• Tęcza
  • VII 1939
  • Poznań
  • Rok 13, Nr 7

Glossy do sprawy gdańskiej

Konieczność szerokiego dostępu Polski do morza (Gdańsk-Królewiec) postawił jako tezę zasadniczą w „Przeglądzie Wszechpolskim” w r. 1899 Jan Popławski. Nie należy zapominać, że cały problem morski w jego historycznej rozciągłości pierwszy przeprowadził prof. Szelągowski, którego fundamentalne dzieło przypadkowo stale się dzisiaj omija. Roman Dmowski sformułował i sprecyzował nasze domagania i żądania w znanym memoriale z 8 list. 1918 – wbrew całemu obozowi lewicowemu, wbrew grupie Zaleski-Lednicki i tym różnym takim panom, których adherenci i adepci tyle wrzasku teraz podnoszą. „Zachciało się panu Dmowskiemu Gdańska”! Tak dosłownie pisywali wtedy szydząc i plując radykali i Rzymowscy.

Na gruncie Poznania nie wypada zapominać, co o konieczności posiadania morza pisał Karol Libelt.

„Było nasze, będzie nasze!” – wypowiedział, jak wiadomo, Adam Mickiewicz. W Gdańsku atoli nigdy nie był, jak również nie zaglądnęli tam nigdy Słowacki, Krasiński, Norwid ani nasi wielcy prozaicy, powieściopisarze ani luminarze tzw. Młodej Polski.

Chopin był. I o Gdańsku w listach pisał. Mieszkał z kuzynkami u pastora Lindego, Niemca, brata jednego z najzasłużeńszych Polaków pierwszej połowy XIX wieku.

W roku Pańskim 1611 poeta poznański (zwał się Michał Hoffmański) wydał „nakładem” znanej i zasłużonej firmy Wolrabów długi, kopiaty poemat o „Wojnie Smoleńskiej”. Dedykowane „generałowi” wielkopolskiemu Sędziwojowi Czarnkowskiemu. W poemacie (1000 bitych wierszy) wielkie pochwały oddane hetmanom oraz wodzom Żółkiewskiemu, Nowodworskiemu, a z „tutejszych” wojewodzie pomorskiemu Janowi Weiherowi oraz Działyńskiemu.

Trzy strony bite o mieście i porcie Gdańsku, w czym taki dwuwiersz bardzo charakterystyczny:

„Dobrze Gdańskowi z Polską, dobrze Polszcze z Gdańskiem
Tym bywa pomnożona bardzo w stanie pańskim.”

Dowcipne ujęcie problemu.

Poeta poznański. Zwał się Michał Hoffmański.

Gdańska relacja nuncjusza

Nunciusz Ruggieri zdaje relację Papieżowi Piusowi V (1568): „Polska prowadzi handel nie tylko z sąsiadami, lecz i z odleglejszymi krajami. Całe atoli prawie handlu tego skupienie jest w Gdańsku, porcie nad morzem Bałtyckiem, należącym do kraju polskiego. W miesiącu sierpniu odbywa się tu wielki jarmark do św. Dominika czternaście dni i dłużej trwający, na który zbierają się Niemcy, Francuzi, Flamandy, Anglicy, Hiszpanie, Portugalczycy i wtedy zawija do portu przeszło 400 okrętów naładowanych winem francuskiem i hiszpańskiem, jedwabiem, oliwą, cytrynami, konfiturami i innymi płodami hiszpańskiemi, korzeniami portugalskiemi, cyną i suknem angielskiem. Zastają w Gdańsku magazyny pełne pszenicy, żyta i innego zboża, lnu konopi, wosku, miodu, potasu, drzewa do budowy, solonej wołowiny i innych drobniejszych rzeczy, któremi kupcy rozładowane swoje okręty napowrót ładują; co się odbywa w pierwszych ośmiu dniach jarmarku, a w ostatnich ośmiu i przez cały rok przybywają do tego miasta nie tylko kupcy krajowi, ale wiele innych osób dla opatrzenia swych sklepów lub domów w wino, sukna, korzenie i inne potrzebne rzeczy. Zboże zaś i inne płody zbywające od potrzeb krajowych spławiają do Gdańska na wiosnę i przedają hurtem kupcom gdańskim, którzy składają je w swych magazynach na następny jarmark. A że oni tylko sami mogą prowadzić ten handel, są niezmiernie bogaci i nie masz miasta, z któregoby król polski mógł mieć więcej pieniędzy.”

