• Tęcza
  • / II 1939
  • / Poznań
  • / Rok 13, Nr 2

Bolesław Rudzki

Kraina głodu, nędzy i terroru

Powróciłem z Rusi Podkarpackiej, z krainy, o której coraz głośniej nie tylko w Europie, ale i w świecie. Przebiegłem ją wzdłuż i wszerz. Byłem w Huszcie, Rachowie, Jasinie, Wołowie, Irszawie, Sewliuszu, Pereczynie, Majdzie, Tiuszce, Dohwie, Wielkim Bereźnie, Pasiekach, Serednie, Smirkach, Slatyńskich Dołach, Olszenikach i innych miejscowościach, których nie sposób wyliczyć. Widziałem i słyszałem wiele. Mogę więc coś niecoś powiedzieć o tej nieszczęsnej krainie, przez Niemców i ,,Ukraińców” „Podkarpacką Ukrainą” zwanej.

KRAJ I LUDZIE

Ruś Podkarpacka, po odcięciu od niej południowej żyznej części, to kraj górzysty, nieurodzajny i surowy, pokryty lasami i połoninami. Mieszka w nim ponad 600 000 ludzi, przeważnie biednych chłopów i wyrobników, żyjących z nędznej roli i pracy w lasach, które stanowią widome bogactwo tej ziemi.

Mapa Rusi Podkarpackiej, 1930 rok

Ruś Podkarpacka to kraj niezmiernie biedny. Mieszkańcy jej skazani są na taką nędzę, o jakiej rzadko kto ma pojęcie. Kora bukowa, mieszana z owsem, jest pożywieniem większości mieszkańców tego kraju. Ale i tego pożywienia zaczyna już braknąć. Toteż głód i nędza zaczynają zaglądać do chat ludu karpato-ruskiego.

Lud ten stoi na bardzo niskim stopniu rozwoju. Wysoki procent -to analfabeci. Jest to następstwo długotrwałego zaniedbania, w jakim pozostawała ta odcięta od świata kulturalnego kraina. Do niedawna szkoły były w niej rzadkością. Dopiero w ostatnich dwóch dziesiątkach lat wszystko radykalnie się zmienia. Dzięki jednak takim stosunkom wieś karpatoruska żyła własnym odrębnym życiem, przechowując prastare obyczaje i kulturę ludową, powstała w odległych wiekach i do dzisiaj niezmienną. Język Karpatorusinów, słabo rozwinięty, przypomina zupełnie starosłowiańska mowę. Toteż trudno jest rozmówić się z mieszkańcami górskich wiosek, mimo że się włada dobrze zarówno rosyjskim, jak i „ukraińskim” językiem.

Ostatnio na Ruś Podkarpacką zaczęły przenikać wpływy kulturalne rosyjskie i „ukraińskie”, które przyczyniły się do skrystalizowania trzech kierunków tak politycznych, jak i kulturalnych: rosyjskiego, „ukraińskiego” i karpatoruskiego. Ten ostatni jest najsłabszy i mało rozwinięty. Brak mu dynamiki i rozmachu. Kierunek ten ma jednak najwięcej zwolenników, a to ze względu na konserwatyzm Karpatorusinów, konserwatyzm, którego ludność górska niechętnie się wyzbywa.

PLANY AUTONOMICZNEGO PAŃSTEWKA

Ruś Podkarpacka, jak wiemy, tworzy dzisiaj autonomiczne państewko, które – według planów głowy jego rządu, unickiego prałata, ks. Wołoszyna, zaciekłego „Ukraińca” – ma stworzyć zalążek przyszłej „Wielkiej Ukrainy”, rozciągającej się od morza Kaspijskiego aż prawie do przedmieść Warszawy i Krakowa (sic!). Nie sądźmy czasem, że to są dziecinne fantazje. Nie! Potwierdzenie planów budowy „Wielkiej Ukrainy” w takich granicach, w jakich przedstawia ją reprodukowana w niniejszym numerze „Tęczy” pocztówka, którą masowo kolportuje się w Niemczech, w Czecho-Słowacji i na Węgrzech – usłyszałem w Huszcie z ust tak miarodajnych osób, jakimi są szefowie „urzędu propagandy” przy prezydium rady „ministrów”: niejaki Dimitr Niemczuk i dr Komariński.

