STANISŁAW WASYLEWSKI

Genialny wróg

Wątpię czy wśród tych cudzoziemców, okazujących nam w wieku zaborów stałą i czynną życzliwość znajduje się taki, którego można nazwać genialnym mężem stanu – iluż natomiast było ich w obozie naszych wrogów! Zrządzeniem wszakże losu najbardziej chytre i przeniewiercze ich zamiary obracały się w ostatecznym rezultacie na naszą korzyść. Pamiętamy dobrze korzyść aktu 5 listopada 1915. Proklamacja Polski „niepodległej” (bez granic i bez możności samodzielnego istnienia) wstrząsnęła przecież opinią świata i utorowała drogę postanowieniom Kongresu Wersalskiego. Obecnie wykazują badania historyków, że fakt ten nie był bez precedensu i miał poprzednika w ubiegłym stuleciu, w roku 1863 mianowicie. Wiadomo, że z inicjatywy Bismarcka już w dwa tygodnie po wybuchu powstania podpisano w Petersburgu słynną konwencję Alvenslebena. Było to przymierze wojskowe Rosji i Prus, zawarte w celu możliwie najrychlejszego zgniecenia powstania w Polsce. I oto, podobnie jak akt listopadowy, konwencja ta wyszła raczej na korzyść niż na zgubę sprawie polskiej. Gwałtowne posunięcie Bismarcka wywołało czujność na szachownicy europejskiej. Zaprotestował lord Palmerston, przerażony gwałtownym wzrostem imperializmu Berlina, rozbudził się nieruchliwy cesarz bulwarów Napoleon Mały i zaczął lekkomyślnie lecz szczerze popierać wysiłki zbrojne Polaków. W rezultacie Bismarck postawił na swoim, Polska nie wróciła na mapę Europy, ale dodatnie reperkusje ciosu zadanego nam przez genialnego wroga długo się dały jeszcze odczuwać.

Sprawa polska, oś polityki i wszelkich poczynań jego (vita meamors tua) nigdy nie dawała spać spokojnie kanclerzowi Prus. Do zadziwienia jak bystro patrzył on w jej głąb, i jak daleko widział a raczej przewidywał przyszłość, stwierdzając tym prawdziwość własnej maksymy: „polityka jest sztuką przewidywania”.

Kto by sobie zadał trud przeczytania „Mów Księcia Bismarcka” chociażby w wydaniu biblioteki Redama a w opracowaniu F. Steina przekona się, jak dalece trafne i w sedno trafione były spostrzeżenia kanclerza. Dnia 13 stycznia 1887 mówił Bismarck w Reichstagu:

„Ludziom, którzy życzą sobie zmiany stosunków w państwie pruskim – a więc np. Polakom – przysłużyłaby się bardzo wojna z Rosją. Ale pomyślnego rezultatu mogliby się po niej tylko wtedy spodziewać, gdyby przeciwnik Rosji okazał się silniejszym”…

W rozmowie z Poschingerem mówił w sierpniu 1890 r.:

„Jeżeli kiedyś naprawdę pokonamy Rosję, dostaniemy wówczas niespokojnego sąsiada – Polskę, która obecnie (1890) tak się nadaje do stworzenia samodzielnego organizmu państwowego, jak dzisiejsi żydzi do stworzenia nowej Judei”.

I wreszcie enuncjacja z r. 1894 gdy Wilhelm II próbował inicjować politykę porozumiewawczą z pomocą Józefa Kościelskiego:

„Ostatniego człowieka i ostatni pieniądz rzucić musimy na obronę granicy wschodniej w takiej postaci, w jakiej istnieje ona od lat 80-ciu i jaką wieczyście – wedle pojęć ziemskich – pozostanie. Śpiewamy: Wacht am Rhein, ale niemniej ważną jest także Wacht an der Warthe und Weichsel (= straż nad Wartą i Wisłą), gdzie ani piędzi ziemi zaniedbać nie możemy!”