Dominium germanicum maris Baltici

Właściwym inspiratorem i praeceptorem polityki „dominium germanicum maris Baltici” jest nie żaden Baltikummer Rosenberg, a ktoś całkiem ukryty za kulisami.

Jest nim dyrektor „Deutsche Hochschule für Politik”, generał Albert Haushofer. Nie żaden Haudegen, lecz intellektualista, uczony badacz i wyznawca Geopolityki. Swego czasu przebywał dłużej w Japonii. Napisał kilka dzieł militarystycznych. Jakiś czas był prawą ręką gen. Ludendorffa. Dziś liczy sobie lat przeszło 70. Jako profesor-specjalista wykłada w Hochschule przeznaczonej dla elity sztabowej właśnie geopolitykę. On to podobno reprezentuje i popularyzuje maksymalistyczny program zdobyczy oraz hegemonii nad całym basenem bałtyckim, zagarnięcia wszystkich ziem narodów nadbałtyckich, no i stary plan wysiedlenia i przerzucenia całej ludności z ziem zdobytych, a urządzenia olbrzymich kolonii osiedleńczych niemieckich tzw. Neulandu. W kołach emigranckich (nieżydowskich) generałowi Haushoferowi przypisują wielki wpływ na kaclerza, a jego sugestiom fatalny pomysł, a raczej wyskok z domaganiem się Gdańska. A postulat „dominium maris Baltici” miał już pono skrystalizowany znacznie przed erą hitlerowską.

Polski program „dominium maris Baltici” opracowany jeszcze wcześniej, bo w roku 1570 w Statutach Karnkowskiego.

Jeżeli wojna będzie przybierała cechy okrucieństwa dotychczas przez dziewiętnaście wieków niebywałego, to będzie w tym duch Hochschuli Haushoferowskiej, dziedziczącej tradycje po Ludendorffie.

Gdańscy hitlerowcy z polskimi nazwiskami

Młodych wulgarnych szowinistów najbardziej rozwścieklają Polacy o niemieckich nazwiskach agresywnie patriotyczni, których trzeba aresztować i spisywać protokół.

Ostatnio znów się im posypało. Korespondent Pata, dziennikarz Hinterhoff, korespondentka jednego z pokąsanych brukowców Helena Heinsdorf. I tak ciągle. Wśród gdańskich Nazich moc typów o nazwiskach kaszubsko-polskich. Tak bywało zawsze. Swego czasu najzajadlejszymi wrogami polskości byli renegaccy Mazurzy, a to Mankowsky, a to Mackowscy, a to Domansky, poeta Bruno von Pompecki, trzej bracia Skowronkowie… A po polskiej stronie ausgerechnet Müller, Hoffer, Winternitz, Schlosser, Graevenitz… A po niemieckiej Podbielski, Batocki, Posadowski itd. itd.

W największą pasję wprawiało ich, że pierwszy w Bałtyk wjechał konno i rzucił pierścień w odmęty gen. J. Haller de Hallenburg…

A ostatni szef garnizonu pruskiego, który na czele wojska opuszczał Gdańsk, nazywał się Egon von Malachowsky.

Teraz do białej gorączki doprowadza ich były minister i komisarz p. Strassburger nie tylko swym nazwiskiem, ale świetnością, precyzją, powagą i logiką argumentacji, tak chwalebnie odróżniającą się od tej ogłuszającej, wrzaskliwej, jarmarcznej, kundlowatej szczekaniny brukowców krakowskich, warszawskich i w ogóle żydowskich.

Więcej mostów na Wiśle!

Dużo się pisze i paple, paplało i pisało o miłości naszej do Wisły to „szarej to modrej”, to takiej to owakiej. Dużo w tym bywało platonizmu i deklamacji. Miłość dosłowna i aktywna i szczera, najpiękniej by się zamanifestowała, gdybyśmy się raz wreszcie wzięli do regulacji, udostępnienia dla żeglugi handlowej i tranzytowej, i do stawiania więcej mostów.