– Jak panowie wyobrażają sobie realizację tego planu?

– Mamy zapewnioną pomoc Rzeszy Niemieckiej i innych (?) państw. „Podkarpacka Ukraina” – to Piemont, to zalążek przyszłej „Wielkiej Ukrainy”. Granice jej są nienaruszalne (!) i zagwarantowane (!) przez wszystkich uczestników konferencji monachijskiej. Jeśli zajdzie jakakolwiek zmiana – to w celu rozszerzenia ich. W naszym państwie (?!) wybudujemy koleje, drogi, miasta i wsie. Rozwiniemy życie gospodarcze. Wszystkim damy pracę i chleb. Głodu i nędzy nie będzie.

– A teraz są – wtrąciłem.

– Tak. Ale to jest przejściowy okres. W najbliższym czasie otrzymujemy od Rzeszy Niemieckiej poważną pomoc materialną i równocześnie rozpoczniemy na szeroka skalę zakrojone roboty publiczne, przy których znajdą pracę dziesiątki tysięcy robotników. Plany tych robót są już w opracowaniu.

– Czy jednak Rzesza Niemiecka nie zawiedzie was? Sama przecież jest teraz w poważnych trudnościach gospodarczych.

– Niemcy mieliby nas zawieść! Co pan mówi? Daruje pan, że mu przypomnę słowa ministra Rosenberga: „konieczna jest granica niemiecko-ukraińska!” Tę właśnie granicę miano na widoku podczas arbitrażu wiedeńskigo i osiągnięto ją, mimo poważnych trudności… Wie pan chyba, jak min. Ciano obstawał za oddaniem całej „Podkarpackiej Ukrainy” Węgrom. Musiał jednak ustąpić wobec życzeń Rzeszy. Wyraził pan obawę, żeby Niemcy nas nie zawiedli. Otóż, że nas nie zawiodą, mamy na to potwierdzenie w takich faktach, jak przyjazdy różnych wysłanników niemieckich w towarzystwie ekspertów, którzy badają kraj, oraz oświadczenie poufne dr Leya, że możemy liczyć nie tylko na pomoc materialną Rzeszy, ale także na pomoc fachową w materiale ludzkim. Zresztą pewną pomoc zarówno materialną, jak i fachową już otrzymaliśmy i stale otrzymujemy. Nasze „Biuro Prasowe” jest utrzymywane za pieniądze Rzeszy. Dotychczas otrzymaliśmy na ten cel 300.000 marek. Dla bezrobotnych i biednych przekazano nam także pewne sumy. O pomocy rzeczowej w postaci samochodów, broni, różnych sprzętów codziennego użytku, już nie mówię. To stanowi bardzo poważną pozycję. Co do sił fachowych – to korzystamy z licznych instruktorów wojskowych, którzy ćwiczą nasze oddziały, oraz z doradców gospodarczych i administracyjnych.

– A jak zapatrują się na waszą współpracę z Niemcami Czesi?

– Niektórzy krzywią się. Nic jednak nie mówią, bo wiedzą, że wszystko to dzieje się za wiedzą Pragi. Poza tym z Czechami jeszcze politykujemy. Nie chcemy sobie ich zrażać. Potrzebni nam są. Potrzebni do czasu. Wielu z urzędów już usunęliśmy. Pozostałych usuniemy stopniowo. Z wojskiem i żandarmerią czeską staramy się utrzymywać stosunki poprawne. Zdajemy sobie dobrze sprawę, że bez nich trudno by nam było utrzymać porządek w kraju. Ponadto dbamy o poprawne stosunki z Czechami i z tego powodu, że potrzebujemy teraz pomocy finansowej. Z otrzymanych dochodów nie możemy bowiem utrzymać aparatu państwowego. Musimy więc korzystać z dotacyj finansowych Pragi do czasu, aż dzięki finansowej pomocy Rzeszy Niemieckiej uniezależnimy się gospodarczo od Czechosłowacji.

– Czy politycznie także?

– Ma się rozumieć, że tak. Zresztą wówczas nie będziemy takim kopciuszkiem jakim teraz jesteśmy. Będziemy państwem, mogącym nawet bronić Czecho-Słowację… Zaślepieni Czesi tego nie widzą i nie przeczuwają. Ale i oni przejrzą…

– A jaki jest stosunek panów do Polski?