Wydaje nam się zazwyczaj żelazny kanclerz jako uosobienie zimnej kalkulacji i ostrożnego a trzeźwego dążenia krok za krokiem do wielkiego celu zjednoczenia Niemiec i postawienia ich na czele mocarstw Europy. W istocie sprawa przedstawia się mniej prostolinijnie, obfitowała bowiem polityka Bismarcka w momenty zawadiackiego ryzyka, wpędzając go nieraz w matnię, z której wydobywał i ratował od zguby jakiś nieprzewidziany a szczęśliwy zbieg okoliczności. „Założenia polityki Bismarka były błędne, wykonanie fatalne, a jednakowoż dzięki niezawisłym od woli ludzkiej, ponadosobowym czynnikom… wydała ona zbawienny dla Prus plon”. Zdanie ostatnie wyjąłem z książki która ukazała się świeżo: „Bismark a Polska”, w opracowaniu Józefa Feldmana, profesora historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest to owoc kilkanastoletniej pracy badawczej, poczętej pod hasłem bezstronności, bez gniewu i zawiści, jak zapewnia autor w przedmowie. Zamierzył on wykazać, że Bismarck jest kontynuatorem wiekowej tradycji w polityce Prus wobec Polski.

W szerokim syntetycznym zarysie, chociaż z oszczędnością słowa, kreśli autor nasampierw podłoże oraz rozwój antagonizmu polsko-niemieckiego na przestrzeni wieków. Hasłem ekspansji polskiej było zawsze: wolni z wolnymi, równi z równymi. Na sztandarach prących na Wschód Niemców napisano natomiast: „przez krew i żelazo”. Na granicy polsko-pruskiej zmagały się więc z sobą nie tylko sprzeczne interesy obu państw, nie tylko antagonizmy obu narodów, ale zmagały się „dwa przeciwne duchy rozwoju dziejowego”. Tym plastyczniej wyłania się z tego tła genialnie konsekwenty i uparty Bismarck. Ukazuje więc prof. Feldman najpierw postawę młodego polityka w dobie tzw. wiosny ludów, gdy konstatuje z oburzeniem, że uwaga tłumu berlińskiego w czasie pogrzebu ofiar uczestników walk marcowych r. 1848 zwrócona była na malowniczą postać Polaka w kontuszu i że Ludwik Mierosławski był właściwym bohaterem dnia. Po czym idą kolejno rozdziały: wojna krymska, uparta i zwycięska w końcu walka z Wielopolskim, rola Bismarcka w r. 1863, przerażonego zawsze, ilekroć pogrzebana zdawała się na zawsze sprawa polska, wyłaniała się nagle, żywa, niezawstydzona niczym, nieśmiertelna.

Wygrywając później najprostsze a najbardziej skuteczne motywy w stosunkach międzynarodowych, stawiał Bismarck nieraz na swoim: umiał przykuć carat do polityki „pour le roi de Prusse”, umiał zniszczyć porozumienie Francji z Rosją, umiał doprowadzić do tryumfu Hohenzollernów nad Habsburgami. Nie umiał natomiast wygrać wojny jaką wypowiedział szczepowi polskiemu na ziemiach zachodnich, inicjując tzw. „Kulturkampf”. Jeszcze nie wszystkich szczegółów i kulis tego boju zaiste nierównego jaki pancerny mąż w pikielhaubie wydał polskiemu dziecku i katechizmowi jesteśmy świadomi. To wszakże wiemy, żeśmy tę walkę nierówną wygrali. „Walka kulturalna – pisze pięknie autor – stała się kuźnią, w której stopiły się w niezniszczalną całość pierwiastki przywiązania do Kościoła i miłości ojczyzny, najszersze sfery społeczeństwa poznańskiego, których bieg dziejów nie wciągnął dotąd w krąg zagadnień narodowych, zagrożone w swych dobrach religijnych – odnalazły drogę do Polski”. – Drugą wielką przysługę oddał wówczas szczepowi polskiemu książę Bismarck.

Całkowite wyświetlenie i odkrycie arkanów tej polityki, zależnej rzecz prosta od całokształtu zagadnień polityki europejskiej, jest na razie jeszcze niemożliwe ze względu na brak dostępu do wszystkich akt w Pruskim Archiwum Państwowym w Berlinie oraz podobną niemożność w Leningradzie. Stanęły natomiast otworem dla historyka paryskie Archiv des affaires etrangéres oraz Public Record Office w Londynie. Stąd wiele nowych, nieznanych i frapujących oświetleń, stawiających pracę J. Feldmana w rzędzie najciekawszych wydawnictw bieżącego sezonu. Tym więcej zachęcam czytelników „Tęczy” do lektury książki o Bismarcku, że ona sama pochwalić się nie umie. Brak jej barwnej okładki, brak efektownych obrazków.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Close