Na całej Wiśle mostów jest mniej niż na Sekwanie w obrębie samego Paryża.

Taki, co z Warszawy więcej razy dolatywał dawniej do Wrzeszcza (Langfuhr), a teraz do Rumii, musiał przechodzić gehenny wstydu i upokorzenia od momentu, kiedy widać po jednej stronie naprzeciw uregulowany normalny bieg, a po drugiej w tyle za sobą coś w stylu Orinoko czy Amazonki, ot taką Wisłę, jaka była za Mściwoja i za Mestwina…

Z dołu to wygląda uroczo, z góry przedpotopowo i kompromitująco.

Żydzi polszczyli Gdańsk

2 maja br. główny organ żydostwa polskiego „Nasz Przegląd” w swoim przeglądzie prasy („W młynie opinii”) pisał dosłownie:

„A przecież polonizacja Gdańska odbywała się najskuteczniej przy pomocy żydostwa polskiego”.

Dosłownie „Czarno na Białem”, panie Grzędziński. Polonizacja przy pomocy żydostwa. Najskuteczniej!

Czy to było właściwe? Polonizowanie przy pomocy żydostwa? Czy ma się pojęcie o tym gatunku żydostwa? O procencie kryminalistów, Barmatów, Szklarków, oszustów, brudasów śmierdzących. Kto widział, jak się rozgolone córy Izraela zachowywały na plaży Sopockiej, na sztegu w kawiarniach, na dancingach? W roku 1919 cyfra Żydów w Gdańsku doszła do 10.927. I to jakich. Rytualna facjata w facjatę. Szwargot i fetor, obżarstwo i wyuzdanie, policja zdrojowa wyłapująca promiskuicję na promenadach.

W roku 1938 już tylko 5.090 – „Auswurf der Menschheit”…

„Polonizacja Gdańska” przy pomocy swołoczy zaharkanej, mówiącej pół po rusku pół w żargonie, jedzących szparagi palcami, kradnących serwetki, wyłapywanych w Kasynie z fałszywymi banknotami, obcierających nosy we firanki w pokojach hotelowych.

Żydowsko-amerykański powieściopisarz Samuel Roth w r. 1928 w książce pt.: „Now and Forewer (Dzisiaj i zawsze) w ataku wścieklizny antypolskiej pisał wróżąc nadchodzącą wojnę o Gdańsk:

„Ludność Polski będzie wyrzucona z swych siedzib, kobiety zgwałcone, Wisła i zatoka Gdańska spłyną krwią”…

Tak wróżył Roth.

Również Wells, wielki Wells dwa lata temu wróżył w trzech felietonach drukowanych i w Polsce, że wojna zacznie się od Gdańska. Jakiś Żyd stary będzie jechał koleją. Na stacji wychyli łeb z okna. Ktoś napluje mu w brodę, czy coś takiego. Polska stanie w obronie. I gotowa wojna.

Koniecznie teraz trzeba przypomnieć te wróżby Wellsa! Jego anticipations kilka razy spełniły się dosłownie.

O nawrót do pięknych czasów!

Czasy Idylli.

Byli takie, byli: 1910, 1911, 1912, 1913, 1914.

Kronprinz w Sopotach grał z paniami z Warszawy w tenisa i siadywał w ogródku na five o’clock tea. Na Wagnerze w Gdańskiej Operze słyszało się przeważnie polską mowę. W czwartki po południu w Marienkirche na Haydnie i Bachach dokoła Polacy i Polki. W restauracjach i kawiarniach do kelnera mówiło się po polsku. Kur-orkiestra w Sopotach grywała obligatoryjnie: „Wieniec Polski”, „Manru”, „Halkę” i… Czajkowskiego (jako polskiego kompozytora). U doktora Wybickiego na Langgasse „klientela” przeważnie niemiecka. W księgarniach i antykwariatach Polacy obsługiwani pierwsi i komplementami obsypywani jako znawcy i smakosze „Gdanscianów”. U starego Giełżyńskiego w jego Muzeum i ogródku jednego dnia był Kaiser-Willem i ofiarował fotografię, a drugiego dnia byliśmy z Wyczółkowskim i ofiarowali mu fotografie. Z Biblioteki Gdańskiej książki posyłano niżej podpisanemu do Warszawy. Jak wytwornie polemizowało się z superintendentem drem Brausewetterem. Spór z prof. Mathäi w sprawie Chodowieckiego toczył się ściśle w wersalskich formach i wśród komplementów. Polskie pieski brały stale nagrody na Hunderennen. Polskie auta brały nagrody na Corso kwiatowym w Sopotach… Gdyś przechodził koło znanych sklepów, tu i tam stojący w progach: Gutentach Doktor, Gutentach Profesor.