– Do Polski? Pan nie wie? Pan się pyta? – Wrogi!! Tak, wrogi! I to nieubłaganie wrogi dopóty, dopóki państwo to nie zwróci nam „Ukraińcom” całej Małopolski hen pod Kraków, Wołynia, Chełmszczyzny, Polesia i Podlasia, tych „praukraińskich” ziem.

KARPATORUSKA RZECZYWISTOŚĆ

Poznawszy światoburcze plany teraźniejszych rządców Rusi Podkarpackiej, z kolei przyjrzyjmy się karpatoruskiej rzeczywistości.

Karpatoruska rzeczywistość jest okropna. Przeraźliwie okropna. Da się określić w trzech słowach: głód, nędza i terror. Można jeszcze dorzucić czwarte: anarchia.

Głód i nędza panują teraz niepodzielnie na Rusi Podkarpackiej. Szczególnie w wioskach górskich położonych wewnątrz kraju, z dala od granicy rumuńskiej, węgierskiej i polskiej, ludność cierpi wielki głód. Zwiedzałem niektóre z tych wiosek. Trzeba, doprawdy, pióra Żeromskiego, aby móc opisać widziane tam Goyowskie obrazy. Nie próbuję nawet tego uczynić. Po prostu nie mam sił do opisania tych koszmarów, jakie przesunęły mi się przed oczyma. Wystarczy, skoro powiem, że widziałem ludzi, a raczej ludzkie cienie, obgryzających korę kosodrzewiny, jodły i świerków, byle zaspokoić głód, byle utrzymać się przy życiu.

Ten stan głodu i nędzy na Rusi Podkarpackiej pogarszają jeszcze terror i anarchia, jakie panują teraz w tym nieszczęsnym kraju. Poza czeską żandarmerią, rekrutującą się przeważnie z samych zabijaków i ludzi bez serca, oraz wojskiem, które ostatnio nieco uspokoiło się, terror najdotkliwszy uprawiają „siczowcy”, przyboczna gwardia ks. Wołoszyna, zalążek przyszłej armii „Wielkiej Ukrainy”. Są to przeważnie młodzi chłopacy wiejscy, zarekrutowani w wioskach w okolicy Wereczyna Wołowego, Wielkiego Berezna, Rachowa itd., w których agitacja „ukraińska” porobiła pewne postępy, oraz zbiegowie z całego świata, a głównie z Małopolski Wschodniej, Bukowiny i Ukrainy rosyjskiej, którzy nie mają nic do stracenia, a zawsze mogą coś zyskać. Otrzymują żołd, wyżywienie, umundurowanie i broń. Mundury ich podobne barwą i krojem do mundurów hitlerowskich. Czapki mają krój t. zw. „mazepinek”, jakie nosili ukraińscy strzelcy siczowi w czasie ostatniej wojny. Na rękawach noszą opaski o barwach niebiesko-żółtych („ukraińskich”).

Instruktorami „siczowców”, liczących już ponad 5000 ludzi, są przeważnie Niemcy. Toteż mowę niemiecką często słyszy się w „siczowskich” oddziałach. Rej w „Siczy Podkarpackiej” wodzą dwaj sekeretarze ks. Wołoszyna, niejaki Rohacz, znany ze swego fanatyzmu i okrucieństwa, oraz dr Rozsocha. Rohacz, były nieukończony teolog, to kryminalista. Sądy czeskie nieraz nim zajmowały się.

Poza Rohaczem i Rozsochą wybitną rolę wśród „Siczowców” odgrywają także: Niemczuk, Dovnal, Hopka, Romaniuk, Grenża-Doński i Komariński. Są to najbliżsi wyręczyciele i doradcy ks. Wołoszyna, jego osobiści sekretarze i funkcjonariusze „urzędu propagandy”, utworzonego przy prezydium rady „ministrów” oraz redaktorzy urzędowego dziennika „Nowa Swoboda”.

