatki Sandomierz i Rzeszów, miasta, które stosunkowo nie tak bardzo od owego czasu się zmieniły, ale teraz zapewne siedmiomilowymi krokami doganiać zaczną szczęśliwsze do tej pory w rozwoju osiedla, będąc jądrem Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Herr Wilhelm Gottlieb Korn, księgarz wrocławski, kiedy przed stu dwudziestu kilku laty drżał o przyszłość swoich wydawnictw, których powodzenie zagrożone było wstrząsami dziejowymi, nie pomyślał zapewne, że wstrząsy te przyniosą tak wielkie zmiany w świecie. Wiedział wprawdzie, że przesuwają się granice państw, co mu paskudnie psuje układ jego „Dykcyonarza Jeograficznego”, ale nie przypuszczał chyba, że w ogniu przeżywanych przez niego wypadków świat nabierze rozpędu do wielkiego skoku naprzód, który przeobraził oblicze ziemi, dał jej nowe podstawy rozwoju materialnego i pchnął w górę ducha ludzkiego. Nie zadrżało mu też chyba serce przeczuciami, gdy w swoim „Dykcyonarzu” drukował w kilkunastowierszowej wzmiance o Nowym Jorku, że liczy… 50 000 mieszkańców a więc mniej niż ówczesna Warszawa i przeszło o połowę mniej niż dzisiejsza Gdynia.

Gdynio! Co my możemy wiedzieć, czym będziesz za 127 lat?

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close