Gdzie te czasy? Gdzie te czasy?

Czy kiedy wrócą?

Niektórym nie podoba się „wywlekanie Mestwinów i Mściwojów” czyli wyciąganie i prezentowanie argumentacji historycznej, względnie legendarnej. Że niby tyle jest argumentów geopolitycznych, gospodarczych, handlowych, ekonomicznych, tyle statystyki, tyle cyfr bijących w oczy, że wobec tego niby nie trzeba ruszać mumii „Mściwoja i Mestwina”, „Warcisławów”, „Braniborów” itp. Nic błędniejszego. Właśnie, że za mało się „wywlekało” Mściwojów i Mestwinów. Powinna była już lat temu 20 powstać taka podręczna biblioteczka w dwóch językach wydawana o ustosunkowaniu się każdego monarchy polskiego do problemu dominium maris Baltici, a więc Krzywousty, Łokietek, Kazimierz Jagiellonida (który Gdańsk mianował „admirałem”), Batory. Sigismondo, Władysław IV. Potem znów, jak istotnie kochali Jeana III i jakie mu festyny wyczyniali (z obrazkami), potem jak to przeciw Wettynowi-Niemcowi protegowali Piasta-Leszczyńskiego. I znów broszury w dwóch, w trzech językach o Heweliuszu, o Mrongowiuszu.

A kiedy się już jako takie miłe stosunki nawiązały, powinna była mieć miejsce wizyta wówczas jeszcze Naczelnika Państwa w Gdańsku. Byli tacy w prasie, byli, co do tego namawiali. Byłby Gdańsk tradycyjnie bardzo gościnnie przyjął szefa państwa. A potem byłaby rewizyta Senatu w Warszawie i festyny. Nie usłuchano, bo to „literackie pomysły”…

W doborze naszych komisarzy też nie było specjalnie szczęśliwej ręki. Pierwszy, śp. Maciej Biesiadecki, Boże przebacz, żadnych kwalifikacyj, mikroskopijnych. Na to miejsce stworzony jakby był jeden człowiek, który rezydując w Gdańsku po wielkopańsku mógł tam z biegiem lat wytworzyć i towarzyskie condominium. Byli tacy, byli, co radzili na to stanowisko księcia Janusza Radziwiłła, nazwisko łącznikowe z Prusami i Gdańskiem. Nie usłuchano. Głupowate, pół dzikie, intelektualnie nieokrzesane, w Europie orientujące się jak Murzyni, nasze radykały i masohny. Bartle i Bartki zrzymały się i nie chciały nawet słyszeć o tym. „Przecie to książę!” „Jakże można księcia wysyłać do „Wolnego Miasta”! Więc nie wysłano. Także i to otaksowano jako „literacki pomysł”.

Ach, ileż ta czerń, która w pierwszych latach dorwała się do steru, narobiła nam złego, które teraz dopiero wychodzi bokami na jaw.

* * *

Wszystkim panom, którzy dowiedzieli się ku swemu zdumieniu o tzw. problemie gdańskim, poleca się gorąco do przestudiowania dzieło Pierre Jacquet Charliat: „Colbert à Danzig”.

Colbert to był znany minister finansów za czasów Ludwikowskich, zajmujący się bardzo intensywnie sprawą dostępu Polaków do wody słonej.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

1 komentarz

  • kapitan Trotta 21 lipca 2016 at 07:03

    Znam artykuł. Znam! „Więcej mostów na Wiśle!”… Nowaczyński takich napisał o Gdańsku, Gdyni i tych sprawach bodajże najwięcej, no i nawet taki cykl o tym jak odkrył Gdynię w endeckim „ABC” w 1930 r., potem to samo opisał w innej wersji w „Wiadomościach Literackich” jakieś trzy lata potem.

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close