Wymienieni są znani ze swej zaciekłości i krwiożerczości. Dr Komariński nie tylko publicznie (w gazecie urzędowej) głosi, że przeciwnikom i przywódcom ruchu ruskiego „należy zdjąć głowy”, ale i czynami dowodzi swej krwiożerczości. Na jego polecenie powieszono przecież działacza ruskiego Bodaka, a innemu działaczowi, Iwanowi Grofozie wyłupiono żywcem oczy.

W zawody z Komarińskim poszli inni „bohaterzy siczowi”, a przede wszystkim Rohacz, który ma na sumieniu ponad 200 Rusinów bestialsko zamordowanych przez niego i towarzyszy.

W ogóle terror na Rusi Podkarpackiej jest tak okrutny i dotkliwy, że trudno go nawet opisać. I terror ten jest zupełnie zrozumiały. Przecież 10-15 proc. „Ukraińców” może tylko terrorem utrzymać w ryzach 80 procent głodnych i buntujących się Rusinów. Piękne obietnice i sztucznie fabrykowane entuzjazmy jakoś nie przemawiają do przekonania Rusinom. Jedynie terror utrzymuje ich w posłuszeństwie wobec rządu ks. Wołoszyna.

Terroryzuje się wszystkich. Nawet księży, poważnych wiekiem i ogólnie szanowanych kapłanów. W obozie koncentracyjnym na Dumenie pod Rachowem jest ich kilkudziesięciu. Księży prześladuje się i terroryzuje głównie za to, że w czasie zajmowania części Rusi Podkarpackiej przez wojska węgierskie, wypowiadali się na zjeździe w Ungwarze za przyłączeniem całej Rusi Podkarpackiej do Węgier.

„Siczowcy” wraz z żandarmerią czeską, która posłusznie spełnia wszelkie rozkazy rządu Wołoszyna, będącego narzędziem „Ukraińskiej Rady Narodowej”, jeżdżą po całym kraju, grożą biednej ludności, że nie otrzyma kukurydzy, zajęcia przy robotach publicznych i w lasach, jeśli nie będzie popierała „ukraińskiego” rządu. Opornych aresztują i osadzają w jednym z trzech obozów koncentracyjnych lub też po drodze zabijają. Koło Teresvy byłem świadkiem tej ohydnej egzekucji, a w Sinovir Polanie widziałem 11 osób potwornie zmasakrowanych. Podobne wypadki wywołują stałe wrzenie wśród ludności i utarczki jej z „siczowcami”.

Stan wiecznego wrzenia stwarza anarchię, którą pogłębia jeszcze sam rząd, nie respektując żadnych ustaw, ani też praw obywatelskich. Jak już powyżej zaznaczyłem, rząd ks. Wołoszyna jest narzędziem, i to potulnym narzędziem, w rekach „Ukraińskiej Rady Narodowej”. Rada ta składa się z jednostek nieciekawych i podejrzanych. Niemal każda z nich ma coś na sumieniu. Więzienia nie są im obce. Przeważają przybysze z Małopolski Wschodniej, choć i zbiegów z innych krajów nie brak. Są to ludzie bezwzględni, radykalni, nie cofający się przed niczym, aby dopiąć swego celu. Oni właśnie objęli szereg stanowisk w administracji państwowej i komunalnej lub obsadzili je różnymi młokosami, przeważnie nauczycielami ludowymi i synami parochów oraz emigrantami z Małopolski Wschodniej. Wielu z nich na zajmowane stanowiska zupełnie nie nadaje się. I tak np. dyrektorem gimnazjum w Huszcie mianowano niejakiego Cziczurę, świeżo upieczonego kandydata na profesora gimnazjalnego; w Irszawie i Pereczynie starostami zostali zwyczajni pisarze kancelaryjni; w prezydium rady „ministrów” w Huszcie szefem biura rachunkowego mianowano b. buchaltera-defraudanta z magistratu użhorodzkiego; wyższym urzędnikiem ministerialnym został niejaki Bojko, zwykły kryminalista.

RZĄD KARPATORUSKI

Autonomiczny rząd karpatoruski składa się z trzech osób: „premiera”, którym jest ks. Wołoszyn, urzędujący w Huszcie w pięknym gmachu, wybudowanym przez Czechów dla starostwa i komendy żandarmerii; „ministra” rolnictwa i spraw wewnętrznych, które to stanowisko zajmował do niedawna dr Baczyński, zwolennik kierunku „moskalofilskiego”, którego miejsce zajął teraz Czech, gen. Prchala; „ministra” komunikacji, skarbu i sprawiedliwości, które to funkcje spełnia „ukraiński” socjalista Reway.

Przed wymienionymi „ministerstwami” stoi zawsze warta umundurowanych „siczowców”, która jednak mało zważa na to, kto wchodzi do gmachu.

„Ministrowie”, „dyrektorzy” i „wyżsi urzędnicy” posiadają auta -dar Rzeszy Niemieckiej. Często nimi też jeżdżą w towarzystwie uzbrojonych „siczowców”. Widocznie w Huszcie czują się niepewnie. I nic dziwnego. Przecież większość mieszkańców tego miasta jest usposobiona dla nich wrogo. Wiedząc o tym, Wołoszyn projektuje przenieść stolicę z Husztu do Dohwy, małej, około 5000 mieszkańców liczącej mieściny, nad rzeką Borżawą położonej, gdzie spodziewa się, że będzie się czuł lepiej i bezpieczniej przy ochronie tysiąca „siczowców”. Wprawdzie tam trzeba pobudować wszystkie gmachy urzędowe, ale ks. Wołoszyn ma nadzieję, że na ten cel Hitler dostarczy mu pieniędzy.

ROLA NIEMCÓW NA RUSI PODKARPACKIEJ

„Wam, jako kierownikom dwóch najważniejszych ośrodków niemczyzny na południowym wschodzie Europy, – pisał w „ściśle poufnej” instrukcji wódz organizacji Niemców zagranicznych Bohle do kierowników grup niemieckich w Siedmiogrodzie i Banacie – przypadło główne zadanie przygotowania akcji niemieckiej na tym obszarze”.

Zapewne podobnej treści list otrzymał kierownik Niemców na Rusi Podkarpackiej, gdzie ich żyje około 9.000. Są oni zorganizowani w partii narodowo-socjalistycznej i dobrze wywiązują się ze swego zadania – forpoczt niemieckiego pochodu na Wschód. Gdy na jesieni zanosiło się na wojnę, władze czeskie wykryły wśród nich spisek szpiegowski oraz przygotowanie do sabotażu transportów wojskowych. Znaleziono wówczas u nich olbrzymie zapasy materiałów wybuchowych. Ma się rozumieć spiskowców zaaresztowano. Niezadługo ich jednak wypuszczono na wolność. Czechosłowacja poddała się Niemcom…

W autonomicznej Rusi Podkarpackiej, rządzonej przez „Ukraińców”, Niemcom dobrze się dzieje. Dba o to pilnie zaufany Hitlera, niejaki Jaeckel ze Swalawy. Jaeckel posiada samochód, ozdobiony w chorągiewkę z łamanym krzyżem, jeździ swobodnie po całym kraju oraz wyjeżdża często do Niemiec. Jedzie zapewne z informacjami i po instrukcje.

Stałym aniołem stróżem premiera Wołoszyna jest przedstawiciel „Deutsches Nachrichten Bureau”, Biehal, który nieustannie konszachtuje z obrotnym dziennikarzem, znanym na bruku warszawskim, Ario, o którym wiadomo, iż jest – si parva licet comparare magnis – pewnego rodzaju „niemieckim Lavrence do sprawy ukraińskiej”. Biehal, który ma wolny dostęp do Wołoszyna, interesuje się wszystkim. Bywa na posiedzeniach (nawet poufnych!) „Ukraińskiej Rady Narodowej” i rządu, odbywa stale narady z kierownikami „Siczy” oraz odbiera raporty od wysłanników okolicznych Niemców i udziela informacyj i instrukcyj przyjeżdżającym do Husztu z Rzeszy różnym inżynierom, którzy podobno robią pomiary, wytyczają linie i opracowują plany kolei, szos, dróg i gmachów, jakie mają być w najbliższym czasie pobudowane na Rusi Podkarpackiej.

Zaznaczam, że sam widziałem, jak ci przybysze niemieccy, bawiąc w miasteczku Dohwe, przyszłej stolicy, robili tam pomiary. Przypuszczam więc, że Rzesza Niemiecka – jak to poinformowali mnie szefowie urzędu propagandy przy rządzie „ministrów” – naprawdę myśli o budowie dróg i kolei na Rusi Podkarpackiej, a przede wszystkim autostrady do granicy rumuńskiej. Chodzi jej przecież o pszenicę i naftę rumuńską, tak Niemcom nieodzowne. Że za kolejami, autostradami nastąpi dalsze przesunięcie potęgi niemieckiej na wschód, tego dowodzić nie potrzeba. Przytoczona powyżej instrukcja Bohlego aż nadto wyraźnie o tym mówi.

Rząd Wołoszyna wobec wysłanników niemieckich zachowuje się niezwykle uprzejmie, wprost płaszcząco. Uwydatniło się to najwyraźniej w czasie pobytu w Huszcie radcy legacyjnego poselstwa niemieckiego w Pradze, dr Hoffmanna, którego ks. Wołoszyn wraz ze swoim otoczeniem przyjmował niezwykle uroczyście i owacyjnie.

POLSKA WOBEC RUSI PODKARPACKIEJ

Na zakończenie jedno zasadnicze pytanie: Jakie stanowisko winna zająć Polska wobec sytuacji, wytworzonej na Rusi Podkarpackiej?

Zanim odpowiem na powyższe pytanie, ustalę zwięźle stan faktyczny. A więc:

1. Faktem jest niezaprzeczonym, że 85 proc. ludności ruskiej dzisiejszej Rusi Podkarpackiej jest przeciwnych robieniu z niej „ukraińskiego” Piemontu. Potwierdzają to ostatnie wybory do parlamentu praskiego, w których ponad 75 proc. wszystkich głosów otrzymali kandydaci karpatoruscy, oraz plebiscyt szkolny, urządzony przez władze czeskie rok temu, w którym ponad 36 proc. ludności wypowiedziało się za rosyjskim językiem wykładowym, a tylko około 13 proc. za „ukraińskim”. Pozostałe głosy były nieważne.

2. Faktem jest, że autonomiczny rząd ks. Wołoszyna nie ma żadnego oparcia w ludzie. Utrzymuje się przy władzy tylko dzięki bagnetom wojsk czeskich, czeskiej żandarmerii i „siczowskim” bojówkom terrorystycznym oraz Berlinowi, który nakazuje Pradze tolerować tę efemerydę, która nawet zwrócona jest przeciwko interesom samej Republiki Czecho – Słowackiej i wyrządza jej poważne szkody.

3. Faktem jest, że Ruś Podkarpacka w obecnej postaci, to twór niezdolny do samodzielnego życia, to kraj bez przeszłości i przyszłości, skazany na zależność od wszelkiego rodzaju wpływów, a przede wszystkim wpływów niemieckich, który będzie tylko zarodkiem niepokoju i wiecznie tlącym zarzewiem wojny, skierowanym w pierwszym rzędzie przeciwko państwu polskiemu.

Ponieważ ludność Rusi Podkarpackiej w swej przygniatającej większości nie życzy sobie być rządzoną przez „Ukraińców” oraz nie życzy sobie, by z jej ziemi ojczystej banda międzynarodowych aferzystów do spółki z Niemcami tworzyła ośrodek efemerydycznego państwa „ukraińskiego” i ponieważ rządy „ukraińskie” na Rusi Podkarpackiej i tworzenie z tej krainy „ukraińskiego” Piemontu godzą w najżywotniejsze interesy państwa polskiego, obowiązkiem narodu polskiego jest zlikwidować jak najszybciej ten wyrostek robaczkowy, zanim on nie zapadnie w stan zapalny. Zlikwidować zaś go należy nie przez przyłączenie zbrojne -wbrew woli Rzeszy Niemieckiej – do Węgier, które to państwo, prowadząc od 73 lat (tj. od 1866 r.) swą politykę tak narodową, jak i ekonomiczną w oparciu o Niemcy, nigdy nie odważy się uczynić czegoś takiego, coby sprzeczne było z wolą Niemiec, lecz do Polski. Jest to jedynie godne wielkiego państwa i narodu rozwiązanie niebezpiecznej sprawy, jaką dla nas dzisiaj staje się kwestia Rusi Podkarpackiej.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Close